tryb niemożliwy

namaluj to powiedziałabym

jesz
bułkę z twarożkiem bo
lubisz lubiłeś na flakon
w oknie zerkniesz i wstaniesz
pyłek kurkumy szepnie
skroni za chwilę
przesuniesz świat i przykucniesz
opowiedz poprosisz

opowiem
pośród tasiemek malachitu
jadeitowa serpentyna
otworkiem milimetrowym
może umyka nagle rozparska
seledynem wokół
howlitowo cierpki berberys

żartowałeś
kiedy będziemy starzy
sprzedam zapaćkane
dżinsy największe dzieło
i popłyniemy na tajmyr
tam nas jeszcze diabli
wtrącałam czekałam

miesisz
barwy bezwstydnie pieścisz
filbert drżący pod lawiną
plam w nocy czuwasz aż
w mój sen wkradnie się
zapach płóciennej tunbergi

i świat wróciłby na swoje miejsce

ze zwykłych rzeczy

płot
co przycupnął przy drodze
szaroszary zwyczajnie a
sztachety
ta choćby nos ma tęgi
perkaty i policzek
i oko inna znów przypomina
cietrzewia co z godnością
tokuje dalej trzecia
kosmata jakby książki
połowa grzbietem całkiem
w nią wrosła i te tu
smukłe proste tamte dwie
zwichrowane
oto płot a nad płotem
wiśnie czarne i słodkie
się kroplą

w myślach

bywam
drobniutką blondyneczką o turkusowych zwierciadłach
jęczą groty złamanych obietnic
odgarniam z czoła złoty kosmyk
i śmieję się perliście
rudowłosą pięknością w malachitowej otchłani
toną zachwyty napotkanych zdarzeń
potrząsam głową sypiąc skry
i wykrzywiam cynobrem
płochą chimeryczką pod granatowym aksamitem
szamocą się przerażone wspomnienia
zbieram w supeł żałobne pasma
i różowię wargi
naprawdę
blaknę

marzenia

woń niezawisła
mogą pachnieć jak różana herbata
albo właśnie skończony obraz

wzór nieutkany
dopiero musną jak płatek popiołu
czy też rzęsy młodej dziewczyny

głos niewezbrany
zaczną łkać jak kryształowe kielichy
lub figlarny smyczek po pile

toń niedojrzała
kiedyś zastygną jak bita śmietana
czy morze tyrreńskie w letni dzień

smak nieroztarty
będą drżeć na koniuszku języka
i w grudkach lutowego śniegu