listopad

pagórek majaczy na horyzoncie
kłoni się brzozom topól szpaler
pasmami oranżu sen klonom plącze
preludium płynie w dal ospale

spadają żołędzie w traw przytulisko
skrapla się poszum skrzydeł ptasich
deszczowa suita gra miedzią liściom
roziskrza kropel smak i gasi

dorzecze migoce fal półszeptami
stroją się brzegi w rogóż szmaragd
wietrzysko wtulone w mgły chłodem mami
srebrzyste scherzo drga w konarach

…od czasu do czasu jakbym słyszała nadal
jak przechodzisz przez mój próg…

przesunęłam
w kąt doniczkę z kikutem
wysypałam
do zlewu kożuch z herbaty
udałam że
nie widzę twojego zegarka
e mówi płacz jesteś taka smutna
ale wiesz wciąż ten żwir we mnie
kiedy upadałam byłeś
przeoczyłam
drzwi do twojej pracowni
ominęłam
szerokim łukiem blejtramy
obeszłam te
dwie bele co stoją przy schodach
e mówi krzycz tyle żalu w tobie
ale wiesz wciąż jestem niema
kiedy upadałam byłeś
musiałeś tak
daleko chcieć zostać ode mnie
przyniosłabym
ci różę albo niecierpka prawda
że są nasze