rok polski

najpierw się nowe ze starym styka
potem nastaje ziąb biało-srogi
marzną kałuże i szmer strumyka
by nagle kwieciem musnąć odłogi
mają się miodem bzy i czeremchy
chrzęszczą radośnie czerwie z daleka
trzmielą się lipy złotawym brzękiem
ostrzenia sierpów próżno by czekać
przyzywa łąka wrzosową wonią
w ciszę odpływa darcie paździerzy
liście spadają za słońcem gonią
gruda o grudę dzwoni i śnieży

Witam.

Za kilka dni przepłynie kolejny rok. Jaki był? Raz lepszy, raz gorszy. Jak wszystkie poprzednie i pewnie – jak każdy następny…
Stare porzekadło podpowiada, że „Nowy Rok jaki – cały rok taki.”, zatem – życzę wszystkim udanego, radosnego Sylwestra w przyjaznej atmosferze i sympatycznym towarzystwie.
Wróżbici wszelkiej maści przekonują natomiast, że ten nadchodzący – 2017 rok – ma być o niebo lepszy od poprzedniego, więc – niech się nie mylą. Niech nam się darzy.
Do Siego Roku!

Pozdrawiam :)

Lena

Wspomnień czar. Wigilia.

Kiedyś wigilijna kolacja smakowała inaczej.

Kochało się Wigilię, snujące się po domu zapachy, radosne przyśpiewki nucone półgłosem, śmiech rodziców, przygotowujących dania, których obowiązkowo musiało być dwanaście…
Że nastawał czas gotowania barszczu, poznawało się po zapachu – po całym domu roznosił się aromat gotowanych kwaśnych jabłek, ostrej woni cebuli z burakami i kręcącej w nozdrzach – grzybów. Barszcz musiał swoje odstać, więc pomagało się wynosić wywary w chłodne miejsce. Dzień przed Wigilią przynosiło się sagany z powrotem i patrzyło, jak Mama łączy wszystko w wielkim garze, zagotowuje i Tata znowu odstawia go w zimne miejsce. Dopiero w Wigilię odcedzało się wywar od warzyw, doprawiało sokiem z cytryny, solą i pieprzem i podgrzewało.
Lubiło się towarzyszyć w klejeniu pierogów – uszka zawsze były z kwaśną kapustą i grzybami, a wielkie faliste półksiężyce napełniało się farszem ze słodkiej i grzybów.
Dzień przed Wigilią pomagało się też w robieniu śledzi – Mama kroiła je w dzwonka, układała na specjalnym półmisku, przykrywała warstwą pomidorowych i cebulowych krążków, posypywała czarnym pieprzem i zalewała olejem.
Wcześniej smażyło się też rybę, którą następnie pomagało się zalewać pomidorowym sosem, posypywało suszoną bazylią, i wynosiło w chłodne miejsce, by ryba przesiąkła. Wigilijny sos do ryby uważało się za jeden z najpyszniejszych: składał się z przetartych pomidorów doprawionych miodem i białym pieprzem – odpowiednio słodki, słony i kwaśny jednocześnie.
Pomagało się też w robieniu sałatki wigilijnej: drobiło się gotowaną rybę, kroiło kiszone ogórki, ziemniaki gotowane w mundurkach i jajka. Potem ucierało się specjalny sos z ziemniaków, ogórka, majonezu i czosnku; bez tego sosu sałatka „nie liczyła się”. Wszystkie, niezbyt drobno posiekane składniki zalewało się gęstą miksturą i delikatnie mieszało. Podczas wynoszenia wdychało się aromat grubo mielonego czarnego pieprzu i cząbru.
Kompot wigilijny był pierwszym daniem, które robiło się zupełnie samodzielnie. Suszone śliwki, morele, wiśnie, jabłka i gruszki płukało się kilkakrotnie w zimnej wodzie i zalewało wrzątkiem. Dosypywało się umyte orzechy włoskie i laskowe, dodawało garść migdałów. Dopiero na drugi dzień należało wszystko zagotować, dodając odrobinę utartej cytrynowej skórki i wanilii, osłodzić miodem i pozostawić do ostygnięcia.
Kisiel robiło się z żurawin. Pomagało się przetrzeć je przez drobne sitko, żeby pozbyć się pestek. Była to żmudna i czasochłonna robota, szybko więc traciło się entuzjazm i zwalało dokończenie niewdzięcznego zajęcia na Tatę. Za to chętnie doprawiało się żurawiny cukrem i mąką ziemniaczaną i patrzyło, jak w dużym garnku robią się bąble, a Mama rozlewa kisiel do kokilek.
Łamańce nie były skomplikowaną potrawą – upieczoną dzień wcześniej i pokrojoną w długie paski drożdżową bułę zalewało się ciepłym mlekiem z makiem i rodzynkami, doprawiało do smaku miodem albo cukrem i tyle.
Zupełnie inna sprawa była z łazankami; nie lubiło się pomagać w robieniu makaronu, za to chętnie podziwiało równiutko pokrojone, słonawe rombiki, rozłożone do wyschnięcia na bawełnianej ściereczce. Sos do łazanków to była po prostu rozpusta. Najpierw kilkakroć myło się mak. Potem patrzyło, jak Tata miele go przez maszynkę, a Mama podsmaża w rondlu z miodem. Podczas studzenia maku pomagało się trzeć orzechy i migdały. Na koniec ubijało się tłustą, słodką śmietankę, dodając małymi porcjami cukier i resztę ingrediencji. Gdy łazanki były ugotowane i schłodzone, łączyło się je delikatnie ze śmietanką i doprawiało kilkoma kroplami araku. Tego zapachu i smaku nie dało się porównać z niczym innym.
Kapusty z grzybami gotowało się dwa rodzaje – słodką i kwaszoną. Dzień wcześniej zalewało się wrzątkiem umyte suszone grzyby, by zmiękły i wraz z wywarem dodawało do kapusty. Tę słodką doprawiało się solą, pieprzem i cząbrem; tę kwaśną – kminkiem.
W tym czasie gotowało się też bigos. Specjalistą od bigosu był Tata i z wielką przyjemnością uczestniczyło się w jego czarach. Po domu rozchodził się wtedy zapach gęsiny, wołowiny i wieprzowiny, podsycany aromatem kwaszonej kapusty i śliwkami. Tę słodką gotowało się oddzielnie z dodatkiem kaniowego proszku i ziarnkami jałowca. Gotowanie bigosu obowiązkowo musiało trwać trzy dni – w ostatnim patrzyło się, jak Tata przelewa wszystko do jednego gara, miesza i próbuje, doprawiając solą, pieprzem i utartym jabłkiem. Próbowało się parującej potrawy i już nie mogło doczekać się Świąt.
Struclę makową piekło się według przepisu ze starego kajetu, bardzo pilnując proporcji. Uwielbiało się zapach smażonego z miodem, rodzynkami i orzechami maku, a jeszcze bardziej aromat drożdżowego ciasta. Patrzyło się, jak Mama wałkuje prostokątne płaty, smaruje je makową mieszanką, zawija w rulon, wtłacza w formę i wstawia do ciepłego piekarnika, by troszkę podrosło przed pieczeniem. Potem zaglądało się przez szybkę i wyczekiwało, aż wierzch stanie się brązowozłoty. Wtedy przywoływało się Mamę, która zerowała piec i pozostawiała strucle, by doszły.
Uwielbiało się patrzeć na pieczenie sernika, choć dostawało się go przeważnie dopiero w pierwszy dzień Świąt. Najbardziej lubiło się moment, gdy ser stawał się żółty od żółtek utartych z cukrem, pachnący ananasem i trzeszczał od białkowej piany. Lubiło się obtaczać w mące rodzynki i wrzucać je do serowej masy. Z niecierpliwością czekało się na wypieczenie kruchego spodu, który wcześniej własnoręcznie dźgało się widelcem, by był lepszy. Patrzyło się, jak Mama zalewa go przygotowanym serem i wkłada do pieca. Po upieczeniu i wystudzeniu pomagało się ozdabiać go białym, pachnącym cytryną lukrem, albo polewać cytrynową galaretką.
Ryżu z bakaliami nie uważało się za zbyt smaczny. Przeważnie dłubało się w nim bez przekonania, bardziej po to, żeby poczuć zapach wanilii niż go zjeść.
Zupełnie inaczej było z makagigami – w tych ciastkach fascynowało wszystko – począwszy od smażenia maku z miodem, rozwałkowywania go na pergaminie aż po krajanie niewielkich rąbów i wyczekiwanie, aż wyschną. Potem rozkładało się je ostrożnie na dużej tacy, przekładając każdą warstwę woskowanym papierem. Były o niebo lepsze od sezamków, choć konsystencję miały podobną.
Gdy na dworze zaczynało się ściemniać, nadchodził czas na przygotowanie stołu: najpierw rozkładało się obrus – zawsze był to ten sam biały obrus z przepięknie wyhaftowanymi na rogach gałązkami świerczyny, bombką i świecą. Pod obrus wkładało się siano, a pierwszą stawianą na stole rzeczą był opłatek. Dopiero później biegło się do kredensu i wyjmowało porcelanę. Robiło się to równie ostrożnie jak z bombkami – porcelana była krucha i stanowiła pamiątkę po maminej Mamie. Używało się jej tylko przy specjalnych okazjach, co jeszcze podkreślało wyjątkowość danej chwili. Podziwiało się delikatny różany wzór, koronkowo-złoty obrąbek i kształt naczyń. Całość sprawiała wrażenie tak delikatnego, że zanim się przywykło, prawie wstrzymywało się oddech przy dotykaniu…
Najpierw rozkładało się białe serwetki z kompletu z obrusem, tak, by haft był widoczny. W połowie każdej stawiało się duży talerz, na nim głęboki, a obok – na reszcie serwetki układało się sztućce. Sztućce również były pamiątkowe, bardzo piękne i… również trzymane na specjalne okazje.
Gdy wszystko było gotowe, zaczynało się wnosić potrawy, wdychając zapach smażącej się w tym czasie ryby.
Gdy stół był zastawiony, wyglądało się zawsze tej pierwszej gwiazdki. Szczerze mówiąc – gdy już się ją wypatrzyło, to zazwyczaj razem z setkami innych, ale nic przecież nie było w stanie zepsuć radości takiego wieczora. Zapalało się choinkę i stawało przy stole. Po podzieleniu się opłatkiem, życzeniach i krótkiej modlitwie, zasiadało się do stołu i śpiewało kolędę – kolęda zawsze inicjowała kolację. Najczęściej była to Cicha Noc.
Dopiero potem rozpoczynało się posiłek; zawsze od barszczu z uszkami. Później jadło się, co się chciało, pilnując, by spróbować każdej potrawy. Nie wstawało się od stołu, dopóki wszystkiego się nie skosztowało – ten zwyczaj miał zapewnić pomyślność do następnej Wigilii.
Następnie śpiewało się wspólnie i nie mogło usiedzieć spokojnie, ponieważ doskonale widziało się kolorowe pakunki kusząco mrugające spod świątecznego drzewka.
Wreszcie nadchodził czas rozpakowywania prezentów. Zawsze miało się przywilej wyciągania podarków spod choinki i obdzielania nimi najbliższych.
Każdy prezent rozpakowywało się przy stole i poświęcało mu sporo uwagi i zachwytów.
Około północy wychodziło się na pasterkę do pobliskiego kościółka. Był on tuż za rogiem, ale i tak wyczuwało się tę niezwykłość, zarówno w mroźnym powietrzu, jak i w skrzypieniu śniegu. W kościółku nigdy nie było tłumów – większość wolała iść na mszę do dużego kościoła za parkiem, ale może dzięki temu jeszcze bardziej czuło się magię wigilijnej nocy. Zasiadało się zawsze w lewej nawie między rodzicami i wsłuchiwało w głos kapłana. Przymykało się oczy i z poczuciem dziwnego szczęścia przytulało do Mamy lub Taty. Nigdy właściwie nie udało się nie zasnąć podczas mszy – monotonny głos księdza, ciepło rozchodzące się wokół i delikatna muzyka usypiały…
Drzemało się więc, nie mając nawet siły otworzyć oczu. Gdy msza dobiegała końca, przecykało się na dźwięk łagodnego głosu Mamy i z trudem unosiło z twardej ławki. Potem, noga za nogą, wlokło się do wyjścia. Sypiący śnieg sprawiał, że rzeźwiało się trochę i raźniej już wędrowało cichymi uliczkami…
W domu czuło się zapach choinki, miodu i pomarańczy. Zrzucało się wierzchnie okrycie i szło jeszcze raz popatrzeć na choinkę.
Mimo najszczerszych chęci do pomocy w sprzątaniu po wigilijnej kolacji, było się zazwyczaj tak zmęczoną, że ledwo miało się siłę na wieczorną kąpiel…
Smarowało się więc do siebie i zasypiało, wsłuchując w odgłosy krzątaniny dochodzące z głębi domu…

Witam.

Jest minuta po drugiej. Siedzę sobie przy stole, zerkam na choinkę i zastanawiam się nad życzeniami…
Moje myśli krążą wokół spraw zwykłych i banalnych, więc życzę wszystkim spokoju, szczęścia, miłości, wzajemnego szacunku…
A także, by Bożonarodzeniowej Magii starczyło na cały długi rok…

Pozdrawiam :)

Lena

Obrazki. Elwira.

Z Elwirą znamy się od trzepaka.
Żadna tam metafora – naprawdę poznałyśmy się przy robieniu wygibasów na podwórkowym trzepaku.
Jest jedną z niewielu osób, którą z czystym sumieniem mogę nazwać przyjaciółką. Przeszłyśmy chyba wszelkie weryfikacje, jakim może poddać złośliwy los i… wciąż jesteśmy sobie bliskie.
*
Przyjaźniłyśmy się niemal całą podstawówkę. Potem nasze drogi rozeszły się na jakiś czas – jej rodzina jako pierwsza wyprowadziła się do nowych bloków. Po jakimś czasie ja również zmieniłam miejsce zamieszkania – odległość sprawiła, że nasze kontakty stały się sporadyczne.
Ponownie spotkałyśmy się w Liceum.
Elwira była starsza, ale chorowała i miała rok poślizgu.
Pamiętam, gdy ja – smarkata, nieopierzona pierwszoklasistka – dostrzegłam ją na korytarzu. Nie podeszłam. Obawiałam się, że zbędzie mnie jakąś złośliwością, wykpi. Nic takiego nie nastąpiło. To ona zagaiła mnie na kolejnej pauzie. Rozmawiało nam się tak, jakby nie było tej kilkuletniej przerwy.
Zmieniłyśmy się – oczywiście, ale nie na tyle, by nie znaleźć wspólnych tematów.
Od tej pory znowu byłyśmy nierozłączne.

Elwira była piękną szatynką o fiołkowych oczach. Gdy na nią patrzyłam, wydawało mi się, że tak właśnie musiała wyglądać pani Stawska – nie ta filmowa, grana przez Martę Lipińską, ale ta prusowska – kwintesencja słodyczy i dobroci.
Elwira była wysoka, smukła i poruszała się z wielką gracją. Przywodziła mi na myśl trzcinę kołysaną wiatrem.
Niejeden chłopak wodził za nią rozmarzonym spojrzeniem, ale ona zdawała się tego nie zauważać. Po jakimś czasie przechrzczono ją na Snow Queen i to przezwisko ciągnęło się za nią cały ogólniak…

Piotr zjawił się w naszej szkole jakoś tak pod koniec września. Został przeniesiony z większego miasta w dość mgliście rysujących się okolicznościach. Krążyły plotki, że groziło mu
usunięcie, że to, że sio…
Prawdę mówiąc – przystojniak był z niego nie lada! Mogło się zakręcić w głowie od dosytu męskich wdzięków.
I niejednej z nas się zakręciło. Wysoki, smagły, białe zęby. Prawie granatowe włosy. Do tego koszykarz, siatkarz i sama już nie pamiętam, co jeszcze. A przy tym diablo inteligentny, o wyrafinowanym poczuciu humoru. Słowem – ideał!
Tym, co mnie w nim ujęło, był uśmiech: delikatny, trochę nieśmiały, pojawiający się jakby w kilku odsłonach, stopniowo, by rozkwitnąć od oczu po usta.
Przedstawiciel płci męskiej zawsze wzbudzał emocje w zniewieściałym ogólniaku. Byleby był przystojniejszy od diabła i sympatyczny – niemal natychmiast zyskiwał grono cichych wielbicielek. Cichych – bo dziewczyny z Liceum miały klasę…

Elwira przybiegła na długiej przerwie i zaciągnęła mnie do naszego kąta na papierosa. „Naszego”, bo znałyśmy tu przecież każdy kamień. Z pobłażaniem patrzyłyśmy na tych wszystkich ludzi „nie stąd”, którzy nie mieli pojęcia, jak tu kiedyś było… Te zabawy w chowanego, wdrapywanie się na dachy, łażenie po kominach… Darzyłyśmy naszą szkołę wielkim sentymentem….
- Widziałaś? – Zagaiła rozgorączkowana, pokazując Piotra oczyma. Takiej jej nie znałam. – Jest w mojej klasie… Cudo, co? – Oczy jej błyszczały, policzki miała pięknie zaróżowione, na ustach błąkał się tajemniczy uśmiech. – Zakochałam się – oznajmiła. – Właśnie poznałam swojego męża.
To było nie do uwierzenia! Elwira! Ta Elwira, która odrzucała awanse różnych przystojniaków z takim chłodem! Elwira oznajmująca, że nie interesują jej żadne flirty, gdy dziewczyny próbowały pośredniczyć w jakiejś znajomości. A tu nagle – mąż!
Musiała dostrzec niedowierzanie w mojej twarzy, bo żachnęła się i dodała:
- Przyjdę do ciebie po lekcjach, to pogadamy. Mam już plan, jak go zdobyć, ale będziesz musiała mi trochę pomóc.
Przez następne miesiące tylko ja wiedziałam, co się z nią dzieje, choć na pozór wciąż była chłodna i wyniosła.
- Nie może się dowiedzieć… – Mówiła. – Jest rozpaskudzony powodzeniem. Gdyby pozwolił, dziewczyny nosiłyby mu teczkę i buty na zmianę – dodawała złośliwie. Ale próżny nie jest…

Rzeczywiście – nie był. Taktownie nie zauważał bałwochwalczych spojrzeń i rumieńców zażenowania. Na aluzje nie reagował, a nieśmiałe umizgi obracał w żart. Nie odmawiał pomocy w lekcjach, udziału w imprezach.
- Podoba ci się? – Spytała mnie Elwira tamtego dnia u mnie w domu.
- Owszem. Na pierwszy rzut oka wydaje się być w porządku. Ale to za mało. Spytaj mnie za pół roku. Wtedy ci powiem.
- Dobrze. To uczciwe postawienie sprawy. Za pół roku…
Wtedy myślałam, że żartuje. Wzruszyłam w myśli ramionami i zapomniałam o tym. Wydawało mi się, że ona też.

Piotr miał zapędy literackie, więc któregoś dnia spotkaliśmy się w salce redakcyjnej, jak szumnie mówiono o pracowni profesora Kowalskiego zwanego Kleofasem. Pamiętam, bo to był dzień moich urodzin. Szalała grypa i pół szkoły zaniemogło. Mieliśmy tydzień na sklecenie gazetki, a materiałów, co kot napłakał. Ale – zawzięliśmy się. Ach, ta nasza ambicja! Zostawaliśmy po lekcjach i pracowaliśmy do wieczora – jeśli można to tak określić, bo listopadowe wieczory zaczynały się o szesnastej. To były fajne dni – prawie pusta szkoła, czytelnia do naszej dyspozycji. Ten klimat na nas działał. Pisaliśmy, redagowaliśmy, rysowaliśmy.
Dobrze nam się pracowało. Dogadywaliśmy się. Mieliśmy podobne poczucie humoru, zainteresowania. Gdy odprowadzał mnie do domu, nie mogliśmy się nagadać. Czasem zachodził na herbatę.
Wydaliśmy świetny Numer. Wciąż jeszcze – po tylu latach – jestem z niego dumna!

Nie powiem, żebym nie była pod urokiem Piotra. Byłam. Zastanawiałam się, czy robienie gazetki to tylko przygoda i, pamiętam, trochę żałowałam, że pewnie tak to się skończy. Gdy myślałam o Piotrze, czułam ciepło, sympatię…
Wieczór po wypuszczeniu pisemka wydał mi się szczególnie smutny.
„No cóż… – myślałam – Przeżyję…”
Nie wierzyłam własnym oczom, gdy następnego dnia po lekcjach podszedł do mnie.
- Cześć! Masz trochę czasu? Może wyskoczylibyśmy na jakieś lody, żeby uczcić sukces? Chciałem to zrobić wczoraj, ale widziałem, że się spieszysz – powiedział po prostu.
Tak było. Po tygodniu harówki musiałam się nagadać z Elwirą. Dzisiaj ona miała jakieś sprawy, więc nie czekała na mnie.
- Jasne. Listopadowe lody zamiast liści… – pamiętam, że bardzo nas to wtedy rozbawiło…

Od tego dnia spotykaliśmy się dość często. Nie było między nami mowy o miłości, nie całowaliśmy się, nie trzymaliśmy się za ręce. Czasami tylko, gdy nasze spojrzenia się krzyżowały, patrzył na mnie jakoś tak… Onieśmielał mnie. Myślę, że byłam wtedy jeszcze bardzo zielona i nie chciałam dostrzegać tego, co starał się mi pokazać…
Nigdy nie zwracałam uwagi na układy uczuciowo – towarzyskie, więc umknęła mi również sensacja, której bohaterami staliśmy się Piotr i ja.
Zdziwiłam się niepomiernie, gdy któregoś razu znana mi tylko z widzenia dziewoja ze starszej klasy podeszła do mnie na przerwie i zagaiła:
- Jak to zrobiłaś?
- Co? – spytałam zdumiona.
- Jak go poderwałaś?
- Kogo? Piotra?
- Nie udawaj!
Wzruszyłam ramionami.
- Nie poderwałam go. Przyjaźnimy się. To wszystko.
- Akurat! Już ci wierzę! On mówi co innego!
Zezłościło mnie to.
- Więc jego pytaj, jak poderwał mnie! – palnęłam i uciekłam.

- Stało się coś? – spytał, gdy po wyjściu ze szkoły burczałam coś półgębkiem.
- Nie zamierzam być twoim parawanem – wycedziłam.
- Parawanem? Jak to? – Wyglądał, jakby nie rozumiał.
- Nie nabierzesz mnie! Niby taki inteligentny, a nie łapie! – ironizowałam.
- Bo naprawdę „nie łapię”.
- Jeśli chciałeś mieć zasłonę dymną, trzeba było powiedzieć, a nie tak po cichu, za plecami… – wypaliłam z pogardą.
- Zasłona dymna? O czym ty mówisz, dziewczyno? – Aż przystanął.
- Nie udawaj. – poprosiłam zmęczonym głosem. – Powiedz prawdę…
- Prawdę? Myślałem… myślałem, że się spotykamy… – powiedział cicho.
- Spotykamy? Chyba raczej – przyjaźnimy….
- To też. – Uśmiechnął się.
- To… to jakaś… nadinterpretacja – wzruszyłam ramionami. Spojrzałam na niego. Wyglądał, jakby ktoś oblał go garem zimnej wody.
- Nadinterpretacja? – powtórzył. – W takim razie – przepraszam.
I nie odezwał się więcej ani słowem. Doszliśmy do mojego domu. Nie zaprosiłam go. Odszedł szybko. Nie oczekiwał zaproszenia.
Następnego dnia czekał pod szkołą.
- Cześć! – powiedział, jakby nigdy nic. – Lody w parku?
Nie byłam głupia. Wiedziałam, że wyciąga do mnie rękę w pojednawczym geście.
- Pewnie. Ale dziś ja stawiam. – Rozjaśnił się.
- Przemyślałam to… – odezwałam się w połowie konsumpcji. – Myślę, że nie warto psuć wszystkiego z powodu słów jakiejś zazdrosnej idiotki…
Nie było mi łatwo. Moja duma została draśnięta. Ale zawsze taka byłam – rodzice wymagali ode mnie uczciwości i cywilnej odwagi.
- Niepotrzebnie na ciebie napadłam. Jeśli… jeśli jeszcze chcesz… Ta przyjaźń jest fajna… – dodałam bezradnie. To było ponad moje siły.
- Ja… No pewnie, że chcę. – Był dojrzalszy ode mnie. – Od razu, pierwszego dnia… polubiłem cię…
- Fajnie, że tak wyszło z tą gazetką…
Wtedy nie powiedział mi, że to nie do końca był przypadek…

- Zakochałaś się w Piotrze? – Nie byłam przygotowana na takie pytanie. Zdziwiłam się – Elwira nigdy nie była obcesowa.
- Czemu pytasz?
- Minęło pół roku…
- Pół roku? – nie zrozumiałam.
- Nie pamiętasz? Obiecałaś, że za pół roku mi odpowiesz.
Zbaraniałam.
- Ty tak poważnie? – Nie chciało mi się to pomieścić w głowie.
- Najpoważniej w świecie. Więc jak?
- Czy to ważne?
- Bardzo.
- Czemu?
- Bo jeśli się zakochałaś… – westchnęła ciężko – odpuszczę.
- A jeśli nie?
- Zacznę realizować swój plan…
Milczałyśmy. Bardzo długo.
- Lubię go… Jest ciepły, miły… przyjaźnimy się… – wydusiłam wreszcie, bo czułam, że Elwira nie da się zbyć.
- Nie kochasz go?
- Nie… raczej nie… – Znowu zamilkłyśmy.
- Przyjaźnicie się? – uśmiechnęła się nagle. – Poderwij go.
- Jak to?
Nagle zaczęła mówić bardzo szybko.
- Poderwij go. Ja nie potrafię. Nie jego. W ogóle nie potrafię. Snow Queen! Nie umiem tego robić! Nie brakuje mi inteligencji, błyskotliwości, poczucia humoru, a tego – nie umiem. Poderwij go!
- Zwariowałaś? Niby jak mam to zrobić? I po co?
- Dla mnie. Ty go nie kochasz. Nie zabierzesz mi go. A jeśli wtrąci się jakaś inna… nie dam rady. Tobie na nim nie zależy. Odbiję ci go. Tak… wiesz… na niby…
- Elwira! To się nie uda! Oszalałaś?
- Nie. – pokręciła głową. – Kocham go. Nie odmawiaj mi… – patrzyła błagalnie.
- Nie odmawiam, ale… zrozum… Tak się nie da… To…
- Rzucisz go. A ja… będę blisko…
- Idiotka! – Wściekłam się. – Idiotka – pocieszycielka! To jest ten twój wspaniały plan?
- Tak.
- Idiotka! Patrzeć nie mogę!
A jednak… pomogłam jej. Gdybym wiedziała…

Wakacje spędzałyśmy w maleńkim domku ukrytym wśród lasów. Wciąż rojno w nim było od naszych kolegów i koleżanek. Piotr był na obozie szkoleniowym. Zjawił się po dwóch tygodniach.
Lawirowałam. Manewrowałam. Wmawiałam mu Elwirę. Długo się opierał: nie podejmował tematu, był coraz bardziej milczący… smutny…
Raz tylko, bo rzadko już bywaliśmy sami, spytał:
- Więc tego właśnie chcesz? Żebym był z Elwirą?
- Przecież podoba ci się… – bąknęłam wtedy. Uśmiechał się. – Jest piękna, mądra…

Pod koniec trzeciej klasy byli już parą.
Wciąż przyjaźniłyśmy się z Elwirą, ale starałam się unikać Piotra. Brakowało mi trochę dawnej zażyłości z nim – rozmów, żartów. Nie chciałam jednak wchodzić im w drogę. Szczególnie, że w moim życiu również pojawił się Ktoś, z kim zaczęłam spędzać większość wolnego czasu.
Nasze kontakty znowu nieco się rozluźniły.
Jakiś rok później, w połowie marca wpadła do mnie rozradowana Elwira.
- Piotr mi się oświadczył. Po maturze ślub!
- Gratulacje! – ucieszyłam się.
- Jestem w ciąży. – oznajmiła bez ogródek.
Pobrali się. To był piękny ślub. We wrześniu urodził się mały Piotruś. Rok później Grześ.
Elwira promieniała. Ja również…

Byłam już na drugim roku studiów i właśnie przyjechałam do domu po letniej sesji, gdy wpadła do mnie któregoś dnia. Chuda, zapłakana, stara.
- Rzucił nas.
- Ale co się stało? – pytałam. Płakała.

Części dowiedziałam się później. Od Piotra.
- Zawsze kochałem ciebie. – powiedział. – Tylko ciebie.
- Nie wiedziałam… – szepnęłam.
- Byłem głupi… Czy… gdybym ci powiedział? – Czułam, że nie ma sensu tłumaczyć mu całej tej zawiłej historii… A jednak opowiedziałam mu…
- Gdy cię zobaczyłem pierwszy raz na dziedzińcu… Rozmawiałaś z Elwirą. Śmiałyście się. Zaświeciło słońce, a ty patrzyłaś na drzewa z takim zachwytem… Przeszedłem obok ciebie… nawet mnie nie zauważyłaś… Natrudziłem się, żeby poznać cię bliżej – uśmiechnął się. – Nie chciałem nagabywać cię na korytarzu… Gazetka wydała mi się dobrym początkiem… Tyle razy chciałem ci powiedzieć… wziąć cię za rękę… przytulić… i… bałem się… Nie mogę zrozumieć… Czemu tak ci zależało, żebym był z Elwirą?
Wtedy mu opowiedziałam.
- Myślałam, że ona ci się podoba… Że też się w niej zakochałeś…
- Chciałem być blisko ciebie… Gdy zniknęłaś z naszego życia… wyjechałaś… wszystko już było źle… Musiałem odejść… Zaczynałem powoli ją nienawidzić…
- Nigdy nie żałowałeś tej decyzji?
- Bardzo tęsknię za synami, ale…

Po rozwodzie Piotr wyjechał z kraju. Odwiedzał chłopców dość często. Pomagał też Elwirze finansowo.
Właściwie to dzięki niemu mogła skończyć studia i uniezależnić się…
Czasami myślałam, że może zejdą się jeszcze kiedyś. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia o przyczynach ich rozstania…

Po jakimś czasie Elwira zaczęła spotykać się z Bartkiem. Był „światowym bywalcem nocnych lokali”. Nie kwapił się do pracy, ale nie gardził pomocą zamożnych pań. Elwira dość szybko zorientowała się, co to za ziółko i rozstała się z nim, ale zanim to nastąpiło – napsuł jej dużo krwi…
Potem pojawił się Kamil – „wieczny chłopczyk”.
Miał pretensje do Elwiry, że bardziej zajmuje się synami niż nim. Kiedyś pożalił mi się, że Elwira nie chce spełnić jego największej fantazji seksualnej: chciał mieć z nią dziecko, bo… nie pił nigdy kobiecego mleka…
Z Kamilem nie poszło tak łatwo. Plątał się długo w jej życiu, zanim zrozumiał, że naprawdę nic z tego nie będzie…

A potem Piotr postanowił się ożenić.
Nie byli ze sobą od wielu lat, ale Elwira bardzo to przeżywała.

Wtedy na horyzoncie pojawił się Kuba…
Przyprowadziła go pewnego dnia i przedstawiła.

Znając jej „niefart” do mężczyzn, ziałam na niego niczym smoczyca. Nie ja jedna, zresztą.
Wszyscy, którzy go poznali, odnosili się do Kuby z – delikatnie mówiąc – dystansem.
Bo i dziwny jakiś był ten Kuba!
Niby przystojny, elegancki, kulturalny, ale… milczek, mruk.
Jak spojrzał czasami, to zdawało się, że przenika wszystko na wskroś. Każdą wadę, każdą słabostkę.
Gdy tak patrzył, czuliśmy się niczym rozbrykane dzieciaki. A przecież każde z nas miało balast doświadczeń, nie byliśmy tacy puści i beztroscy.
Gdy próbowaliśmy go czasem rozruszać – uśmiechał się i nie wiedzieliśmy – do nas się śmieje, czy… z nas.
Był też jakiś taki „zapóźniony”. Wydawał nam się trochę nie na czasie. I kompletnie „niepasujący” do tej naszej pięknej, elokwentnej Elwiry.
No, bucefał – mówiąc krótko i dosadnie. Intelektualna pustynia.

Nasłuchała się też od nas Elwira, że głupia, że idiotka.
Pytaliśmy, co właściwie robi, czy zastanawiała się kiedyś nad swoim postępowaniem, czy naprawdę nie widzi „co to za typ”.

I te jego maniery. Jak z lamusa. Bo Kuba był szarmancki:
- Przyniosę ci sweter, Elwirciu.
- Przestawię ci krzesło, Elwirciu.
- Może jeszcze czekoladkę, Elwirciu?
Kręcił się przy niej nieustannie, do przesady, biegał z zapalniczką, latał po wodę, podawał rękę, gdy wchodziła na schody.
I odmieniał tę „Elwircię” we wszystkich możliwych przypadkach!

- Z jakiego kufra go wytaszczyłaś?- pytaliśmy ze śmiechem.
Słowem – dopiekaliśmy jej.

Jestem lojalną przyjaciółką, więc publicznie broniłam „tego całego Kuby”. Ale jakoś tak – bez przekonania.
Za to odbijałam sobie, gdy byłyśmy same. Zazwyczaj jestem taktowna i delikatna, ale wtedy – przeginałam. Próbowałam wybić jej „tego typa” z głowy.
Dziwię się, że nie posłała mnie do diabła.
Rozumiała jednak chyba, że martwię się o nią. Znałam jej życie jak nikt inny i bałam się, żeby znowu ktoś jej nie oszukał, nie wykorzystał, nie skrzywdził…
Bardzo pragnęła miłości, akceptacji…
Przeważnie znosiła te moje sarkania ze stoickim spokojem…
Raz tylko nie wytrzymała…
- Co ty w nim widzisz, dziewczyno! Opamiętaj się wreszcie. To nie jest facet dla ciebie!
- A widziałaś, jak on na mnie patrzy?
Nie widziałam.
Ale… przy najbliższej okazji przyjrzałam się.
Gdy Kuba spoglądał na Elwirę… Tego nie da się opisać… Jest taki zwrot: „świecić własnym światłem”… Coś takiego właśnie działo się z Kubą, gdy w zasięgu jego wzroku pojawiała się Elwira.

Nie przekonało mnie to może do Kuby na sto procent, ale…
Zaczęłam bardziej ważyć słowa.
Już nie byłam taka pewna swoich racji i nieprzejednana w stosunku do niego…

Nadszedł czas zmian również w moim życiu i miałyśmy z Elwirą znacznie mniej czasu na pogaduchy.
Wpadła do mnie jednak kiedyś – roześmiana, szczęśliwa.
„Kwitnie dziewczyna” – pomyślałam z radością. Rozmawiałyśmy o niczym, wygłupiałyśmy się…

- To jest mężczyzna! – powiedziała nagle. – Nawet nie wyobrażałam sobie, że miłość może tak wyglądać! Orły, sokoły, hej!
- Zwariowałaś! – śmiałam się.
- Nie, Ola, nie. Przecież wiesz… Ale… Jak on całuje! Dziewczyno!
- Pleciesz! – uśmiechałam się.
- Posłuchaj…
Pojechaliśmy do hotelu, takiego z basenem, sauną, grotami! Potem kolacja, świece, muzyka… A w apartamencie! Szampan! Dostałam od niego róże… czerwone. Cały bukiet! Ja… wiem, że ty się ze mnie śmiejesz. Ty to miałaś, ale ja? Ola! Czułam się jak gwiazda! Jeszcze żaden facet nie zamówił dla mnie szampana. Dla mnie – rozumiesz? I… tylko się nie śmiej, błagam! On za to wszystko sam zapłacił! Nie wyciągnął ode mnie ani grosza! A kiedy chciałam zapłacić za kolację i wino w restauracji – prawie się obraził!
- Wiem, że cię na to stać, Elwirciu – powiedział mi później w pokoju – ale bardzo, bardzo cię proszę, żebyś nie zrobiła mi już nigdy takiej przykrości.
I pocałował mnie w rękę chyba z pięć razy! Jakby to on zachował się źle, a nie ja!
A potem… potem było cudownie. Piliśmy szampana i… pocałował mnie. Nie śmiej się, proszę! Czułam się jak nastolatka, smarkula jakaś! Tak się trzęsłam przy tym pocałunku, że…
I potem, już w łóżku… co ja mówię… To było łoże! Wielkie na pół pokoju… Ola! Nikt mnie tak nigdy nie pieścił! I tylko wciąż mówił:
- Ale masz piękne piersi, ale masz zgrabne uda, ale masz jędrne pośladki…
I pytał:
- Nie za mocno? Tak? Tak?
Pytał – rozumiesz?
A ja leżałam jak kłoda, bo bałam się poruszyć! Bałam się głośniej odetchnąć, żeby się nie obudzić.
Aż się przestraszył, że może mi się nie podoba.
- Nie za szybkie tempo, Elwirciu? Może… jesteś zmęczona? Chciałabyś spać?
Wtedy… przemogłam się. Pomyślałam, że jeśli się obudzę, to trudno. I tak piękniej, niż było, w życiu nie miałam! A on…
- Jesteś cudowna – szeptał mi. – Bałem się, że robię coś nie tak… bardzo dawno nie… i z tobą, z tobą… jesteś najcudowniejsza…
On bał się, że robi coś „nie tak”. On! A potem… Ola! Nigdy mi tak nie było! Nigdy!
- Było ci dobrze, Elwirciu? – spytał później. – Tak się bałem, że… nie uda mi się, że już… zapomniałem, jak to jest z prawdziwą kobietą…
Leżałam obok.
- Co ci jest, Elwirciu? Coś się stało?
Ola! był taki przerażony!
- Ty jesteś najlepszy na świecie. – wydukałam. – To ja nigdy nie byłam z prawdziwym mężczyzną.
I – jak ostatnia idiotka – rozbeczałam się!
Żebyś go widziała! Całował moje ręce… Przepraszał. Wreszcie… wreszcie… zaczęłam mu opowiadać. O wszystkim. O Piotrze… o tych rankach, kiedy bałam się otworzyć oczy, bo wiedziałam, że miejsce obok jest puste… I o tych dwóch dupkach, których ciągnęłam do wyra i poniżałam się, żeby tylko dostać odrobinę czułości…
A on słuchał. Słuchał, Ola!
Nie odwrócił się dupą, nie zbył mnie, nie próbował jeszcze raz przelecieć, nie zasnął. Siedział blisko. Trzymał mnie za rękę, obejmował. Podawał chusteczki i biegał po wodę i – słuchał.
Myślałam, że na koniec będzie się mnie brzydził, wyzwie i wyrzuci!
- Nie jesteś dziwką, Elwiro. – powiedział. – Nigdy nawet tak nie myśl o sobie. Jesteś mądrą i dzielną kobietą. Ty tylko wciąż dawałaś to, co miałaś najlepszego – siebie. Dziwki nie dają, one biorą i każą sobie za to słono płacić. A ty… nikomu nie robiłaś krzywdy. Tylko sobie. Poznałem cię, Elwiro. W tobie nie ma nic z dziwki. Jesteś po prostu dobra… I kocham cię.
Tak mi powiedział…
Słyszałam od facetów różne słowa… komplementy, pochlebstwa, nawet wyznania miłosne, ale żaden nie mówił mi nic bezinteresownie…
Z wyjątkiem Piotra. On… tylko raz, jeden jedyny powiedział mi, że mnie kocha. Tej nocy, gdy kochaliśmy się pierwszy raz. Potem… już nigdy…
I dopiero Kuba!
- Kocham cię – powiedział i nic, kompletnie nic ode mnie nie chciał!
- Połóżmy się, Elwirciu. – dodał – Jutro… będzie lepiej.
Miał rację…
A po śniadaniu…
- Opowiem ci o moim życiu. – zaczął – Nie chcę, żebyś musiała się czegoś domyślać, albo denerwowała się, gdy coś usłyszysz. Możesz mnie pytać o wszystko. Teraz i zawsze. Nie oszukam cię. Obiecuję.
Uwierzyłam mu, Ola.
A potem opowiedział mi o swojej żonie, miłości, jaką ją darzył, o pobycie za granicą, rozpaczy, tęsknocie… To jego sprawy… ale… chcę, żebyś zrozumiała…
Zakochał się jeszcze na studiach… Pobrali się i byli szczęśliwi. Wkrótce pojawiło się dziecko… Powiodło mu się – zaraz po studiach dostał propozycję pracy w pewnym zagranicznym koncernie… Gdy tylko się urządził – sprowadził rodzinę… Zdawało się, że jego życie jest niemal idealne – piękna żona, urocza córeczka, dobra praca… Niedługo miał powtórnie zostać ojcem… Był zazdrosny. Bardzo… Nie spodobało mu się, że na jakiejś imprezie jeden z kolegów powiedział jego żonie kilka komplementów.
Pokłócili się, rzucił wiele wstrętnych oskarżeń pod jej adresem. Bardzo wiele.
Ona – zabrała córeczkę, wsiadła w samochód i pojechała do domu.
On – obrażony – został.
Żona nigdy nie dotarła na miejsce. Samochód wypadł z drogi. Przekoziołkował.
Kuba obwiniał się o tę tragedię…
Zamknął się w sobie. Zaczął stronić od ludzi… Zdziwaczał…

Skończyła, odetchnęła głośno i spojrzała na mnie jakoś tak bezradnie. Milczałam. Nie wiedziałam, co mogłabym powiedzieć…

- Nie gniewaj się, że ci o tym opowiadam – ponownie przerwała długą ciszę. – Wiesz, że nigdy nie byłam wylewna. A może po prostu – nie miałam o czym mówić. Więc teraz, kiedy wreszcie mam, muszę się tym z kimś podzielić. Z tobą. Tego szczęścia jest za dużo! A ty… jesteś moją przyjaciółką. I… jeszcze coś chcę ci powiedzieć… Kiedy objeżdżałaś mnie za Kubę, byłam na ciebie wściekła…
- Przepraszam. Myślałam, że robisz to na złość Piotrowi, a Kuba… no, nie pasował mi… – ledwo udało mi się wydusić to wyznanie.
- Nie przepraszaj! Miałaś rację. Dobrze się stało. Pomyśl! Przegapiłabym takiego mężczyznę! Co najwyżej – może… poszłabym z nim do łóżka. A potem… mijalibyśmy się na ulicy i bali się spojrzeć sobie w oczy, bo byłoby nam wstyd… Przez was, przez ciebie tak się zaparłam. Bo na początku… Nie wiedziałam, że jeszcze tak potrafię… myślałam, że… Wiesz, prawda?
Pokiwałam głową.
- Piotr był cudownym facetem. Nigdy mnie nie obraził, nie uraził. Kochałam go i wszystko, co robił wydawało mi się takie nadzwyczajne, idealne. Ja… czułam się zaszczycona już samym faktem, że zechciał ze mną być. TEN PIOTR! Nie przeszkadzało mi nawet, że… kocha ciebie. Nie! Nie przerywaj, wiem, że nie miałaś pojęcia. On… Był zawsze bardzo uprzejmy, grzeczny, dżentelmen. Mówił „proszę, dziękuję, przepraszam”. Nawet… nawet, gdy to ze mną robił… nigdy się nie zapomniał. Nigdy!
Wyczułam gorycz w jej głosie.
- Kiedyś… Nigdy ci o tym nie mówiłam. Nie potrafiłam. Rozmawialiśmy o „Worku kości” – i on się zapalił, poweselał. Ucieszyłam się – dawno już taki nie był. I wtedy zawołał: „No coś ty, Oluś, skarbeńku! To nie tak!”. Ja… szybko się opanowałam. A on… Wstał i wyszedł. Nie było go całą noc. Nie spałam. Chodziłam od okna do okna. Dzieci spały w pokoju obok. Takie spokojne. Wrócił rano. Wyglądał jak zbity pies. „Sama widzisz, Elwira. Nie mogę dłużej.” – powiedział mi.
Spakował się i odszedł…

- Nie wiedziałam, że… to dlatego.
Elwira wzruszyła ramionami.
- Nie mówiłam ci, bo… przez te wszystkie lata bałam się jednego, gryzłam się… Powiedz – to już teraz nie ma znaczenia – on… wtedy w nocy… poszedł do ciebie?
- Nie. Przysięgam. U mnie go nie było.
- Pamiętasz, jak przygnałam do ciebie bladym świtem? Wydawało mi się, że coś wiesz… jakbyś już z nim rozmawiała… A on… jednak był lojalny. Do końca… mimo wszystko… ulżyło mi. Patrz. Po tylu latach… Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybym… Ale ja… tak bardzo chciałam zasłużyć na jego miłość! Wydawało mi się, że pokocha mnie, jeśli tylko… lepiej mnie pozna. Byłam głupia?
- Kochałaś Piotra. – powiedziałam.
- I to mnie usprawiedliwia?
- Co chcesz ode mnie usłyszeć? Skąd mam wiedzieć! Elwira! Skup się na tym, co jest. Tamto to już przeszłość…

Miałam już dość tej rozmowy. Wszystko kłębiło mi się w głowie. Musiałam sobie to przemyśleć…

- Nie miałam pojęcia… – usłyszałam nagle jej głos – Nie miałam pojęcia – powtórzyła – co to jest prawdziwa bliskość… Taka… obustronna… Nie rozumiałam, gdy mówiłaś, że z miłości jest inaczej. „Seks to seks” – myślałam sobie. Jaką byłam idiotką…

Pamiętam, że długo jeszcze po tej rozmowie kołatał mi w uszach jej śmiech…
*
Z Elwirą znamy się od trzepaka.
Żadna tam metafora – naprawdę poznałyśmy się przy robieniu łamańców na podwórkowym trzepaku.
Jest jedyną osobą, którą z czystym sumieniem mogę nazywać przyjaciółką. Przeszłyśmy chyba wszelkie weryfikacje, jakim może poddać złośliwy los i… wciąż jesteśmy sobie bliskie…