Z piątku na niedzielę. Klaskaniem mając obrzękłe prawice.

Czy jest coś równie głupiego, jak samemu sobie się podobać, samego siebie podziwiać?

Dawno, dawno temu niejaki Erazm z Rotterdamu intronizował Morię. W jej orszaku znalazły się między innymi Flantia i Koalia.
Minęło ponad pięćset lat i zdawałoby się – za sprawą bożka, znanego w pewnych kręgach jako Postęp – Cudowna Triada, z Miłościwie Panującą na czele, powinna była sczeznąć w mroku wieków…
No cóż…

Ponieważ nigdy nie obiecywałam, że moje dywagacje będą jakimkolwiek ciągiem przyczynowo-skutkowym, po bardzo luźno związanym przerywniku muzycznym, bez zbędnych ceregieli przejdę dalej, niewiele troszcząc się już o los wspomnianej wcześniej Pani Głupoty i dwóch z jej sług – Miłości Własnej i Pochlebstwa…

W imię [a może nawet – m i m o] Postępu przejęliśmy wiele zachowań, które są obce naszej kulturze.
Coraz częściej zaistnieć można głównie dzięki autopromocji. Na to zjawisko zaadaptowano nawet specjalny termin – asertywność [coś, co oznacza mniej więcej: już nie pasywny, ale jeszcze nie agresywny...].
Przyznaję, że takie zachowanie to bardzo nie moja bajka, ale – jak zwykle – nie oceniam, choć sprawia mi przykrość przypatrywanie się niektórym wygibasom…

W związku z tymiż akrobacjami chciałabym wspomnieć o innej osobliwości. O klaskaniu.
Zupełnie nie pojmuję tego odruchu warunkowego, towarzyszącego różnym pseudo- i serio-kulturalnym przedsięwzięciom.
Właściwie nie wiem, jak reagować, gdy ktoś – po wygłoszeniu jakiejś szczególnie lub [przeważnie] nieszczególnie odkrywczej myśli – wraz z innymi zaczyna sobie bić brawo.
Śmiać się?
Ignorować?
Też klaskać?
Naprawdę – nie wiem…
Cyprian Kamil Norwid w wierszu Do potomności stwierdził:

Klaskaniem mając obrzękłe prawice,
Znudzony pieśnią, lud wołał o czyny.

Na tym chyba poprzestanę…
Albo nie:

Z piątku na niedzielę. W cieniu zakwitających dziewcząt.

Przelatują, wieją przeze mnie
listopady chwil, których nie ma…
To – tylko liście jesienne.
To – pachnie ziemia.

cieknący zegar Dali

Ile już tych listopadów przepłynęło… Dwadzieścia… Trzydzieści… Kto by tam liczył… Za moment – następny.
Sączą się dni. Roztapiają w gorączce codzienności. Skapują – ledwo zauważone. Nieuchwytne.
Godziny. Minuty. Sekundy. Staczają się z zapomnianej półki. Ciurkają z niedokręconego kranu. Zsuwają się z zakurzonego biurka. I wdeptujemy je w poplątane ścieżki, przemykając pośpiesznie przez życie…

liściu
osłoń mnie zielenią
jestem jesienne nagie drzewo
z zimna drżę

Nierozważna i Nieromantyczna… Niewiele Halina Poświatowska miała tych listopadów. I może jakieś przeczucie, dane nielicznym:

Trzeba się nam pośpieszyć, na ziemi odcisnąć swój ślad.
Wszystkie drogi przemierzyć i poznać każdy smak.
Trzeba się nam zatracić, wypalić, bez reszty do cna.
Naszumieć się i natańczyć, za cały świat.

Śpiewający Anioł … Wszystko w Annie German było nieziemskie, zjawiskowe. I oczy – przenikające na wskroś. I uśmiech – zawsze pełen słodyczy, mimo cierpienia, które w sobie nosiła. I głos – srebrzysty, zniewalający słuchaczy:

Zobacz, ile jesieni!
Pełno jak w cebrze wina,
A to dopiero początek,
Dopiero się zaczyna.
Wypiję kwartę jesieni,
Do parku pustego wrócę,
Nad zimną, ciemną ziemię
Pod jasny księżyc się rzucę.

Królowa Chmur… Nie potrafię inaczej myśleć o Danucie Szaflarskiej. Widziała tych listopadów wiele, wiele… I tak cudownie potrafiła cieszyć się każdym…
Tyle w Niej było radości, witalności:


Zakwitające dziewczyny
Po chwili mają sto lat
Ich cienie tańczą tam
Gdzie w ciszy
Głogi się kołyszą…

W cieniu zakwitających dziewcząt wszystko wydaje się być zachwycające i niezmienne, a potem…

…można pogłaskać zimny kamień… wczytać się w wyrzezany napis… i pomyśleć…

…za wcześnie…

Z piątku na niedzielę. Lelum Polelum.

Poganin jestem! Poganin!
Dwurogie chwalę księżyce!
I lutą słowiańską Panię,
Marzannę-Bogurodzicę!

Lel_i_Polel

Zapuszczanie się w mitologię przedchrześcijańską zawsze niesie za sobą niebezpieczeństwo przekłamań i posądzania o wodolejstwo. Nic jednak nie można poradzić na to, że pod cienką politurą biblijnego natrysku w każdym drzemie chęć poznania tożsamości. Można by sądzić, że ideologia Księgi [choć właściwszym byłoby użycie nazwy Ksiąg…] miała na naszą kulturę wpływ nieograniczony i niszczący wszelkie niedomówienia. W istocie jest tworem obcym, sztucznie przeszczepionym na słowiański grunt, pozbawionym rzeczywistej przyczynowości. Oparta na niej obrzędowość wchłonęła i zasymilowała kultury politeistyczne, zabrała z nich to, czego zdeprecjonować nie była w stanie, wypaczając i przeinaczając na swoje potrzeby. To zaś, czego nie zdołała sprzeniewierzyć – starała się eksterminować. Poniekąd jej się udało. Poniekąd – ponieważ tęsknota za własną tożsamością mityczną, swojskością atawistycznych archetypów wciąż drzemie w podświadomości Słowian, wypływając co jakiś czas w postaci takiego czy innego dzieła.
Oczywiście tłumaczenie wszystkiego potrzebą określenia własnej przynależności kulturowej jest spłycaniem tematu. W grę wchodzi – powiedziałabym – pewna atrakcyjność nieznanego czy może raczej – wstydliwie przemilczanego i zapominanego.
Nie bez znaczenia dla wciąż odradzających się dociekań jest dewaluacja pewnych wartości. Gdy stają się one tylko pustymi słowami, nadętymi ideami, zagubiona jednostka zaczyna poszukiwania czegoś, co da jej odpowiedzi.

Lilia Weneda jest jedną z takich prób [pod linkiem znajduje się dwuczęściowe słuchowisko w reżyserii Dariusza Błaszczyka... nie naciskam, ale... najprzyjemniej jest ułożyć się wygodnie, kliknąć i przymknąć oczy...]:

> Lilla Weneda słuchowisko <

Tym, co urzeka w dramacie Juliusza Słowackiego, jest synkretyczne ujęcie tematu: poeta tworzy legendę opartą na estetyce zbliżonej do mitologii celtyckiej, nordyckiej i – całkowicie przecież wymyślonej – idei osjanistycznej…
Oscylujący w granicach groteski świat, oparty na tragedii podbitego przez Lechitów narodu Wenedów, aż iskrzy od symboli i aluzji [jest rok 1839...]. Nie brakuje w nim elementów z pogranicza baśni i ballady:


Lelum polelum…
Niejaki Miechowita uważał, że to dwaj synowie bogini Dzidzileli [bardziej znanej jako Lela albo Łada...] o imionach Lel i Polel. Aleksander Bruckner twierdził natomiast, że Miechowita ich sobie wymyślił, a leli – poleli to pijackie zawołanie, ewentualnie – określenie chwiejnego z charakteru mężczyzny, chwiejnego lub po prostu – pijanego…
Za teorią Miechowity przemawia odnalezienie na wyspie Fischerinsel słowiańskiego posągu dwóch zrośniętych głowami i tułowiami braci:

lelum polelum całe

U pana Słowackiego są to po prostu synowie króla Derwida, skuci łańcuchami i walczący jako jeden wódz…
Echa Brucknerowskiej hipotezy można natomiast odnaleźć w wierszu Jana Rumla:

Światowied mnie ośmiooki
W kontyny ciosanym Chramie
Nauczył patrzeć w szerokie
Słowiańskiej ziemi połanie!

Używiodajnił Swarożyc
I deszczów Lelum-Polelum!

Odniesień do lelum polelum – jak widać – mamy w naszej twórczości niewiele.
Tym większe zainteresowanie wzbudził we mnie jeden z albumów grupy Lao Che.
Koncepcja Guseł jest interesująca – obok niebanalnych rozwiązań muzycznych pojawia się tam wiele nawiązań zarówno do rodzimej literatury, jak i do starotestamentowej tradycji pokazanej w kontekście prasłowiańskich ceremoniałów.
Niestety - Gusła także skupiają się głównie na rytualności Dziadów, nie – Lilii Wenedy. Nawet – wbrew tytułowi – w zaprezentowanym poniżej utworze. Właściwie – godzę się na tę wizję niemal bez zastrzeżeń…
Jedynym, czego mi brakuje, jest… harfa… To ona przecież miała być nadzieją na odrodzenie. Szkoda, że muzycy także ją zagubili…

Na zakończenie nie pozostaje mi nic innego, jak raz jeszcze oddać głos przywołanemu we wstępie poecie:

Słowianin jestem! Słowianin!
Od Światowieda dziedzicem!
I lutej słowiańskiej Paniej,
Marzanny-Bogurodzicy!

Z piątku na niedzielę. Taniec szkieletów.

W każdym ziemskim klimacie, pod śniegiem, pod znojem,
Śmierć przygląda się tobie, pocieszna Ludzkości!

Nie bardzo chce mi się już na wstępie wygłaszać średnio nowatorską myśl, jakoby istniały różne skuteczne sposoby oswojenia śmierci [na własny użytek, czy też w kontekście Bliższych i Dalszych...].
Jeśli ktokolwiek twierdzi, że jego ten lęk już nie dotyczy, to… tego… opcje zauważam dwie…
Zawsze są jeszcze takie czy inne sprawy do załatwienia… Ktoś, dla kogo warto… Coś…

Kiedy myślę o paradoksie obłaskawiania śmierci, pamięć niezmiennie podsuwa mi grafikę Michaela Wolgemuta z 1493 roku:

Danse macabre – Michael Wolgemut

i słowa prześmiewczego wiersza Henryka Cazalisa:

Zig et zig et zig, la mort en cadence
Frappant une tombe avec son talon,
La mort a minuit joue un air de danse,
Zig et zig et zag, sur son violon.

[Klekot kości, szczęk, bo dziś śmierci czas
w wieko trumny stuk jedno drugie pas,
o północy śmierć melodię wciąż gra
zygzak, kości szczęk, fidel cicho łka.]

Niełatwo było oddać w tłumaczeniu ten charakterystyczny rytm, który z taką maestrią podchwycił w swoim upiornym walcu Camille Saint-Saens:

Trudno o bardziej efektowny finał danse macabre, powtórzę więc tylko jeszcze za zafascynowanym różnymi aspektami śmierci Charlesem Baudelaire’m:

Beznosa bajadero, wzorze ludzkich ruder!
Powiedzże tym tancerzom, którzy tak się drożą:
„O wy, pyszne wymoczki! Mimo róż i puder
Zalatujecie śmiercią! Kościeje z obrożą,

Antinousy zwiędłe aż do kręgosłupów,
Zwłoki pokostowane, Don Juany niemrawe!
Wszechświatowa parada tańca kościotrupów
Unosi was ryczałtem w nieznaną dzierżawę!”

I dodam, że dziwnym zrządzeniem losu, czterysta lat po Michaelu Wolgemucie [no dobrze – trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć...] Władysław Podkowiński namalował korowód nagich kobiet pląsających ze szkieletami:

szkic szkielety podkowiski

Procesja szkieletów zatoczyła koło… Żadna tam burleska… Raczej [że tak sobie fatalnie zrymuję...] – makabreska…
Brrr…

Z piątku na niedzielę. Czarna Gołębica.

Jestem zmęczona płaczem, a świt nie nadchodzi…

Zastanawiam się czasem, co sprawia, że człowiek podąża taką a nie inną drogą. Odpowiedzi mam wiele, a to tak, jakbym – nie miała żadnej…

Surrealizm często przewija się w moich rozważaniach, chociaż ja uparcie twierdzę, że ten typ przekazu nie jest moim najulubieńszym [pewnie za Wielką Wodą dawno już spędzałabym popołudnia na kozetce jakiegoś psychoanalityka… na szczęście żyję tu…].
Rodzaj twórczości, którą parała się Frida Kahlo określano też mianem prymitywizmu, folka, choć ona sama mówiła o realizmie.
Jak by tego nie nazywać – nie ulega wątpliwości, że jej dzieła robią wrażenie.

fridakahlo-1309075-h

Sztuka zawsze jest ekshibicjonistyczna. I jak bardzo banalnym by to stwierdzenie nie było – zawsze zostawia się w utworze cząstkę siebie i nie da się tego uniknąć.

Obrazy Fridy nie są dla każdego i bardzo dobrze. Nie próbuję tu walczyć z innym odbiorem sztuki niż mój, więc zgadzam się, że do kogoś mogą nie przemawiać…
Z drugiej strony – obok takiego Braku nadziei czy Miłosnego uścisku Wszechświata trudno przejść obojętnie:

wszechświat frida2

To, że do lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia znano Fridę Kahlo wyłącznie jako żonę słynnego malarza, dziś może wywoływać jedynie uśmieszek niedowierzania.
Rzec by można, że wśród szerszego grona odbiorców „zaistniała” dzięki Tunderowi Kelly’emu, który zestawił jeden z jej autoportretów z męskim ciałem na reklamowym plakacie:

frida clein

Powyższy kolaż i (zainspirowana Autoportretem z warkoczem ) kolekcja Jeana Paula Goltier’a – Homage to Frida Kahlo:

uczyniły Fridę symbolem latynoamerykańskiej kultury…

Kiedy przyglądam się autoportretom malarki, niezmiennie przypominam sobie jej rodaczkę – Salmę Hayek. Już zawsze chyba będę kojarzyć tę aktorkę właśnie z Fridą w reżyserii Julie Taymor:

Z mroczną opowieścią o uwikłanej w toksyczne związki, poszukującej zrozumienia i miłości artystce.
Z dusznym klimatem rewolucyjnego Meksyku, oddechem wolności i… niezwykłą, pełną skrywanych namiętności muzyką:

Chcę być wolna… żyć moim życiem… z kim zechcę…

Z piątku na niedzielę. Szewcy.

Historia rzemiosła w naszym pięknym kraju sięga okresu wczesnopiastowskiego, a pierwsze cechy powstały w XIII wieku. Samo szewstwo także ma długą tradycję. Mądre źródła podają, że rzemieślnik zajmujący się szewstwem nazywa się szewc, a jeszcze mądrzejsze, że słowo szewc pochodzi od starocerkiewnosłowiańskiego szьwьcь, w którym w późniejszym okresie nastąpiło wyrównanie analogiczne tematu Mianownika do przypadków zależnych.
Podaję te wszystkie informacje, ponieważ nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek mógł żyć bez powyższej wiedzy i natychmiast przechodzę dalej.

Wal go! Pier go! Niech stare ścierwo wie, po co żył! Męczennik, pludra jego cioć!!

Witkacy Dwojga Imion Czysta Forma nie jest łatwym w odbiorze twórcą. Kontemplując jego artystyczne poczynania łatwo wpaść w pułapkę twierdzenia, że był dramatopisarzem płytkim i banalnym, korzystającym z trywialnej poetyki, ponieważ innej nie znał. Śmiem twierdzić, że znał, a wszystko, co umieszczał w swoich dziełach, czynił z wielkim wyczuciem i jeszcze większą rozwagą.
I – nie, to spostrzeżenie nie stoi w opozycji do jego koncepcji sztuki. Nigdy przecież nie twierdził, że dzieło ma być wypełnione przypadkowymi, pozbawionymi sensu elementami. Po prostu zauważył, że dotychczasowe środki wyrazu się zużyły i pora wyjść wreszcie z bezpieczniutkiego kręgu konwencji.
Na kim bowiem – jeśli nie na artyście – spoczywać miałaby odpowiedzialność za ten tak przez Romantyków hołubiony rząd dusz…

Dawno, dawno temu natknęłam się podczas wyłączania telewizora na coś, co sprawiło, że moja dłoń zawisła w powietrzu, a palec mocniej nacisnął plus klawisza zwanego popularnie volume:

Jest to fragment Witkacowskich Szewców w wykonaniu Natalii Sikory.

Tak. Tej od Cry Baby:

Z piątku na niedzielę. Co mówi noc.

Poglądy nietzscheańskie nie cieszą się zbyt wielką popularnością i mało komu da się wytłumaczyć, że idea homo superior [ niem. Ubermensch] jest czymś zupełnie innym niż pojęcie Herrenvolk wykreowane przez zwolenników Pan-Europy.
Z założenia nie zajmuję się tu eseistyką, więc i tym razem pozostawię kwestie historiozoficzne na boku. Ostatecznie – nie każdy musi mieć zapotrzebowanie na tego rodzaju wiedzę i nic mi do tego.

W budzącym tyle niezdrowej sensacji Śpiewie Zaratustry tytułowy bohater opowiada o metafizycznym śnie, z którego budzi się i zaczyna… rozumieć:

O Mensch! Gib acht!
Was spricht die tiefe Mitternacht?
»Ich schlief, ich schlief—,
Aus tiefem Traum bin ich erwacht:—
Die Welt ist tief,
Und tiefer als der Tag gedacht.
Tief ist ihr Weh—,
Lust—tiefer noch als Herzeleid:
Weh spricht: Vergeh!
Doch alle Lust will Ewigkeit—,
—will tiefe, tiefe Ewigkeit!«

[ bacz
co szepce noc
zasnęłam snem najgłębszym snem
zbudziłam się
w otchłani świat skrytej przed dniem
nad jego ból
wynosisz chuć wieczności chcesz
w rozkoszy cnej ]

Aleksander Wat czyni kluczowe pytanie z Pieśni pijanej mottem swojego wiersza:

Was spricht die tiefe Mitternacht?

Co mówi noc? Nic
nie mówi. Noc
ma usta zagipsowane.
Dzień – ten owszem. Gada.
Bez cezur, bez wahań, bez sekundy
Zastanowienia. I gadać tak będzie
aż padnie i skona
z wyczerpania. (…)
A jednak słyszałem krzyk
w nocy. Każdej. (…)
W nim
był początek i koniec.(…)
To krzyczy noc.
Chociaż ma usta
zagipsowane. (…)
Noc – ta nie skona.
Noc nie umiera
chociaż ma usta
zagipsowane.

Magii słów wydobywających się z ust zagipsowanych ulegamy wszyscy… Każdy na swój własny, niepowtarzalny sposób…
Przykładem tego może być choćby interpretacja Krzysztofa Pendereckiego:

Z piątku na niedzielę. Błogosławione milczenie.

WP_20170417_002

Milczenie i mówienie – jako swoiste continuum stanowią człowieka. Są jak wdech i wydech… Jak skurcz i rozkurcz serca…
Bóg – tchnący w człowieka życie – czynił to w milczeniu…
By usłyszeć – trzeba zamilknąć. Wyciszyć się.
Paradoksalnie – milczenie nie świadczy o schronieniu się do wewnątrz, zamknięciu we własnym jestestwie, lecz – o otwarciu się na świat i zgodzie, by to zewnętrze przyszło do nas.
Dawno temu przeczytałam Anioła Milczenia Marii Konopnickiej i kilka wersów utkwiło mi w pamięci:

Tam, kędy z okiem opuszczonem stoję,
Dogrzmieć nie mogą ziemi niepokoje;
Żywiołów burze ja trzymam w granicy,
Bom jest skinieniem wszechmocnej prawicy.
Kiedy nad zakres do przyszłości biegą
Harde pytania „Po co? I dlaczego?”
Ja w białych palcach wstrzymuję zasłonę,
Którą od dzisiaj jutro oddzielone.

Nieco później miałam okazję obejrzeć dziewiętnastowieczną ikonę Błagoje Mołczanie. Nie ukrywam, że zrobiła na mnie wrażenie.
Warto wiedzieć, że tworzenie ikon nie było takim sobie zwyczajnym nakładaniem farby na deskę. Niegdysiejsi artyści nazywali to misterium „pisaniem” [dziś może użyto by raczej rzeczownika „napisywanie” bądź „nadpisywanie”], ponieważ procesowi twórczemu nieodmiennie towarzyszył proces duchowy. Rzec by można, iż było to coś w rodzaju systemu twórczo-filozoficznego – ikona miała być łącznikiem między sacrum i profanum, miała tłumaczyć akt wiary pozazmysłowo, mistycznie.
Pisanie ikon podlegało wielu tradycjom i prawom. Miało też swoją, dość skomplikowaną historię. Nie czas i nie miejsce tutaj na specjalistyczne wykłady, napomknę więc tylko, że część wiernych nie uznała nikoniańskich reform, opowiadając się za starymi obrzędami, co spowodowało rozłam w kościele prawosławnym.
Błogosławione Milczenie jest ikoną wykonaną właśnie zgodnie z tradycjami Staroobrzędowców.
Chociaż zazwyczaj tego nie robię, uważam, że w tej sytuacji opis będzie pomocny w zrozumieniu całości, więc odstąpię od zasady, co – mam nadzieję – zostanie mi wybaczone…
Plakieta przedstawia uskrzydlonego Chrystusa Emmanuela otoczonego osiemnastoma medalionami. Całość wykonano z mosiądzu, a tło pociągnięto niebieską emalią.
Spas Błagoje Mołczanie jest w kolistym nimbie, po obu stronach którego widnieją litery IC CX [Ten, Który Jest].
Emmanuel ma na sobie felonion, stichar i epitrachilion [odpowiedniki szat liturgicznych w obrządku łacińskim].
Ręce [nie - jak zazwyczaj - ze złożonymi w znak Świętej Trójcy palcami] ma skrzyżowane na piersiach, a twarz – pozbawioną szczegółów anatomicznych.
To dość nietypowe wyobrażenie Pantokratora.
Być może nie do każdego przemawiają tego rodzaju dzieła, ale moim zdaniem jest to jedno z piękniejszych, przedstawionych plastycznie przesłań. Idea Boga z nami… w Błogosławionym Milczeniu.

Z piątku na niedzielę. Nienawistna ósemka.

Nietrudno się domyślić, że poniższy wpis nie będzie traktował o ósmym Blasku Drzewa Życia, ani – o zabytkowej kolei wąskotorowej w regionie Zlatibor, ani nawet – o uczuciowym nacechowaniu rzeczowników odliczebnikowych.
Nie przeczę, że dywagacje na tego typu tematy mogą być fascynujące, dziś jednak chciałabym się skupić na czymś innym…


Qentiś jest jednym z moich ulubionych reżyserów.
Lubię jego porządek – podział na części. To daje poczucie, że w szaleństwie jest metoda. Podoba mi się też sięganie do wyświechtanej poetyki mydlanych oper i kiepskich horrorów, by powiedzieć coś uniwersalnego.
Dobrze. Haracz geniuszowi Quentisia został zapłacony…

Nie będę opowiadać fabuły ani zachwycać się środkami artystycznymi,
wspomnę natomiast o tym, co mnie w tym filmie troszeczkę [nie potrafię użyć w odniesieniu do mojego reżyserskiego bożyszcza mocniejszych słów] zdeprymowało…

Zęby.
Zęby! — Zęby! — Były tu, były tam — były wszędzie — widzialne, namacalne, tuż przede mną. Długie, wąskie i niezwykle białe. Wśród niezliczonych przedmiotów świata zewnętrznego nie znalazłem dla swej myśli innej ostoi prócz owych zębów. One i tylko one stały przed oczami mego ducha i ich wyłączna odrębność przedzierzgnęła się w treść mego życia duchowego. Oglądałem je na wszelkie sposoby. Badałem ich swoistość. Wypatrywałem ich szczególne oznaki. Rozmyślałem o ich kształcie. Zastanawiałem się nad zmiennością ich natury. Drżałem w chwili, gdy w wyobraźni przypisywałem im wrażliwość i uczuciowość, a nawet zdolność odzwierciedlania stanów ducha bez pomocy ust. Byłem przeświadczony, że każdy ząb był zagadką. Zagadką! Zagadką!
Nie potrafiłam się powstrzymać, by nie powtórzyć za Alanem Edgarem Poe opisu zębów Bereniki, ale już wracam do głównego wątku…
Zęby Warrena!
Jak awanturnik pokroju Marquisa mógł mieć takie zęby! Nieskazitelnie białe, zdrowe i wszystkie! W czasach, gdy higiena jamy ustnej była taką samą abstrakcją jak „łajka w kosmosie”. Że o bilansie żywieniowym [czy jak to tam się nazywa] nie wspomnę…
Czyżby Quentiś to przegapił?
Skoro nie zapomniał osypać śniegiem kamienia, na którym łowca kładzie broń? I nie kazał Bobowi wysłuchiwać instrukcji zamykania drzwi?
Nie sądzę.
Quentiś musiał mieć jakiś cel, eksponując te cholerne, białe zęby majora.
Tylko – jaki?
Nie wiem i to [że się tak metaforycznie rozhasam] strasznie mnie gryzie…

Z piątku na niedzielę. Płonąca żyrafa.

płonąca żyrafa

Powiedziałabym, że kwintesencją surrealizmu są te szamocące się mickiewiczowskie larwy ze Świtezi
Nic w tym dziwnego – wszak za jednego z mistrzów uważali surrealiści Comte de Lautreamont’a – romantycznego twórcę Pieśni Maldorora.
Niezdrowe podniecanie się dekadenckimi ciągotkami Dalego, czy też jego frustracjami onanistyczno-koprofilicznymi związanymi z falliczną symboliką z Freuda, robi się powoli żenujące… Mnie obraz zafascynował kolorystyką i dehumanizacją postaci.
Stanisław Grochowiak uczynił go pretekstem do ogłoszenia swojego turpistycznego manifestu:

Tak
To jest coś
Biedna konstrukcja człowieczego lęku
Żyrafa kopcąca się pomaleńku
Tak
To jest coś

Nie wydaje się to szczególnie zaskakujące – przy ascetycznej niemal oszczędności środków – wyjątkowe z tego obrazu w gruncie rzeczy paskudztwo. Zamierzone – rzecz jasna.
Ripostą na ów manifest była Oda do turpistów Juliana Przybosia, której maleńki fragment pozwolę sobie zacytować:

Zmykajcie! Zarządzam niniejszym
deratyzację Waszych wierszy
!

Uśmiałam się, ponieważ cenię inteligentne inwektywy, a jeszcze bardziej imponuje mi umiejętność uczynienia zarzutu z atutu [zawsze twierdziłam, że purnonsens się udziela...].
Czemu ma służyć ten przydługi wywód?
Ano słabo mi się robi na myśl o galopującej degradacji poczucia humoru.
Coraz częściej zauważam, że [manieryczny] dramatyzm Dalego, [karykaturalne] efekciarstwo Grochowiaka i [groteskowa] bufonada Przybosia – są brane zupełnie poważnie.
Oczywiście, nie mam zamiaru haftować teraz złotą nicią haseł w stylu: Ludzie, zdystansujcie się! O mniej zadęcia wołam!
Wolę oddać głos mistrzowi Grochowiakowi:

Tak
To jest coś

Coś co nas czeka
Użyteczne i groźne
Jak noga
Jak serce
Jak brzuch i pogrzebacz

Ciemna mogiła człowieczego nieba
Tak
To jest coś