Wspomnień czar. Wielka Niedziela.

Kiedyś Wielki Tydzień wyglądał inaczej.

Od wyprawy do lasu miało się wrażenie, że czas wyczynia jakieś dziwne harce. Czasami, w ogólnej krzątaninie nie wiedziało się, kiedy nastał wieczór. Innym razem czuło się, że wszystko wlecze się, jakby dzień nigdy miał się nie skończyć…

Oczywiście kuchnia znowu stawała się najważniejszym miejscem w domu i musiało się, po prostu – musiało – w niej plątać.
Do najważniejszych potraw należał żur i nie można było opuścić robienia zakwasu. Patrzyło się, jak Mama wyparza bańkę, sypie do środka żytnią mąkę, zalewa ją przegotowaną wodą, miesza i dodaje parę zgniecionych ząbków czosnku, kilka ziaren angielskiego ziela i listek laurowy. Wdychało się zapach skórki z razowego chleba, która też lądowała w naczyniu, po czym osobiście nakrywało się wszystko płócienną ściereczką i obwiązywało gumką.
Odstawiało się zawiesinę w ciepłe miejsce i absolutnie nie asystowało się w późniejszym mieszaniu, ponieważ szczerze nie znosiło się zapachu zakwasu…

Do żuru obowiązkowo musiała być biała kiełbasa, więc podczas jej robienia nie ruszało się z kuchni nawet na krok.
Prawie się nie ruszało, bo szlamowania jelit nie lubiło się chyba jeszcze bardziej, niż mieszania fermentującej żytniej zawiesiny. Wracało się, gdy czynność ta została wykonana, a kuchnia solidnie przewietrzona. Kiedy patrzyło się na różowawe niteczki zanurzone w roztworze z sody, nie bardzo dowierzało się, że jeszcze niedawno były takim paskudztwem.
Tym, co fascynowało, było krojenie mięsa. Patrzyło się na wychodzące spod noży rodziców równiutkie kosteczki brunatnej wołowiny, jasnoczerwonej szynki wieprzowej, łaciatej łopatki i różowawej słoniny.
Sypało się do wielkiej michy cudnie pachnące, złote ziarna gorczycy, odrobinę posiekanego czosnku, igiełki tymianku, czarny i ziołowy mielony pieprz. Na koniec dodawało się sól i cukier, a potem patrzyło, jak Tata miesza wszystko zamaszystymi ruchami, aż kolorowe sześcianiki zrobią się lśniące od puszczanego soku. Mięso musiało swoje odstać, więc z niecierpliwością czekało się na moment wkręcenia śmiesznej tubki do maszynki, smarowanie jej olejem i naciąganie bielutkiego jelita. Pomagało się w robieniu mięsnych kul, które Tata umieszczał w maszynce do mięsa i zachwycało równiutkimi, wychodzącymi z tubki kiełbaskami. Potem uczestniczyło się w dzieleniu kiełbasianych sznurów na trzy części – jedną wieszało się na specjalnym drągu, by odpowiednio przesłoniała do wędzenia, drugą zostawiało się do pieczenia, a trzecią – do ugotowania.
Towarzyszyło się też w bejcowaniu wędlin do wędzenia i pieczenia. Spośród wszystkich przypraw najbardziej uwielbiało się zapach kozieradki i lubczyku i męczyło się Mamę, by dodawała ich do wszystkiego…

Wśród krewnych było wielu amatorów galaretki wieprzowej i wiedziało się, że żadna Wielkanoc nie byłaby bez niej pełna.
Na początku nie bardzo uświadamiało się sobie, czym są te zabawne różowe wałeczki. Kiedy już się do tego doszło, odczuwało się dziwny smutek, patrząc na moczące się nóżki. Umykało się i przychodziło do kuchni dopiero, gdy poczuło się zapach zimninowego wywaru. Gdy w całym domu pachniało klejem, liśćmi laurowymi i zielem angielskim, wiedziało się, że można już spokojnie wrócić. Rozstawiało się na stole kokilki i układało w nich kwiatki o białych, pietruszkowych środkach i marchewkowych płatkach. Dokładało się gałązkę zielonej pietruszki i patrzyło, jak Mama zakrywa je pokrojonym gotowanym mięsem i zalewa pachnącym czosnkowo wywarem. Potem ostrożnie przenosiło się naczynka w chłodne miejsce i nakrywało płatkami ligniny…

Do wielkanocnych zimnych nóżek nie mogło zabraknąć ćwikły. Pomagało się więc myć buraczki, odkrawać zgrubiałe części i po ugotowaniu – trzeć. Po wszystkim wyglądało się jak Lady Makbet, choć wtedy jeszcze nie miało się pojęcia o istnieniu takiej osoby.
Po starciu buraczków biegło się z Tatą do składówki, by pomóc mu w przyniesieniu słoja chrzanu. I właśnie wtedy przypominało się sobie, jak jesienią poprzedniego roku Tata własnoręcznie ten chrzan przygotowywał. Oczywiście nie mogło się tego przegapić, więc uczestniczyło się zarówno w obieraniu białych korzeni, jak i w krojeniu ich i namaczaniu. A potem patrzyło się na Tatę i nie mogło się wyjść ze zdumienia, że taki duży Tata płacze; płacze, mamroce coś pod nosem i jednocześnie śmieje się, pochylony nad michą, do której spada coraz więcej białego przecieru. Nie rozumiało się tego, póki nieopacznie nie podeszło się zbyt blisko i nie zaciągnęło ostrą wonią. Potem płakało się i śmiało razem z Tatą wszystko już rozumiejąc. Towarzyszyło się też wtedy przy doprawianiu chrzanu sokiem z cytryny, solą i cukrem i umieszczaniu go w słoikach.
Myślało się o tym, przyglądając się, jak Mama miesza z tym chrzanem buraczki i doprawia ciemno-różową ćwikłę do smaku, podtyka Tacie do spróbowania i po jego orzeczeniu „kriepka” – szczelnie zakręca słoiki…

Z okazji Wielkiej Nocy pomagało się też w przygotowaniu musztardy, która była nieodzownym dodatkiem do pieczonych mięs. Uwielbiało się wrzucać brunatne i oranżowe ziarnka do młynka i patrzeć, jak pod wpływem obrotów zmieniają się w miałki gorczycowy talk. Wsypywało się go do wielkiego słoja, dodawało ocet, białe wino i utarty chrzan i mieszało energicznie. Potem doprawiało się jeszcze musztardę miodem i solą, dodawało uprażone w całości ziarnka białej gorczycy i wstawiało do lodówki, podziwiając jej żółto-zielonkawą barwę…

Kolejnym daniem był klops z jajkiem. W mieleniu mięsa nie widziało się niczego ciekawego, więc umykało się do swoich spraw i wracało, by popatrzeć, jak Mama umieszcza w mięsie gotowane jaja i zgrabnie formuje półokrągłe klopsy w specjalnych foremkach. Kiedy lądowały w piekarniku, zaczynało się taniec wokół Taty, który był specjalistą od pasztetów.
Patrzyło się, jak do wielkiego gara wrzuca różne rodzaje mięs i wątróbkę. Pasztetu robiło się dwa rodzaje – wieprzowy i drobiowy i oba lubiło się tak samo.
Do pasztetu wieprzowego dodawało się prócz wieprzowiny także cielęcinę i odrobinę wołowiny. Patrzyło się, jak po ugotowaniu i wystudzeniu mięsa, Tata miele wszystko trzy razy przez maszynkę, dodaje przyprawy, z których najważniejsza była gałka muszkatołowa, nadająca masie specyficzny, piernikowy aromat. Lubiło się nakładać cichutko szeleszczący farsz do natłuszczonych, osypanych bułką tartą blach i podglądać, jak rumieni się pod wpływem wysokiej temperatury.
Pasztet drobiowy robiło się z ugotowanego mięsa kurzego, indyczego i gęsiny z dodatkiem drobiowej wątróbki. Delektowało się jego puszystą konsystencją, lekko imbirowym posmakiem i delikatnie spękaną brązową skórką; był aksamitnie kremowy i po prostu rozpływał się w ustach…

Kiedy pasztety piekły się spokojnie, nadchodził czas robienia kulebiaków i – oczywiście – nie mogło się w tym nie uczestniczyć. Patrzyło się, jak Mama przygotowuje ciasto drożdżowe i zostawia je do wyrośnięcia. W tym czasie przygotowywało się farsz.
Pomagało się dzielić na kawałeczki smażoną rybę i szatkować kapustę, którą gotowało się w niewielkiej ilości wody, a po wyjęciu doprawiało podsmażoną cebulką i dusiło wszystko jeszcze kilka minut. Potem dodawało się ugotowane na twardo jajka pokrajane w plasterki i ryż. Doprawiało się całość solą, białym pieprzem i odrobiną estragonu.
Kiedy ciasto wyrosło, wałkowało się je na owalny placek, układało na nim farsz i zlepiało brzegi. Podziwiało się wielki pieróg z falistym brzegiem i poddawało myśl, by na przyszłą Wigilię zamiast pracochłonnych uszek ulepić podobny do barszczu.
Drugi rodzaj farszu robiło się z wieprzowiny i pieczarek. Do pokrojonego w kostkę mięsa dodawało się podsmażone pieczarki, które w połączeniu z nacią pietruszki i masłem drażniły nozdrza nieziemskimi wręcz rozkoszami. Asystowało się też w wałkowaniu prostokątnego placka, który po wypełnieniu farszem i sklejeniu przypominał długie, wąskie pudełko, które Mama ozdabiała dodatkowo ażurową kratkownicą i szeroką, zawiązaną na kokardę szarfą z kruchego ciasta…

Za największą atrakcje uważało się jednak pieczenie niewielkich, drożdżowych przysmaków. Przede wszystkim – kapuśniaczków – okrągłych placuszków o średnicy szklanki, w których formowało się rant, a we wgłębienie wkładało farsz i wyrównywało do płaska nożem. Szczególnym sentymentem darzyło się kopertki – drożdżowe kwadraty, na środku których umieszczało się rozpłaszczoną kulkę z farszu, a potem przykrywało ją rogami z ciasta, które łączyło się na środku. Lubiło się też rastiegaje – rodzaj pierożków, zlepionych tylko na rogach, tak, by na środku pozostała szczelina, przez którą widać było farsz. Wszystko smarowało się roztrzepanym jajkiem, układało na płytkiej blasze i piekło…

Nieodłącznym elementem Wielkiej Nocy – stanowiącym rarytas przede wszystkim dla zjeżdżającej rodziny, choć samej też nie gardziło się tym wypiekiem – był sękacz. Niestety, nie istniała możliwość zrobienia go w domu, więc rokrocznie jeździło się z Tatą do zaprzyjaźnionej pani Gospodyni, która uchodziła za mistrzynię. Jeśli miało się szczęście – trafiało się w sam środek akcji. Można było wtedy podziwiać specjalistkę w działaniu. Uwielbiało się patrzeć w płomienie i wdychać aromat przypiekanego ciasta. Z niekłamanym podziwem przyglądało się sprawnym ruchom pani Gospodyni, która chochlą lała na obracany ręką pomagiera wałek kolejne porcje żółciutkiego ciasta. Słyszało się syk i obserwowało zastyganie rzadkiej masy, tworzącej maleńkie sęczki. Czekało się cierpliwie, aż Gospodyni będzie mogła odejść od swojego zajęcia, zaprowadzi do chłodnego pomieszczenia i wybierze odpowiedniego „dziada”. Wracało się do domu i czuło się bardzo ważną, mając pod opieką słodki wypiek. Oczywiście – nie potrafiło się oprzeć pokusie i nie odłamać tego czy owego, najpiękniej uśmiechającego się sęczka. Na szczęście droga nie była zbyt daleka i nigdy nie zdążyło się doprowadzić pnia do całkowitej gładkości.
Po powrocie do domu za dobrze wypełnione zadanie dostawało się porcję przysmaku i wielką przyjemnością było oddzielanie cieniutkich, złotych warstw i pakowanie ich sobie do ust…

Kiedy nadchodził czas gotowania żuru – zwiewało się, gdzie pieprz rośnie i czujnie nastawiało ucha. Że nadszedł kres warzenia nielubianej potrawy, poznawało się po trzaśnięciu składzikowych drzwiczek. Odczekiwało się jeszcze jakiś czas i, nieufnie węsząc, wędrowało do kuchni…

Kiedy wszędzie unosił się zapach smażonej skórki pomarańczowej – wiedziało się, że przyszła pora na pieczenie ciast.
Wchodziło się do kuchni, w której kręciło w nozdrzach od drobinek szafranu.Bardzo lubiło się obserwować łączenie składników na babkę wielkanocną. Patrzyło się na żółciutkie smugi, które szybko rozpływały się cieście. Z przyjemnością rozgryzało się kilka szczypiących w język kryształków waniliowego cukru i pochylało nad misą, by poczuć opary stopionego masła. Wrzucało się pokrojone rodzynki i drobniutkie kosteczki skórki pomarańczowej. Na koniec wlewało się zabarwiony szafranem spirytus, który miał przepiękny pomarańczowy kolor.
Patrzyło się, jak Mama wyrabia ciasto i wkłada je do posmarowanych masłem form. Nie rozumiało się, gdy Mama ze śmiechem nazywała je „posażnymi” i długo myślało się, że te ścięte, ząbkowane stożki mają po prostu taką nazwę. Lubiło się moment, gdy po wyrośnięciu wkładało się ciasto do pieca i po całym domu rozchodziła się waniliowo-pomarańczowa woń. Gdy upieczone babki trochę ostygły – posypywało się ich spiralnie skręcone brzegi cukrem pudrem i wynosiło do składzika…

Okrągłe mazurki zawsze robiło się z kruchych placków i przekładało masą kajmakową. Aż rwało się do warzenia kajmaku i czasami dostawało się pozwolenie. Rzadko, ponieważ najczęściej myślało się o niebieskich migdałach i haniebnie przegapiało kulminacyjny moment, serwując rodzinie „coś” o posmaku spalonego karmelu.
Te prostokątne zaś – piekło się z gotowanych żółtek i migdałów. Lubiło się ucierać sypkie żółtka z migdałami i cukrem na gładką masę. Po dodaniu białek piekło się je w blaszkach, a potem przekrajało na trzy i przekładało kwaskowatym dżemem morelowym.
Nie lubiło się jeść mazurków – uważało się je za zbyt słodkie. Za to uwielbiało się je dekorować. Patrzyło się, jak Mama przyozdabia wypukłe brzegi czekoladowymi szlaczkami. Potem układało się na wklęsłym środku orzechy włoskie i laskowe, rodzynki albo konfiturowe owoce, tworząc z nich girlandy, kwiaty lub fantazyjne wzorki. Na koniec wszystko polewało się ostrożnie lukrem, czekoladą albo karmelem i odstawiało do zastygnięcia…

Z twarogu, do którego dodawało się śmietanę, żółtka, masło i cukier, robiło się też paschę. Nie gotowało się jej, po prostu ucierało się bardzo suchy biały ser z resztą ingrediencji i zamykało w śmiesznej drewnianej doniczce z dziurkami. Naczynko było bardzo stare i trochę zdeformowane, ale dobrze spełniało swoją rolę. Bardzo ubolewało się, gdy w dorosłym życiu pewnego dnia po prostu się rozpadło. Odsączanie – w zależności od jakości twarogu mogło trwać nawet kilkanaście godzin, wynosiło się więc paschę w chłodne miejsce, przyciskało ciężkim wyparzonym kamieniem i co jakiś czas zaglądało, by sprawdzić, czy serwatka ściekła…

Ale tak naprawdę najbardziej czekało się na robienie marcepanu. Dostawało się miskę sparzonych wrzątkiem migdałów i sprawnie usuwało z nich brązową skórkę. Czekało się, aż Tata zmieli białe łezki, dosypywało się do migdałowych grudek cukier puder, dodawało białka i ucierało na gładką masę. Od woni aż kręciło się w głowie. W czynności tej nie tyle jednak chodziło o sam marcepan, ile o robienie baranków. Nie miało się wprawdzie takiej wprawy jak Mama i zwierzątka wychodziły zazwyczaj bardzo koślawe i całkiem łyse, ale taki drobiazg absolutnie nie był w stanie zepsuć przyjemności. Patrzyło się później, jak Mama z wprawą zanurza je w białym albo różowym lukrze, domalowywało się czekoladowe oczy i kopytka i stawiało na parapecie, by grzecznie trwały tam do Niedzieli…

Na Wielki Piątek czekało się z niecierpliwością, ponieważ tego dnia zawsze farbowało się jajka. Nie używało się chemii – wystarczyły naturalne barwniki. Chociaż nie znosiło się zapachu gotującego się cebulnika, w skrytości ducha uznawało się barwione w nim na kasztanowo jajka za najpiękniejsze. Żółty kolor uzyskiwało się z kurkumy, a czerwony z soku żurawinowego. Bardzo lubiło się też niebieskie odcienie jaj gotowanych wraz z czarnymi jagodami i te kurkumowe, zanurzane w jagodach i dające niepowtarzalny wachlarz zieleni.
Kiedy po wyjęciu i odsączeniu, brało się takie parzące kolorowe kule do rąk i delikatnie natłuszczało olejem, nie mogło się powstrzymać zachwytu. Przyglądało się koronkowej strukturze skorupek, niepowtarzalnym deseniom i odkładało do specjalnego przeźroczystego koszyczka.

Kiedy nadchodziła Niedziela wstawało się bardzo wcześnie, bez zwykłych dyskusji wtłaczało w odświętną sukienkę i z przygotowanym przez Mamę koszykiem niecierpliwie czekało na Tatę. Potem szło się do pobliskiego kościółka, lawirowało między wiernymi i, wysuwając przed siebie koszyk, czekało na poświęcenie.
Następnie szybciutko wracało się do domu i pomagało w przygotowaniu stołu.
Na białym obrusie rozkładało się nakrycia. Przynosiło się flakon z kolorowymi gałązkami i pisanki.
Zaglądało się do koszyka ze święconką i przekładało na specjalny półmisek chleb, wędlinę, jajka i sól. Powoli zapełniało się całą przestrzeń, biegając co chwila do drzwi, by przywitać gości. W pewnym momencie przystawało się i myślało sobie, że ten bajecznie kolorowy stół jest naprawdę bardzo piękny i wesoły i świetnie pasuje do rozradowanych twarzy krewnych…

Czynnościom tym towarzyszył zapach pieczonego ciasta chlebowego, na który tylko łykało się ślinkę.
Kiedy wszystko było gotowe, a rodzina z grubsza usadowiona, wstawał Tata, witał wszystkich i obdzielał święconką. Dopiero później składało się życzenia i następował moment, którego nigdy się specjalnie nie lubiło – wymiana pisanek. Nie leżało w zwyczaju obdarowywanie się innymi prezentami, ale przyjście bez podarunku w postaci pianki było po prostu wstydem. Nie rozumiało się, czemu traktowano to tak poważnie, dopóki nie usłyszało się pewnej rodzinnej historii. Tymczasem z niepokojem obserwowało się ręce kuzynów przebierające w koszyku i cichym jękiem żegnało prawie każdą pisankę. ponieważ te „obce” uważało się za dużo brzydsze…

Wreszcie siadało się i wypatrywało Mamy i jednej z kuzynek, które wchodziły z tacami chlebowych miseczek; w każdej wydrążonej miseczce była porcja żuru z jajkiem, suto posypana zielonym koperkiem i przykryta odkrojoną wcześniej piętką.
Niestety, nawet tak smakowite nakrycie nie było w stanie przełamać awersji do żurku, jadło się więc suchy chlebek z białą kiełbasą i przysłuchiwało rozmowom…

Śniadanie przedłużało się zazwyczaj do obiadu i jeśli niebo zaciągnięte było ciemnymi chmurzyskami, przygotowywało się pokój do gier.
Wstęp stanowiło wybranie kolorowego jajka i zawsze miało się dylemat, czyimi wskazówkami się kierować, ponieważ szkół na znalezienie tego najlepszego było właściwie tyle, ilu uczestników.
Przede wszystkim szukało się jajka bez drobnych rys i pęknięć. Wiedziało się też, że nie może być ono ani za duże, ani – za małe. Dobrze, gdy nie miało zbyt wielkiego szpica i płaską dupkę. Ale sekretu mocy upatrywało się – nie wiedzieć czemu – w odbarwieniach i nienaturalnej odporności na farbę.
Po dokonaniu wyboru najpierw grało się w wybitki, polegające na wzajemnym stukaniu jajkiem w jajko. Jeśli przypadkiem trafiło się mocną sztukę, nie zjadało się jej, lecz odkładało do następnej zabawy.
Na podłodze budowało się wąski labirynt i turlało swoje jajko. Cała rzecz polegała na tym, by w jak najszybszym czasie pokonać labirynt nie trącając „zawodnikiem” o ściankę. Dotknięcie jej cofało jajko do najbliższego zakrętu. Gra toczyła się o wysoką stawkę, ponieważ zwycięzca zabierał jajko przeciwnika i miał prawo wykorzystać je w następnym konkursie.
Potem konstruowało się krótki, otwarty z obu stron tunel, klękało się i próbowało tak trafić w toczące się jajko przeciwnika, by zostało rozbite.
Kiedy zabawa dobiegała końca, obierało się potłuczone jajka i zgodnie pałaszowało je, posypując solą albo smarując majonezem.
Zwycięskie jajo oszczędzało się i mogło dumnie spoczywać na szczycie nieuszkodzonej jajecznej sterty do następnego dnia.
Jeśli natomiast pogoda dopisywała, sprzątało się ze stołu i jechało do lasu.
Biegało się dookoła spacerujących dorosłych i nie poznawało się tak niedawno przecież widzianych miejsc. Miało się wrażenie, że wszystko jest piękniejsze, bardziej kolorowe i radośniejsze.
Na przyjeziornej polance nakrywało się składany stół i pomagało ustawić przywiezione jedzenie. Patrzyło się na wiosenny świat i ogrzewało dłonie, obejmując kubek z gorącą herbatą…

Do domu wracało się późnym wieczorem i ostatkiem sił wykonywało przednocne czynności. Nie marzyło się już właściwie o niczym, prócz ciepłego łóżka.
I może jeszcze o tym, by następnego dnia wstać najwcześniej i oblać wodą niczego niespodziewających się, rozespanych rodziców i krewnych…

Witam.

Wielkanoc to czas radości, rodzących się nadziei i przypływu nowych sił…
I właśnie tej kolorowej radości, nadziei i sił życzę wszystkim…
A także, by ten rok był czasem spokoju, miłości, szczęścia i wzajemnego szacunku…

Pozdrawiam :)

Lena

Wspomnień czar. Wielkanoc.

Kiedyś Wielkanoc nadchodziła inaczej.

Zawsze lubiło się ostatnią niedzielę karnawału. Nie tylko ze względu na moc smakołyków i odwiedziny krewnych. Wiedziało się, że kilka dni później nastąpi długo wyczekiwana wyprawa do lasu.
Od samego rana wyglądało się przez okno i sprawdzało stan nieba.
Jeśli było pogodne, niecierpliwie snuło się z kąta w kąt i zanudzało Mamę pytaniami, które niezmiennie rozpoczynały się od słowa „Kiedy…”.
Jeśli było ciemne, zaklinało się wiatr, by przegonił wredne chmurzyska. Wiedziało się, że deszcz skutecznie uniemożliwi wspólny wyjazd. Zazwyczaj wietrzysko spisywało się na medal i po południu wychodziło się na rozświetlony słońcem zaokienny świat…

Las witało się radosnym biciem serca i zdumieniem – tak bardzo różnił się od tego, który zostawiało się w styczniu.
Wdychało się rześkie powietrze i z radością stwierdzało się, że zatykająca nozdrza mroźność ustąpiła ciepłej wilgoci. Rozglądało się wokół i wsłuchiwało w zapomniane szmery i szelesty.
Patrzyło się pod nogi i pośród bezlistnych, prawie nagich bruzd dostrzegało się pierwsze, niemrawo budzące się do życia oznaki nadchodzącej wiosny.
Przede wszystkim skupiało się wzrok wszędobylskich, czarno-czerwonych dwuplamkach, które w wielkim pośpiechu krzątały się w nasłonecznionych miejscach. Nie przepadało się za ich towarzystwem, ponieważ potrafiły wspinać się po ubraniu, niecnie wykorzystując chwilową nawet nieuwagę.
Mimo to, przykucało się i kładło rękę na nagrzanej ziemi, muskało nagie jeszcze pędy i nieśmiało wychynające z gruntu bylinki.
Głaskało się mizerne trawki, po których często wspinały się rdzawo ubarwione poskrzypki albo tęczowe złotki…

Opuszczało się ten mikroświatek i całą energię kierowało na poszukiwanie zawilców i przylaszczek.
Uwielbiało się moment, gdy pośród szarawego poszycia dostrzegało się kilka fiołkowych cętek. Podążało się ich tropem i natrafiało na ogromne skupiska liliowych albo bladoniebieskich punkcików, zlewających się w różnokształtne plamy.
Podchodziło się i z radością dotykało delikatnych, przylaszczkowych koszyczków, kanarkowych środków i zdmuchiwało z palców złotawy pyłek.
Potem biegło się dalej i natykało na niewielkie kępki białawych zawilców. Przyklękało się i próbowało uchwycić ich zapach, ale jedynym, co uderzało w nozdrza, była błotna woń pobliskich mokradeł. Przy odrobinie szczęścia udawało się wypatrzeć płaskiego, jasnopomarańczowego glinika, który z dostojnym furkotem opuszczał zawilcowy gąszcz dostrzegłszy intruza…
Szło się dalej i na obrzeżach błock mrużyło się oczy od blasku jaskrawożółtych, jarzących się wśród dorodniejszej bagiennej zieleni knieci. Łowiło się odgłosy cichutkiego bulgotu wydobywającego się z tających bagien i próbowało uchwycić tę specyficzną, korzenną woń zeszłorocznego tataraku i pijanic…
Po kilku krokach natykało się na szafranowe pięciorniki, które płożyły się na piaszczystym brzegu pobliskiego jeziora. Dotykało się drobnych listeczków i podziwiało ich błękitno-srebrne zabarwienie. Słuchało się skrzypu beżowego żwirku i wdychało unoszące się wszędzie cząsteczki piaskowego pyłu wzruszanego chłodnymi podmuchami jeziornego wiatru. Z lekkim niepokojem przyglądało się harcom smukłych, pomarańczowo-czarnych szczerklinek, kopiących swoje norki…

Wsłuchiwało się w pluskającą melodię jeziornych fal i wędrowało wydeptaną dróżką.
Szczególny sentyment miało się do filigranowych kwiatuszków zajęczego szczawiu – ni to białych, ni różowych. Klękało się i obserwowało chwilę szmaragdowe, przywodzące na myśl koperty drobne listeczki, wokół których uwijały się wszędobylskie jątrewki i wzbudzające mało sympatii czerwone mrówki…

Następnie szło się przyjeziorną ścieżką i wypatrywało kosmatych kielichów, które z daleka wyglądały, jakby były zmrożone. Miało się specjalną zabawę – przemierzało się zbocze kilkanaście razy i liczyło wyłuskane z poszycia sasanki. Podchodziło się do każdej i bardzo delikatnie gładziło się białawy meszek, pokrywający je od łodygi do liliowo-błękitnawego dzwonka. Kiedy nasyciło się wzrok mszystymi bylinkami – maszerowało się dalej…
Wyszukiwało się rozkrzewione rurki skrzypu i nie mogło się powstrzymać przed zerwaniem choć jednej, której człony rozdzielało się i dopasowywało na powrót, by usłyszeć miłe dla ucha skrzypienie i poczuć zapach siarki. Trącało się chwiejne kule zabawnie zwiniętych, ledwo wyglądających z ziemi języczków paproci i patrzyło, jak kolebią się lekko i pod własnym ciężarem przyginają do podłoża…

Jeśli miało się szczęście – na bezlistnych, zdrewniałych, gruzełkowatych łodygach dostrzegało się bladoróżowe kwiaty wilczegołyka, nad którym krążyły ospałe leśne pszczoły. Dotykało się mięsistych, drobnych płatków i długo potem czuło na palcach mydlany zapach…

Kiedy już nacieszyło się oczy kwiatowym urodzajem, wracało się do Taty i można było przystąpić do głównego celu całej wyprawy – wynajdowania gałązek.
Przede wszystkim szukało się wierzbiny.
Wędrowało się wzdłuż miedz obsadzonych rosochatymi drzewami, na których ledwo widać było maleńkie zawiązki. Ścinało się witki, które wyglądały jakby były martwe i tylko po sprężystości można było poznać, że jednak żyją. Jeśli początek wiosny był słoneczny, podziwiało się rozwinięte już, seledynowe, sterczące kwiaty, albo muskało te nieco ciemniejsze i bardziej wiotkie. Wsłuchiwało się w trzeszczenie rozeschłych na słońcu konarów i ususzonych traw i łowiło chlebową woń ziaren.
Czasami trafiało się na niewysokie krzewinki o krótkich, brunatno-purpurowych odroślach, na których zaznaczały się płaskie pąki. Nie ścinało się ich. Podchodziło się i głaskało mechate gałązki. Pamiętało się małe, kosmate listeczki o lekko fioletowawym zabarwieniu i śmieszne, czarno-beżowawe kotki.
Potem wędrowało się dalej i szukało iw. Poznawało się je po oliwkowych pędach i wielkich, szarawych albo świetlisto-zielonych baziach. Wybierało się odrostki nagie, pokryte drobnymi, tabaczkowymi pączkami. Przy ścinaniu wychwytywało się ich nikły, cytrynowy aromat i z przyjemnością gładziło lśniącą korowinę.
Lubiło się też podziwiać szare pnie rozłożystych wierzb, rosnących przy drogach. Wpatrywało się w ich grube, żółtawe, lekko połyskujące gałęzie. Czasami tu i ówdzie widziało się maleńki zielono-błękitnawy listeczek, albo miotełkowaty, pojedynczy kwiat. Muskało się pobrużdżone pnie i ciekawie zaglądało do dziupli, licząc w duchu na spotkanie z jakimś kłobukiem, albo innym leśnym dytkiem. Przeważnie znajdowało się tam tylko zmurszałe, tchnące ciepłą wilgocią próchno, które mazało się po palcach, zostawiając bure, wionące zgnilizną smugi.
W swojej wędrówce trafiało się też na kępy krzewiastych łóz o brunatnych, omszonych pasynkach. Ścinając je, wyobrażało się sobie śmieszne, jajowate listeczki o ostrych czubkach i ząbkowanych brzegach i miotełkowate, jasnozielone kwiatostany. Przywoływało się z pamięci tajemniczą szemrzącą melodię listowia i próbowało zlokalizować natrętne, wdzierające się w uszy brzęczenia.
Za najbardziej imponującą z wierzb uważało się tę płaczącą. Dzięki opadającym, wiotkim rosochom trudno było pomylić ją z jakimkolwiek innym drzewem. Stawało się pod naturalnym parasolem i w myślach wtórowało klekocącej melodii nagich rózg. Podziwiało się siłę wiatru targającego potężne korony i upór drzewa, które – najbardziej nawet zmierzwione – powracało do pierwotnego kształtu.
Jako najpiękniejszą określało się jednak zawsze wiklinę z jej purpurowo-czerwonymi, gładkimi witkami, na których maleńkie srebrne kotki wyglądały jak rzeczne perełki. Uwielbiało się patrzeć na liszkowate kwiaty i dotykać puchatych kuleczek. Nie mogło się oprzeć pokusie, by nie ściąć choć kilku pędów, które wydzielały słodki, kleisty aromat…

Potem wędrowało się dalej w poszukiwaniu leszczyn. Poznawało się je po szarozielonych, wzniesionych ku górze gałęziach i gładkich, łuszczących się pniach w kolorze khaki, barwą i fakturą nieodmiennie przywodzących na myśl ziemniaczane mundurki. Lubiło się patrzeć na zabawnie zwisające, podługowate kotki i drobne, twardawe pączki. Wtykało się nosek między zwisające robaczki i kichało od unoszącego się wokół leszczynowego proszku.
Czasami wypatrzyło się pociemniały, moszczący się w ziemi orzech i myślało sobie, że kiedyś wyrośnie z niego nowa krzewinka. Pod stopami wyczuwało się też często twarde łupiny ze śladami wiewiórczych zębów i odruchowo zadzierało się głowę w nadziei, że może uda się podejrzeć wśród nagich gałęzi leśnego rudzielca. Gdy się go czasem zobaczyło, zamierało się i wgapiało w niego tak długo, aż – wiedziony nieomylnym instynktem – dostrzegał niebezpieczeństwo i błyskawicznie smyrgał w górę…

Gnało się za nim, ale nie miało się większych szans, więc przeważnie przystawało się w pierwszym zazielenionym miejscu i ostrożnie dotykało ostrych igieł wiecznie zielonego jałowca. Omijało się pokryte rdzawymi kolkami poszycie, by uniknąć żmudnego wyciągania natrętnych igiełek z butów. Wdychało się żywiczny aromat i wyłuskiwało delikatnie pomarszczone mrozem, granatowe jagódki, których gorzkawy smak kojarzyło się z Bożonarodzeniowym bigosem…

Potem dochodziło się do grabów o gładkich, prawie czarnych pniach, i przyglądało szpiczastym, jasnobrązowym pąkom i szyszkowatym kwiatom. Wsłuchiwało się w ksylofonowy stukot nagich konarów i próbowało zetrzeć z palców cierpko pachnącą posokę…

Wreszcie natrafiało się na blado-szare, bruzdowate dęby o wyglądających na zdrewniałe pąkach. Zdarzało się natknąć czasami na jasnozielone kwiaty zwisające między soczyście zielonymi listeczkami i podziwiało się ten widok z nigdy nie słabnącym zauroczeniem. Przyglądało się czarnym, zaaferowanym swoimi sprawami mrówkom, przemierzającym tam i na powrót spierzchnięte pnie. Przytulało się policzek do ciepłej kory, a potem wyciągało się z włosów zdrewniałe okruszki…

Lubiło się też obserwować długie sosnowe igły i klujące się w szczytach gałęzi łuskowate, czerwonawe kwiaty. Dotykało się łuszczącego się cieniutkimi, pomarańczowymi płatami pni i patrzyło na lepkie od balsamicznej żywicy palce. Dotykało się jej językiem i czuło cierpką goryczkę. Czasami trafiało się na zeszłoroczną, maleńką szyszkę mocno przytwierdzoną do gałązki i przypominało się sobie klejkie, ciemnozielone owoce z zabawnymi, oranżowymi oczkami na każdej łusce. Przykucało się i wyszukiwało pod przywianymi szeleszczącymi liśćmi ciepłych, wychwytujących puls ziemi korzeni…

Z upodobaniem zerkało się też na gładkokore dęby czerwone o wiotkich, oliwkowo-szarych gałązkach i delikatnych pączkach i nie chciało się wierzyć, że niedługo zapłoną one oranżami i czerwieniami i niewiele pozostanie z ich subtelnej zieloności…

Wędrując po mało jeszcze zazielenionych partiach lasu często natykało się na rdzenie świerkowych szyszek, zakończonych zdrewniałymi pędzelkami, które wyglądały jak przedziwne, ceglaste kwiaty. Dreptało się po opadniętych łuskach i przypatrywało jasnozielonym, mięciutkim kitkom na końcach gałązek. Wdychało się ostry świerkowy aromat i głaskało łuskowatą korę. Dotykało się stwardniałych, żywicznych nacieków i ze współczuciem przyglądało zastygłym w nich piżmówkom, złotookom i czarnym mrówkom…

Przykładało się ręce do gładkich, oliwkowo-szarych pni jesionów i muskało pomarszczoną korę cienkich gałązek zakończonych czarnymi gruzełkami. Potrząsało się opylone czarnymi ziarenkami kwiaty zebrane w pokaźne wiechy i łowiło ich ziemisty aromat…

Najbardziej chyba jednak kochało się gładkie, szare lipowe pnie. Uwielbiało się lipy za najpiękniejsze na świecie różowo-zielone, filigranowe pączki i żałowało się, że kwitną dopiero w lipcu. Ścinało się rozcapierzone witki i z przyjemnością wdychało lekko mączysty zapach…

Nie dało się przegapić białych pni brzóz. Wędrowało się po lesie i szukało małych drzewek, by ściąć choć kilka gibkich, czerwonawych rózg o drobniutkich, ciemno-zielonkawych pączkach. A gdy się to udało, rozcierało się w palcach delikatnie gałązkę i wdychało słodkawy, jakby owocowy aromat. Potem zbliżało się ucho do pnia i nasłuchiwało. Czasami słyszało się we wnętrzu brzozy tajemnicze bulgoty i jęki. Wreszcie obejmowało się gruby pień i przytulało całym ciałem do chropawej kory. Z bliska dostrzegało się w pęknięciach pomarańczowo przezierające pasma…

Maszerowało się przez las, wypatrując na jeziorze łabędzi, perkozów i kaczek. Uwielbiało się chodzić do zatoczki i patrzeć na sino-ołowiany, przesycony wodą lód. Nie wchodziło się na niego – był już zbyt kruchy i częściowo pokryty wodą. Lubiło się też stać na brzegu i przyglądać się krom zalegającym daleko od brzegu. Marzyło się, żeby się tam dostać i poskakać z lodu na lód, zupełnie jak bohaterowie kreskówek…

Zawsze z żalem żegnało się las i wracało do domu. Przywiezione gałązki wstawiało się do wody i przez kilka kolejnych dni czekało, czy pączki się rozwiną. Rozkwitająca latorośl miała zwiastować pomyślność na cały następny rok…

Pierwszego wieczora biegało się co chwila i sprawdzało, czy choć jeden, najmniejszy bodaj listeczek raczył się zazielenić. Następnego dnia już się o tym nie pamiętało, więc kiedy w sobotnie popołudnie na stole pojawiał się zieleniejący bukiet, zawsze było się trochę zaskoczonym. Dzień przed Palmową Niedzielą robiło się Palmy. Właściwie były to palemki raczej, ale i tak miało się mnóstwo radości w ozdabianiu wierzbowej gałązki, której szczyt stanowiła zielona korona. Najpierw czekało się, aż Tata oplecie trzpień palmy łodyżkami malin, które przysparzały mnóstwo kłopotów ze względu na drobne ale dokuczliwe ciernie. W tym czasie wybierało się najładniejsze bylinki wrzosu i widłaku, by za chwilę bardzo ostrożnie owinąć wokół pnia kruche pędy. Następnie własnoręcznie wykonywało kwiaty z bibuły. Najpierw robiło się białe i cyklamenowe goździki i różowo-białe stokrotki z żółtymi środkami, okręcając karbowanym papierem cienki drucik. Lubiło się też robić maki z czarnymi, postrzępionymi środkami i wielkimi płatkami w kolorze soczystej czerwieni. Produkowało się liliowe fiołki, żółte żonkile i chabrowe bławatki. Najbardziej jednak kochało się formować róże. Zostawiało się je zawsze na koniec, ponieważ bordowa bibuła, z której wywijało się płatki, barwiła palce i wszystko, czego się dotknęło. Barwnik trudno się zmywał i trzeba było bardzo uważać, by nie poplamić innych bibułkowych kwiatów podczas mocowania ich do swojej żerdki. Między kwiatami umieszczało się zielone, bibułkowe liście i wzmacniało całą konstrukcję kolorowymi nićmi. Mimo, iż rzadko udawało się zrobić idealną palemkę i tak pucho się z dumy, niosąc ją w Palmową Niedzielę do kościoła. Zawsze w skrytości ducha żałowało się, że takie cudeńko zostanie spalone…

Nie brało się sobie jednak tego za bardzo do głowy, bo parę dni później przychodził czas na dekorowanie pozostałych gałązek, szykowanie koszyczka do święconki i – najbardziej ulubione – malowanie pisanek.

Do dekorowania bukietów używało się skrawków bibułki, z której robiło się drobne, różnokolorowe kwiatuszki i umieszczało je między żywymi pączkami. Przyklejało się uformowane w palcach barwne kuleczki, a z kolorowego kordonku wywiązywało się fantazyjne kokardki. Tak przystrojone gałązki umieszczało się w szklanych wazonach. Kompozycje wynosiło się w chłodne miejsce, ponieważ musiały dotrwać aż do Wielkiej Niedzieli. Wtedy ustawiało się je na środku stołów i skakało z radości, że tak pięknie wyglądają na tle śnieżnobiałego obrusa…

Do święconego zawsze używało się tego samego, wiklinowego koszyczka. Koszyczek sam w sobie był bardzo ładny – upleciony z cieniutkich wiklinowych warkoczyków, z wywiniętą figlarnie rączką – ale nie mogło się przecież poprzestać na ozdobie w postaci haftowanej serwetki.
Jego brzeg ozdabiało się więc wianuszkiem czerwonych i białych róż, a wokół kabłąka plątało wyjątkowo skomplikowaną konstrukcję z żółtych i ciemnozielonych nici…

W piątkowy, przedwielkanocny wieczór zasiadało się do malowania pisanek. Używało się do nich tylko wydmuszek i oczywiście co roku w tenże piątkowy wieczór solennie składało się sobie obietnicę, że przez cały następny rok będzie się te wydmuszki zbierało. I rokrocznie przypominało się sobie o tym niedotrzymanym przyrzeczeniu zawsze w chwili, gdy na stole pojawiały się akcesoria malarskie.
Szło się do kuchni i z nadzieją patrzyło na Mamę, która udawała, że nie wie o co chodzi, a potem z szafki wyjmowała pudełko z wydmuszkami.
Zasiadało się do kuchennego stołu, patrzyło na roześmianych rodziców i myślało się sobie, że są niezniszczalni. Kompletnie bowiem nie zauważało się na ich twarzach śladów zmęczenia. Dostawało się swój pędzelek, gąbkę i patyczek.
Najczęściej najpierw malowało się tło. Wydmuszkę umieszczało się na szaszłykowym drewienku i ostrożnie obracało, pokrywając powierzchnię za pomocą gąbki maczanej w barwniku. Nie zawsze udawało się nie pozostawić śladów palców na szybko schnących ściankach. Potem odkładało się jajko do doschnięcia i robiło kolejne tło. Malowało się różne rzeczy – szarawe zajączki z długimi słuchami, żółciutkie kurczątka z maleńkimi dzióbkami, kolorowe kurki i kogutki. Najbardziej jednak lubiło się malować wzory z wymyślanych na poczekaniu kwiatów i w tej dziedzinie często wychodziło się na prowadzenie.
Ukradkiem zerkało się też na cacuszka, które wychodziły spod pędzelka Mamy. Mama była mistrzynią w malowaniu najpiękniejszych, bajecznie kolorowych motyli, ptaszków i rybek. Wszystkie te malunki łączyła jakaś tchnąca klimatem azteckich legend kolorystyka. Z równym podziwem obserwowało się, gdy Mama pokrywała ciemną, gładką powierzchnię białymi, koronkowymi wzorami, tworząc przedziwne i bardzo piękne, przywodzące na myśl malowane mrozem na szkle labirynty grubszych i cieńszych białych kreseczek.
A potem przenosiło się wzrok na Tatę i nie miało się słów dla obrazków, które wymalowywał. Z fascynacją śledziło się postacie księżniczek w zwiewnych sukienkach, królewien w koronach, rycerzy i książąt. Patrzyło się na osiołki, baranki, koniki i dziwnym trafem kojarzyło się je z dalekowschodnimi, przesyconymi przepychem baśniami…
Lubiło się też oklejać pomalowane wydmuszki wyciętymi z papieru rombikami, serduszkami i łezkami. Robiło się błyszczące gwiazdki i półksiężyce, które posypywało się później różnokolorowym brokatem. Z resztek lalczynych tkanin wycinało się frymuśne kwiaty i doklejało do nich nitkowe łodyżki i koralikowe środki.
Kiedy pisanki wyschły, układało się je ostrożnie w specjalnym koszu z białej porcelany i stawiało na parapecie.
Długo jeszcze później biegało się i oglądało każdą sztukę, myśląc ze smutkiem, że po Wielkanocnym śniadaniu zostaną one rozdane przybyłej rodzinie, a ich miejsce zajmą inne, zrobione lub kupione przez krewnych…

W końcu jednak rozchmurzało się zafrasowane oblicze, bo w nagrodę za dzielne pomaganie miało się możliwość wybrania jako pierwszej kilku najpiękniejszych pisanek i ustawienie ich w małej szklanej miseczce we własnym pokoju…
Po całym pracowicie spędzonym dniu zasypiało się przy nikłym światełku nocnej lampki, snując w półśnie opowiastki o pisankowych bohaterach…

Wspomnień czar. Szept wiosny.

Kiedyś uliczki tajały inaczej.

Pewnego poranka budziło się z niezachwianym przeczuciem, że właśnie tego dnia zdarzy się coś miłego. Nie otwierało się oczu, by jeszcze przez kilka chwil pozostać w tym błogim przekonaniu. I wtedy czuło się na twarzy miłe ciepełko, a do uszu zaczynały dochodzić trochę zapomniane dźwięki.
Leżało się i wsłuchiwało w delikatne dudnienie kropel o metalowy parapet, łowiło się cichutki bulgot wody w rynnach i trzask spadających sopli. Przysłuchiwało się pierwszym ptasim przekomarzankom, skrzypowi nienaoliwionych jeszcze rowerowych kół i tępym odgłosom motyczek w pobliskich ogródkach.
Powoli unosiło się powieki i pozwalało wiosennemu słońcu zajrzeć w oczy. Czuło się wzbierające łzy i już wiedziało się, że właśnie dziś, w tym momencie – przyszła wiosna…

Po śniadaniu wychodziło się z domu i z radością wskakiwało do pierwszej napotkanej kałuży, rozchlapując brudną wodę i opryskując wszystko wokół.
Patrzyło się na fasady mijanych budynków i śledziło wzrokiem wyżłobione przez cieknącą wodę ścieżki. Dostrzegało się podbarwione wilgocią ściany i wdychało zapach mokrego tynku.
Wędrowało się uliczkami i zaglądało do ogródków w poszukiwaniu rożowawych śnieżyczek, blado-fioletowych krokusików i kobaltowych szafirków.
Dostrzegało się zieleniejące drzewa i pąki uwięzione w kroplach. Wyciągało się rękę i potrząsało gałęzią, robiąc wiosenny prysznic…

Podpatrywało się kociska gnuśnie wylegujące się na blaszanych parapetach albo składzikowych daszkach. Próbowało się podejść śpiewającego w ukryciu skowronka, kanarkowo błyskającego wśród gałęzi dzięcioła, albo zabłąkaną czajkę…

A kiedy już przywykło się do codziennie zmieniającego się świata, zaczynało się rozmyślać o zabawach…

Pożądanym, a nawet – koniecznym rytuałem zaakcentowania, że nadeszła wiosna, było przygotowanie i utopienie Marzanki. Ale nie tej, robionej w szkole przez Panią i dzieciaki ze starszych klas, kojarzonej głównie z nudną wycieczką, połajankami i jękami. Nie. Chodziło o kukłę wykonaną wraz z podwórkowymi kolegami.
Najpierw gromadziło się materiały – gruby drąg, watę, sznurek i części odzieży. Z trzema pierwszymi nie miało się większego kłopotu. Kijów potrzebnych do zrobienia korpusu w okolicy nie brakowało. Watę na wypchanie Marzankowej osoby podwędzało się po prostu z domowych zapasów. Sznurków na włosy – rozciąganych każdej wiosny przez zapobiegliwe gospodynie – również miało się do wyboru do koloru.
Największym problemem było wystrojenie Marzanny – potrzebowało się sukienki. Nie wiedzieć czemu – skoro zima była biała – obowiązkowo kwiecistej. Potrzebowało się też czerwonego swetra.
Zazwyczaj znajdowało się pożądane elementy przyodziewku w rodzicielskich szafach i zanosiło do weryfikacji – odzież musiała spełniać pewne określone wymogi.
Zrobienie Marzanki nie nastręczało wielu trudności: do nawleczki i sukienki, której zawiązywało się rękawy, wpychało się watę i obwiązywało wszystko na drągu. Przy pomocy „pożyczonych” od którejś z mam kosmetyków malowało się kukle twarz. Na czubku głowy robiło się otworki, przez które przesadzało się sznurek i zaplatało warkocze. Najczęściej poświęcało się do tych warkoczy własne czerwone kokardy.
Panią Zimę wręczało się najsilniejszemu koledze i triumfalnie rozpoczynało się pochód. Maszerowało się ze śpiewem na ustach nad rzekę, zahaczając o wszystkie okoliczne podwórka. Repertuar miało się nieustalony, po prostu się improwizowało. Raz nawet przemaszerowało się główną ulicą miasta gromko wyśpiewując kompletnie wówczas niezrozumiałe, zasłyszane gdzieś słowa: „Równać krok, przyjaciele! Komsomolcy na czele…”.
Wyprawy nad rzekę były surowo zakazane, więc minąwszy ostatnie uliczki – cichło się. Dochodziło się do mostku i tu następował kulminacyjny moment – podpalało się Marzankę i czym prędzej wrzucało do wody, bo użyte wcześniej materiały bardzo szybko się paliły. Topieniu Pani Zimy towarzyszyły mniej lub bardziej złośliwe okrzyki. Potem stało się przy barierce i patrzyło na odpływającą z nurtem Marzankę. A jeszcze później brało się nogi za pas, żeby nie wpaść w ręce rozjuszonych widowiskiem nadrzecznych mieszkańców, którzy całe przedstawienie mieli możliwość podziwiać z okien, choć może niekoniecznie mieli też na to podziwianie ochotę.
Przeważnie z pożegnania z Panią Zimą wychodziło się bez szwanku…

Kiedy wiosna została oficjalnie zaproszona, całe popołudnia spędzało się w ogródkach. Nie było niczego bardziej fascynującego niż znoszenie zrudziałej trawy i uczestniczenie w jej paleniu. Nie tyle może chodziło o porządkowanie świata, ile o możliwość wrzucania do ogniska różnych przedmiotów i patrzenie na efekty. Po tych eksperymentach na całe życie zapamiętywało się, że torebka po mące pali się błękitnym płomieniem, a ta po cukrze – zielonym; plastykowe butelki skręcają się i topią w mgnieniu oka, a szklane – pękają, rozpryskując się z hukiem. Wiedziało się, że najwięcej dymu daje mokra słoma i kawałki wiórowej płyty, a benzyna bucha małymi płomyczkami i strasznie śmierdzi.
Zazwyczaj na benzynie kończyło się doświadczenia z ogniem – gospodarz ogródka tracił cierpliwość i przeganiał badaczy…

Do ulubionych zabaw należało też łażenie po dachach. Było się wśród wybrańców, którzy nie mieli lęku wysokości i śmigało się między budynkami jak górska kozica. Z niedowierzaniem patrzyło się na delikwentów, którzy nie czerpali z tej zabawy najmniejszej przyjemności. Nie naśmiewało się z nich – po prostu nie dawało się wiary, że takiego skikania można nie lubić. Oczywiście – posiadało się dachowe preferencje i wiele czasu spędzało się na dyskusjach, który dach jest „ok”, a który „do bani” i – czemu.
Najbardziej lubiło się wspinać w miejscach, w których budynki nierównej wielkości przylegały do siebie. Szczególnie upodobało się sobie dachy przy Straży. Wędrówkę rozpoczynało się od niewysokiego, płaskiego daszku, z którego podciągało się wyżej i wyżej, aż docierało się do wielkiego komina z metalowymi drążkami. Wspinało się po tych drążkach na komin i nie posiadało się z dumy, bo było się jedyną osobą, która bez oporów właziła na jego szczyt, stawała na wąskiej krawędzi i machała maruderom. Nie rozumiało się, czemu najsilniejsi koledzy nie dawali rady zawisnąć na jednej ręce, podciągnąć się na wierzch komina i – drugą – uchwycić poziomej rurki. Resztę – czyli wpełznięcie, uklęknięcie i stanięcie na rancie – uważało się za łatwiznę. Nie miało się też problemu z pokonaniem drogi powrotnej. Bardzo żałowało się, kiedy za sprawą wrednej sąsiadki dostało się całkowity zakaz włażenia na komin. Długie godziny ziało się do „baby” wielką niechęcią za zepsucie tak wspaniałej zabawy.
Zaraz jednak pocieszyło się wynalezieniem innego cudownego miejsca – stromego dachu miejscowej świątyni. Wspinało się nań, szukając punktów oparcia dla rąk i nóg, a potem siadało okrakiem na szczycie i wydawało okrzyki radości.
Kiedy i stamtąd dostawało się eksmisję, właziło się na starą nieczynną dzwonnicę i połatane dachy gołębników. Szczególnie te dachy gołębników uważało się za fajne – można było po nich biegać i skakać, a unikanie niezbyt solidnych łat, przez które łatwo było wpaść do środka, tylko dodawało szaleństwu dreszczyku emocji…

Oddzielną i równie pasjonującą zabawą było łażenie po drzewach. Najlepsze drzewa rosy w parku, ulubionym miejscu wszelkiej maści niań i staruszków, więc siłą rzeczy zaglądało się do niego dopiero pod wieczór. Ukochanym zajęciem było strącanie pustych wronich gniazd. Wymagało to silnych nóg i dobrej równowagi. Wdrapywało się najwyżej, jak to było możliwe, co nie należało do rzeczy prostych, ponieważ miało się ze sobą żerdź. Następnie siadało się na gałęzi i mocno obejmowało ją kolanami, wychylało się i – ujmując drąg w obie ręce – dość silnie dźgało gniazdo od spodu. Nigdy nie udawało się zwalić go za pierwszym razem – zabawa wymuszała dużo samozaparcia i determinacji. Za to strącenie gniazda witane było głośnymi wybuchami entuzjazmu, co niezmiennie sprowadzało parkowego stróża. Wielką sztuką było w takiej nerwowej atmosferze nie spaść z drzewa przy schodzeniu i zdążyć uciec. Parkowy stróż nie był tak wyrozumiały jak właściciel stawu i często z ukrycia obserwowało się złapanego nieszczęśliwca prowadzonego za ucho do rodziców…

Trudno ukryć, że bywało się prowodyrem większości akcji i z powodu tego zamiłowania do włażenia, gdzie nie trzeba, miewało się poważne kłopoty zarówno z właścicielami dachów, tępiącymi amatorów miejskiej wspinaczki z zaciekłością godną lepszej sprawy, jak i z parkowym stróżem, który zupełnie nie miał zrozumienia dla tej młodzieńczej miłości do drzew. Na szczęście – nim którykolwiek z nich podejmował jakieś radykalniejsze próby wytępienia intruzów – nadchodził czas przeprowadzki do letniego domu i sprawa umierała śmiercią naturalną do następnej wiosny…

Wspomnień czar. Ostatnia niedziela.

Kiedyś zapusty wyglądały inaczej.

Właściwie wszystko zaczynało się w niedzielne popołudnie. Tego dnia telefon dzwonił jakąś niepoliczalną ilość razy i po tej częstotliwości poznawało się, że przyszedł czas ostatków.
Przez następne dni było się świadkiem wielu rozmów, narad i ustaleń.
A potem nadchodził czwartek…
Tłustego czwartku kompletnie nie kojarzyło się z wielkim postem. Zapusty były słowem niezrozumiałym i niekoniecznie potrzebnym.
Zawsze miało się problem z kalendarzem, więc smażenia pączków i chrustu absolutnie nie identyfikowało się z żadnym dniem tygodnia.
Po prostu pewnego dnia wchodziło się do kuchni i widziało stojące na blacie słoiki z wiśniowymi konfiturami – to był znak, że właśnie dziś będą smażone pączki.

Czekało się na Tatę, ponieważ był to także jeden z nielicznych dni w roku, w którym… paliło się w kaflowym piecu. To stanowiło dodatkową atrakcję, ponieważ zawsze miało się obawy, że z powodu rzadkiego używania coś może się nie udać; obawy płonne i nieuzasadnione, ale zawsze dające jednakowy dreszczyk emocji.
Wiedziało się, że kiedyś piece były rzeczą powszechną i bardzo żałowało się, że przyszło nowe i wygodne w postaci centralnego ogrzewania i kaloryferów. Uwielbiało się przytulać do rozgrzanej kaflowej powierzchni, a najlepszą zabawą było wychwytywanie tego momentu, kiedy opuszkami czuło się milutkie ciepełko i odrywało palce od gorącej powierzchni, zanim ta zacznie parzyć.
Oczywiście nie mogło się oprzeć pokusie, by nie pogrzebać w dziwnym pojemniku na węgiel, co przeważnie kończyło się nieplanowanym szorowaniem. Poddawało się tym zabiegom z rezygnacją – usmarowanych od stóp do głów węglowym miałem obowiązywał bowiem kategoryczny zakaz wchodzenia do kuchni.
Dopiero, gdy pozytywnie przeszło się niełatwy test czystości, mogło się pokazać w przybytku robienia pączków.

Od tego momentu nie opuszczało się kuchni, żeby przypadkiem czegoś nie przegapić.
Na polecenie Mamy biegło się tylko jeszcze sprawdzić, czy wszystkie drzwi i okna są pozamykane, ponieważ wiedziało się, że pączki uwielbiają ciepło, nie znoszą zaś przeciągów i hałasu.
Wracało się do kuchni, zamykało za sobą drzwi i siadało przy stole.
Lubiło się patrzeć na robienie zaczynu. Podpatrywało się, jak Mama rozciera drożdże z cukrem, dodając po parę kropel ciepłego mleka i mąkę. Wsłuchiwało się w trzeszczące na ściankach kamionkowej kokilki kryształki cukru. Wdychało się kwaśny zapach rozczynu i patrzyło, jak cukier powoli rozpuszcza się w beżowej zawiesinie. Towarzyszyło się Tacie do dużego pokoju i asystowało w ustawianiu przykrytej bawełnianą ściereczką miski z zaczynem na piecu.
Po cichutku wracało się do kuchni, bardzo uważając, by nie trzaskać drzwiami i patrzyło się, jak Mama oddziela żółtka od białek, wsypuje cukier i robi ogromną ilość kogla mogla. Dostawało się kubeczek z własnym żółtkiem i ucierało się je mozolnie przez jakieś trzy sekundy, po czym oddawało Tacie i statecznie wychodziło załatwić jakąś strasznie poważną i niecierpiącą zwłoki sprawę. Snuło się po korytarzu i zastanawiało, czy już można bezpiecznie wrócić. Miało się nosa, więc zazwyczaj pojawiało się, gdy kubeczkowy smakołyk był prawie gotowy – jasny, puszysty, szumiący pęcherzykami powietrza. Odbierało się Tacie naczynko, zjadało jedną łyżkę i krzywiło niemiłosiernie, bo nigdy nie przepadało się za słodkim…

Kiedy zaczyn podrósł, przynosiło się go do kuchni i patrzyło, jak Mama dodaje do niego resztę składników – żółtka utarte z jajkiem i cukrem, mąkę i mleko, sok oraz skórkę z cytryny. Przyglądało się, jak Mama wlewa rum, wsypuje startą wanilię i szczyptę soli. Asystowało się przy wyrabianiu ciasta na lśniącą, gładką masę. Wdychało się specyficzny zapach drożdży z cukrem, który wybijał się ponad aromat rumu i cytryny. A kiedy ciasto zaczynało odstawać od misy, patrzyło się na żółte ścieżki masła, żłobiące na powierzchni delikatne kanaliki. Po powtórnym wyrobieniu ciasta szło się z Tatą do pokoju i patrzyło, jak stawia na piecu misę i otula ją szczelnie białą płachtą.

Kiedy ciasto na pączki rosło sobie w ciepełku, pomagało się przy robieniu chrustu.
Znowu przypatrywało się rytuałowi oddzielania żółtek i ucierania ich z cukrem, masłem i spirytusem, łączenia ze śmietaną i mąką. Obserwowało się wybijanie przez Tatę gładkiej masy drewnianym wałkiem, dopóki nie ukazały się w niej pęcherzyki. Po rozdzieleniu jej na kilka części, dostawało się swój kawałek i próbowało jak najcieniej rozwałkować. Następnie nożem ze specjalnymi ząbkami wycinało się dwu-centymetrowej szerokości pasy o ząbkowanych brzegach. Dzieliło się je na trzy krótsze, kilkunasto-centymetrowe kawałki i robiło nacięcie w środku każdego. Następnie przewlekało się jeden koniec przez wycięty otwór i układało na pergaminie. W tym czasie słyszało się, jak tłuszcz w garnku zaczyna strzelać i pierwsze faworki lądują we wrzątku. Wałkowanie i nacinanie nie było zbyt skomplikowanym zajęciem, po skończeniu miało się więc czas na obserwowanie, jak cieniutkie paseczki rumienią się i wypływają na wierzch. Patrzyło się, jak Mama wyjmuje je z tłuszczu i układa na papierowych płatkach do odsączenia. Dopiero, gdy przestygły, układało się je w misterne konstrukcje na półmiskach i przesypywało cukrem pudrem.
Z reszty rozwałkowanego ciasta wycinało się trzema różnymi szklanicami koła trojakiej wielkości, nacinało je po bokach, smarowało środki białkiem i łączyło, przyciskając mocno palcem.
Po wyjęciu ich z tłuszczu podziwiało się zapustowe róże – złociste, kuszące bąbelkową powierzchnią i koronkowymi brzegami płatków.

W międzyczasie sprawdzało się ciasto na pączki. Kiedy wyrosło należycie, przynosiło się je razem z Tatą do kuchni i zaczynał się rytuał formowania pączków. Patrzyło się, jak Mama dzieli ciasto na części i rozwałkowuje każdą na grubość dwóch centymetrów. Potem dostawało się szklankę i pomagało wykrawać krążki. Na środku każdego krążka umieszczało się łyżeczkę wiśniowych konfitur. Następnie próbowało się zlepić brzegi, patrząc jednocześnie z podziwem na Mamę, której ta sztuka wychodziła zawsze. Nim zlepiło się jednego, dwa pączki, przed Mamą leżała już zazwyczaj cała stolnica idealnie okrągłych cudeniek. Dokładało się swoje dzieło i maszerowało za Tatą, który kładł stolnicę z pierwszą, przesypaną mąką i przykrytą, partią na piecu. Potem razem z Tatą było się strażnikiem surowych pączków – pilnowało się, by nie wyrosły za bardzo, bo to groziło wycieknięciem nadzienia. Ponieważ zajęcie trąciło nudą, szybko wracało się do kuchni, i przyglądało, jak Mama przygotowuje kolejne partie.

Właściwie czekało się na moment, w którym wszystko będzie już gotowe, bo wtedy z reszty ciasta wykrawało się jeszcze kilka pączków z dziurką zrobioną kieliszkiem w szklankowym krążku.
Kiedy pierwsza stolnica wracała do kuchni, tłuszcz był już rozgrzany i patrzyło się, jak Mama wrzuca delikatne, żółte kule do specjalnego garnka. Słyszało się szum i podziwiało, jak Mama przewraca pół-brązowe kule na drugą, bladą stronę. Rozkładało się na blacie papierowe serwetki i wdychało aromat ułożonych na nich pączków. Od razu poznawało się swoje dzieło, ponieważ najczęściej było ono rozklejone i czarne od zapieczonej konfitury.
Gdy pączki ostygły, układało się je na okrągłych półmiskach i przesypywało cukrem pudrem. Nigdy nie robiło się do nich polewy, ponieważ nie było w domu amatorów na lukrowane pączki. Za to do wielkich obwarzanków ubijało się śmietanę.

Potem nakrywało się stół. Kładło się piękny, zupełnie biały obrus bez żadnych zdobień, rozkładało deserowe talerzyki i filiżanki. Na środku stawiało się półmiski z chrustem i pączkami, i czekało na gości.
Kiedy zjawiała się rodzina, biegło się do kuchni i pomagało Mamie ozdobić pączkowe obwarzanki. Kładło się je na oddzielnych talerzykach, na wierzchu umieszczało usmażoną małą kulkę, ozdabiało schłodzoną, bitą śmietaną z rękawa i posypywało startą uprzednio gorzką czekoladą, zmieloną kawą, orzechami i wiórkami kokosowymi. Wnosiło się je wraz ze świeżo naparzoną herbatą w dzbanku i można było wreszcie zasiąść do uczty.
Zazwyczaj ledwo dawało się radę zjeść swojego pączka z dziurką, na resztę smakołyków zaś już tylko smutno się popatrywało. Słuchało się rozbawionych krewnych, patrzyło na topniejące stosiki faworków i pączków i obiecywało sobie, że w przyszłym roku zje się wszystko. Samej…

Oczywiście o groźbach zapominało się natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki. Zapominało tym chętniej, że parę dni później przychodziła niedziela, którą uważało się za ważniejszą może nawet od czwartku.
Już od samego rana czuło się w domu atmosferę niepokoju i lekkiego pośpiechu. Po wstaniu dostawało się szybkie śniadanko i starało się nie przeszkadzać. Szło się do siebie i wytrzymywało jakieś koszmarnie długie dwadzieścia minut, a potem przemykało do kuchni.
Siadało się cichutko i przyglądało krzątaninie rodziców.
Patrzyło się na Tatę, który w głębi kuchni skrobał ryby. Obchodziło się go z daleka nie tyle ze względu na niezbyt miły zapach, ile z powodu współczucia biednym, małym rybkom, współczucia, które jakimś tajemnym sposobem znikało wraz z pojawieniem się złocistych dzwonków na półmisku.
Odwracało się wzrok i natykało na Mamę.
Wyrażało się chęć pomocy, więc dostawało się kokilkę, w której rozcierało się drożdże z cukrem, dodawało dwie łyżki ciepłej wody i trzy łyżki pszennej mąki, mieszało, a potem czekało się, aż roztwór podwoi swoją objętość i zaczną z niego iść bąbelki. Wtedy patrzyło się, jak Mama łączy białą pszenną mąkę z nieco ciemniejszą gryczaną, wlewa szklankę mleka i rozczyn i zagniata ciasto, które po przykryciu zanosi na ciepły piec.
Wracało się do kuchni i zostawiało się Mamę obierającą warzywa do wywaru, by towarzyszyć Tacie w ucieraniu twarogu.
W momencie, gdy wywar stał na ogniu, a twaróg był gładki, zaczynało się dostawać oczopląsu, nie bardzo wiedząc, czy towarzyszyć Tacie w czarach nad bulionem, czy Mamie w przygotowywaniu syrniczków.

Po głębszym namyśle odpuszczało się sobie wrzucanie do bulionu ryb i pozostawało przy stole. Lubiło się wsypywać do białej masy cukier i cynamon, wbijać jajka i patrzeć, jak składniki łączą się z serem. Potem dodawało się odrobinę mąki i namoczone w rumie rodzynki. Patrzyło się, jak Mama wykłada łyżką na wysypaną mąkę porcje luźnego twarogowego ciasta i delikatnie je przewraca. Nie mogło się wyjść z podziwu, kiedy z wielką wprawą wrzucała je na rozgrzany tłuszcz, a one wciąż były w jednym kawałku.
Rozkładało się papierowe serwetki i czekało, aż wsiąknie w nie nadmiar tłuszczu z rozłożonych rumianych krążków. Wtedy przekładało się je do żaroodpornego naczynia i wstawiało do ciepłego piekarnika, by nie ostygły.

Po około trzech godzinach przynosiło się ciasto na bliny. Patrzyło się, jak Mama dodaje pozostałą mąkę i ponownie je zagniata, a następnie odnosi na piec na kolejne dwie godziny.
W czasie, kiedy ciasto na bliny rosło, pomagało się w robieniu innych jeszcze placków, nazywanych dla odróżnienia blinkami. Musiało ono mieć konsystencję gęstej śmietany, więc suszone drożdże rozpuszczało się w dużej ilości ciepłego mleka i łączyło je z gryczaną mąką, jajkami i cukrem, a po dokładnym rozmieszaniu ustawiało na piecu, by placuszki po usmażeniu były puszyste.

Kiedy przychodził czas na sałatkę rybną, przynosiło się wyjęte z wywaru, ostudzone warzywa i patrzyło, jak rodzice sprawnie filetują ryby i kroją wszystkie składniki w drobną kostkę. Było się głównym mieszającym i bardzo się lubiło to odpowiedzialne zajęcie – mieszało się delikatnie marchewkowe sześcianiki z białymi kostkami selera i pietruszki, żółtawymi ziemniakami i kawałkami gotowanej ryby. Potem wszystko posypywało się zieloną, posiekaną pietruszką i doprawiało do smaku białym pieprzem i solą. Patrzyło się, jak Mama uciera specjalny sos z gotowanych ziemniaków i cebuli, doprawia go do smaku odrobiną czarnego pieprzu i soli i rozrzedza warzywno-rybnym wywarem. Wszystko pomagało się wynosić w zimne miejsce i niecierpliwie czekało na smażenie blinów.

Zanim jednak to nastąpiło, trzeba było dodać jeszcze do ciasta mleko, roztopione masło, żółtka i gęstą śmietanę, przyprawić do smaku solą i cukrem. Patrzyło się, jak Mama wlewa doń jeszcze pianę z białek i miesza wszystko, a następnie pozostawia w cieple na jakieś pół godziny.
Smażenie blinów i blinków odbywało się na dwie patelnie i nie miało się pojęcia, jak udaje się Mamie nie pomylić ciast. Uwielbiało się patrzeć, jak rzadkie ciasto zmienia się w cieniutkie okrągłe placki, które lądują w specjalnych salaterkach, tworząc pokaźną stertę.
Gdy wszystko było prawie gotowe, biegło się do pokoju i pomagało nakryć do stołu. Używało się tej samej porcelany i sztućców, co podczas Bożego Narodzenia i dzięki temu czuło się, że ten dzień jest naprawdę wyjątkowy.

Potem stało się w korytarzu i wpuszczało rodzinę, która ten jeden jedyny raz zjawiała się punktualnie. Odbierało się przygotowane przez innych placki i sałatki i zanosiło do kuchni.
Gdy już wszystkie miejsca były zajęte, wnosiło się ciepłe potrawy.
Z upodobaniem patrzyło się na placki, które musiały być okrągłe i złociste, bo miały symbolizować słońce, a jednocześnie – koniec zimy i początek wiosny.
Z ogromnym apetytem pochłaniało się wielkie krążki, które smarowało się cebulowym sosem, nakładało rybną sałatkę i zawijało jak naleśnik albo składało na cztery.
Uwielbiało się też słodkie syrniczki, suto polane kwaśną śmietaną i malinowymi konfiturami. Potem jadło się jeszcze cieniutkie blinki posypane cukrem pudrem albo posmarowane śmietaną.
Czuło się, że atmosfera pośpiechu całkowicie się ulotniła i z przyjemnością patrzyło się na uśmiechnięte twarze krewnych.
Słuchało się żartów i przekomarzań, wesołych wspomnień i opowieści o tych, którzy już w tym poczęstunku uczestniczyć nie mogli.

A potem następował najprzyjemniejszy chyba moment – wszyscy wstawali, podchodzili do siebie, szeptali coś, dotykali swoich rąk i ramion, czasami obejmowali się i przytulali. Patrzyło się na wzruszone twarze, na kręcącą się czasem łezkę i czuło się, że ta ostatnia zapustowa niedziela jest naprawdę niedzielą wybaczania i pojednania…

Wspomnień czar. Wigilia.

Kiedyś wigilijna kolacja smakowała inaczej.

Kochało się Wigilię, snujące się po domu zapachy, radosne przyśpiewki nucone półgłosem, śmiech rodziców, przygotowujących dania, których obowiązkowo musiało być dwanaście…
Że nastawał czas gotowania barszczu, poznawało się po zapachu – po całym domu roznosił się aromat gotowanych kwaśnych jabłek, ostrej woni cebuli z burakami i kręcącej w nozdrzach – grzybów. Barszcz musiał swoje odstać, więc pomagało się wynosić wywary w chłodne miejsce. Dzień przed Wigilią przynosiło się sagany z powrotem i patrzyło, jak Mama łączy wszystko w wielkim garze, zagotowuje i Tata znowu odstawia go w zimne miejsce. Dopiero w Wigilię odcedzało się wywar od warzyw, doprawiało sokiem z cytryny, solą i pieprzem i podgrzewało.
Lubiło się towarzyszyć w klejeniu pierogów – uszka zawsze były z kwaśną kapustą i grzybami, a wielkie faliste półksiężyce napełniało się farszem ze słodkiej i grzybów.
Dzień przed Wigilią pomagało się też w robieniu śledzi – Mama kroiła je w dzwonka, układała na specjalnym półmisku, przykrywała warstwą pomidorowych i cebulowych krążków, posypywała czarnym pieprzem i zalewała olejem.
Wcześniej smażyło się też rybę, którą następnie pomagało się zalewać pomidorowym sosem, posypywało suszoną bazylią, i wynosiło w chłodne miejsce, by ryba przesiąkła. Wigilijny sos do ryby uważało się za jeden z najpyszniejszych: składał się z przetartych pomidorów doprawionych miodem i białym pieprzem – odpowiednio słodki, słony i kwaśny jednocześnie.
Pomagało się też w robieniu sałatki wigilijnej: drobiło się gotowaną rybę, kroiło kiszone ogórki, ziemniaki gotowane w mundurkach i jajka. Potem ucierało się specjalny sos z ziemniaków, ogórka, majonezu i czosnku; bez tego sosu sałatka „nie liczyła się”. Wszystkie, niezbyt drobno posiekane składniki zalewało się gęstą miksturą i delikatnie mieszało. Podczas wynoszenia wdychało się aromat grubo mielonego czarnego pieprzu i cząbru.
Kompot wigilijny był pierwszym daniem, które robiło się zupełnie samodzielnie. Suszone śliwki, morele, wiśnie, jabłka i gruszki płukało się kilkakrotnie w zimnej wodzie i zalewało wrzątkiem. Dosypywało się umyte orzechy włoskie i laskowe, dodawało garść migdałów. Dopiero na drugi dzień należało wszystko zagotować, dodając odrobinę utartej cytrynowej skórki i wanilii, osłodzić miodem i pozostawić do ostygnięcia.
Kisiel robiło się z żurawin. Pomagało się przetrzeć je przez drobne sitko, żeby pozbyć się pestek. Była to żmudna i czasochłonna robota, szybko więc traciło się entuzjazm i zwalało dokończenie niewdzięcznego zajęcia na Tatę. Za to chętnie doprawiało się żurawiny cukrem i mąką ziemniaczaną i patrzyło, jak w dużym garnku robią się bąble, a Mama rozlewa kisiel do kokilek.
Łamańce nie były skomplikowaną potrawą – upieczoną dzień wcześniej i pokrojoną w długie paski drożdżową bułę zalewało się ciepłym mlekiem z makiem i rodzynkami, doprawiało do smaku miodem albo cukrem i tyle.
Zupełnie inna sprawa była z łazankami; nie lubiło się pomagać w robieniu makaronu, za to chętnie podziwiało równiutko pokrojone, słonawe rombiki, rozłożone do wyschnięcia na bawełnianej ściereczce. Sos do łazanków to była po prostu rozpusta. Najpierw kilkakroć myło się mak. Potem patrzyło, jak Tata miele go przez maszynkę, a Mama podsmaża w rondlu z miodem. Podczas studzenia maku pomagało się trzeć orzechy i migdały. Na koniec ubijało się tłustą, słodką śmietankę, dodając małymi porcjami cukier i resztę ingrediencji. Gdy łazanki były ugotowane i schłodzone, łączyło się je delikatnie ze śmietanką i doprawiało kilkoma kroplami araku. Tego zapachu i smaku nie dało się porównać z niczym innym.
Kapusty z grzybami gotowało się dwa rodzaje – słodką i kwaszoną. Dzień wcześniej zalewało się wrzątkiem umyte suszone grzyby, by zmiękły i wraz z wywarem dodawało do kapusty. Tę słodką doprawiało się solą, pieprzem i cząbrem; tę kwaśną – kminkiem.
W tym czasie gotowało się też bigos. Specjalistą od bigosu był Tata i z wielką przyjemnością uczestniczyło się w jego czarach. Po domu rozchodził się wtedy zapach gęsiny, wołowiny i wieprzowiny, podsycany aromatem kwaszonej kapusty i śliwkami. Tę słodką gotowało się oddzielnie z dodatkiem kaniowego proszku i ziarnkami jałowca. Gotowanie bigosu obowiązkowo musiało trwać trzy dni – w ostatnim patrzyło się, jak Tata przelewa wszystko do jednego gara, miesza i próbuje, doprawiając solą, pieprzem i utartym jabłkiem. Próbowało się parującej potrawy i już nie mogło doczekać się Świąt.
Struclę makową piekło się według przepisu ze starego kajetu, bardzo pilnując proporcji. Uwielbiało się zapach smażonego z miodem, rodzynkami i orzechami maku, a jeszcze bardziej aromat drożdżowego ciasta. Patrzyło się, jak Mama wałkuje prostokątne płaty, smaruje je makową mieszanką, zawija w rulon, wtłacza w formę i wstawia do ciepłego piekarnika, by troszkę podrosło przed pieczeniem. Potem zaglądało się przez szybkę i wyczekiwało, aż wierzch stanie się brązowozłoty. Wtedy przywoływało się Mamę, która zerowała piec i pozostawiała strucle, by doszły.
Uwielbiało się patrzeć na pieczenie sernika, choć dostawało się go przeważnie dopiero w pierwszy dzień Świąt. Najbardziej lubiło się moment, gdy ser stawał się żółty od żółtek utartych z cukrem, pachnący ananasem i trzeszczał od białkowej piany. Lubiło się obtaczać w mące rodzynki i wrzucać je do serowej masy. Z niecierpliwością czekało się na wypieczenie kruchego spodu, który wcześniej własnoręcznie dźgało się widelcem, by był lepszy. Patrzyło się, jak Mama zalewa go przygotowanym serem i wkłada do pieca. Po upieczeniu i wystudzeniu pomagało się ozdabiać go białym, pachnącym cytryną lukrem, albo polewać cytrynową galaretką.
Ryżu z bakaliami nie uważało się za zbyt smaczny. Przeważnie dłubało się w nim bez przekonania, bardziej po to, żeby poczuć zapach wanilii niż go zjeść.
Zupełnie inaczej było z makagigami – w tych ciastkach fascynowało wszystko – począwszy od smażenia maku z miodem, rozwałkowywania go na pergaminie aż po krajanie niewielkich rąbów i wyczekiwanie, aż wyschną. Potem rozkładało się je ostrożnie na dużej tacy, przekładając każdą warstwę woskowanym papierem. Były o niebo lepsze od sezamków, choć konsystencję miały podobną.
Gdy na dworze zaczynało się ściemniać, nadchodził czas na przygotowanie stołu: najpierw rozkładało się obrus – zawsze był to ten sam biały obrus z przepięknie wyhaftowanymi na rogach gałązkami świerczyny, bombką i świecą. Pod obrus wkładało się siano, a pierwszą stawianą na stole rzeczą był opłatek. Dopiero później biegło się do kredensu i wyjmowało porcelanę. Robiło się to równie ostrożnie jak z bombkami – porcelana była krucha i stanowiła pamiątkę po maminej Mamie. Używało się jej tylko przy specjalnych okazjach, co jeszcze podkreślało wyjątkowość danej chwili. Podziwiało się delikatny różany wzór, koronkowo-złoty obrąbek i kształt naczyń. Całość sprawiała wrażenie tak delikatnego, że zanim się przywykło, prawie wstrzymywało się oddech przy dotykaniu…
Najpierw rozkładało się białe serwetki z kompletu z obrusem, tak, by haft był widoczny. W połowie każdej stawiało się duży talerz, na nim głęboki, a obok – na reszcie serwetki układało się sztućce. Sztućce również były pamiątkowe, bardzo piękne i… również trzymane na specjalne okazje.
Gdy wszystko było gotowe, zaczynało się wnosić potrawy, wdychając zapach smażącej się w tym czasie ryby.
Gdy stół był zastawiony, wyglądało się zawsze tej pierwszej gwiazdki. Szczerze mówiąc – gdy już się ją wypatrzyło, to zazwyczaj razem z setkami innych, ale nic przecież nie było w stanie zepsuć radości takiego wieczora. Zapalało się choinkę i stawało przy stole. Po podzieleniu się opłatkiem, życzeniach i krótkiej modlitwie, zasiadało się do stołu i śpiewało kolędę – kolęda zawsze inicjowała kolację. Najczęściej była to Cicha Noc.
Dopiero potem rozpoczynało się posiłek; zawsze od barszczu z uszkami. Później jadło się, co się chciało, pilnując, by spróbować każdej potrawy. Nie wstawało się od stołu, dopóki wszystkiego się nie skosztowało – ten zwyczaj miał zapewnić pomyślność do następnej Wigilii.
Następnie śpiewało się wspólnie i nie mogło usiedzieć spokojnie, ponieważ doskonale widziało się kolorowe pakunki kusząco mrugające spod świątecznego drzewka.
Wreszcie nadchodził czas rozpakowywania prezentów. Zawsze miało się przywilej wyciągania podarków spod choinki i obdzielania nimi najbliższych.
Każdy prezent rozpakowywało się przy stole i poświęcało mu sporo uwagi i zachwytów.
Około północy wychodziło się na pasterkę do pobliskiego kościółka. Był on tuż za rogiem, ale i tak wyczuwało się tę niezwykłość, zarówno w mroźnym powietrzu, jak i w skrzypieniu śniegu. W kościółku nigdy nie było tłumów – większość wolała iść na mszę do dużego kościoła za parkiem, ale może dzięki temu jeszcze bardziej czuło się magię wigilijnej nocy. Zasiadało się zawsze w lewej nawie między rodzicami i wsłuchiwało w głos kapłana. Przymykało się oczy i z poczuciem dziwnego szczęścia przytulało do Mamy lub Taty. Nigdy właściwie nie udało się nie zasnąć podczas mszy – monotonny głos księdza, ciepło rozchodzące się wokół i delikatna muzyka usypiały…
Drzemało się więc, nie mając nawet siły otworzyć oczu. Gdy msza dobiegała końca, przecykało się na dźwięk łagodnego głosu Mamy i z trudem unosiło z twardej ławki. Potem, noga za nogą, wlokło się do wyjścia. Sypiący śnieg sprawiał, że rzeźwiało się trochę i raźniej już wędrowało cichymi uliczkami…
W domu czuło się zapach choinki, miodu i pomarańczy. Zrzucało się wierzchnie okrycie i szło jeszcze raz popatrzeć na choinkę.
Mimo najszczerszych chęci do pomocy w sprzątaniu po wigilijnej kolacji, było się zazwyczaj tak zmęczoną, że ledwo miało się siłę na wieczorną kąpiel…
Smarowało się więc do siebie i zasypiało, wsłuchując w odgłosy krzątaniny dochodzące z głębi domu…

Witam.

Jest minuta po drugiej. Siedzę sobie przy stole, zerkam na choinkę i zastanawiam się nad życzeniami…
Moje myśli krążą wokół spraw zwykłych i banalnych, więc życzę wszystkim spokoju, szczęścia, miłości, wzajemnego szacunku…
A także, by Bożonarodzeniowej Magii starczyło na cały długi rok…

Pozdrawiam :)

Lena

Wspomnień czar. Wigilia Wigilii.

Kiedyś choinka pachniała inaczej.

Właściwie – póki nie zaczęło się chodzić do szkoły – nie miało się poczucia kalendarza… A i później różnie z tym bywało.
O tym, że jutro będzie Wigilia, dowiadywało się, gdy Tata przynosił z piwnicy wielkie, drewniane pudło z bombkami.
Rano otwierało się oczęta, wychodziło z ciepłej pościelki i wędrowało do łazienki.
W przedpokoju natykało się na pudło i całe rozleniwienie przechodziło, jak ręką odjął. Bez zbędnego marudzenia myło się, ubierało, jadło śniadanie i zaczynało się oczekiwać…
Wiedziało się, że tego właśnie dnia Tata wcześniej wróci z pracy i pojedzie się do znajomego pana Gospodarza po choinkę.
Takie siedzenie dłużyło się niemiłosiernie, więc naprzykrzało się tymczasem Mamie, która od kilku dni zajmowała się przygotowaniami do Świąt.
Wreszcie zjawiał się Tata i po szybkiej herbatce można było władować się do samochodu i jechać.
Na miejscu wchodziło się do zagródki, w której pan Gospodarz miał jakąś niespotykaną ilość około dwudziestu chojaków i z poważną miną zaczynało się wybierać. Nie było to wcale proste, ponieważ wszystkie drzewka uważało się za jednakowo piękne. Chodziło się wokół, dotykało, zaglądało pod gałęzie, podskakiwało, aż w końcu z bólem serca pokazywało się tę, którą się chciało, chociaż najchętniej wzięłoby się wszystkie.
Przyglądało się, jak pan Gospodarz okręca folią choinkową donicę, a Tata bardzo ostrożnie pakuje nabytek do samochodu – po Świętach drzewko miało wrócić do lasu i rosnąć sobie dalej…
Nie marudziło się w drodze powrotnej, chociaż świerkowe igły miało się dosłownie wszędzie. Zaciskało się zęby i patrzyło przez okno, ponieważ w drodze po choinkę nie miało się czasu…
Świerczek zawsze ustawiało się w tym samym miejscu – między oknami; ustawiało – rzecz jasna – razem z Tatą, choć między Bogiem a prawdą – trwałoby to znacznie krócej, gdyby się jednak nie pomagało…
Gdy drzewko było już umocowane, tańczyło się wokół niego taniec radości, którego nie powstydziłby się najznakomitszy plemienny szaman i czekało na Tatę, który tymczasem szedł po bombki.
Najpierw asystowało się przy sprawdzaniu lampek, a gdy okazywało się, że świecą – patrzyło się, jak Tata omotuje nimi pień choinki. Były dwa rodzaje światełek i oba rodzaje lubiło się najbardziej – i te w kształcie kolorowych szklanych dzwonków, które po zapaleniu migotały bardzo subtelnym, jakby srebrno-księżycowym światłem; i te w kształcie maleńkich łezek, dających piękne, wielokolorowe refleksy…
Po kolejnej lampkowej próbie przystępowało się do wieszania zabawek.
Oczywiście musiało się obejrzeć wszystkie, więc cały proces trwał niemiłosiernie długo. Najpierw wieszało się granatowe i ciemnozielone kule z wymalowanymi gałązkami sosny, potem żółte, czerwone, zielone i niebieskie błyszczące bańki ze złotymi, posypanymi brokatem gwiazdkami. Następnie umieszczało się srebrne – z kolorowymi paseczkami i – duże i małe, srebrne, złote i kolorowe – szyszki…
Bardzo lubiło się wieszać girlandy z maleńkich różnokolorowych kuleczek; były ich dwa rodzaje – matowe i błyszczące. Nie zapominało się też o srebrnych włoskich orzechach naturalnych rozmiarów i szklanych, dmuchanych pająkach. Nie było się jakimś szczególnym wielkoludem, więc ozdabiało się raczej dół choinki, górne partie pozostawiając Tacie. Gdy wszystkie cacka znalazły się na drzewku, otwierało się pierwsze najważniejsze pudło. Robiło się to bardzo ostrożnie. Wyjmowało się przepiękne, ogromne, ręcznie malowane bomby i nieco drżącymi rękoma podawało Tacie. Wiedziało się, że jest to prezent od Babci, której nigdy się nie poznało, ale za to świetnie poznało się historię kul… Każdą z nich przecierało się flanelką i podziwiało naprawdę piękne malunki: na pierwszej był śnieżnobiały Łabędź, na którego sypał diamentowy śnieg i tę lubiło się oglądać najbardziej; na drugiej – uśmiechająca się tajemniczo Śniegurka trzymała srebrny dzwoneczek; z trzeciej bombki spoglądała stojąca na palcach Baletnica w pięknej rozkloszowanej spódniczce, a wokół niej powiewały półprzeźroczyste szarfy. Lubiło się też smutnego Pierrota w atłasowo połyskującym wdzianku, bujającego się na ogromnej obręczy oraz trzygłowego Smoka z wydętym, pełzającym po ziemi brzuszyskiem i puszczającego ze wszystkich paszcz srebrne płomienie. Za to wcale nie przepadało się za wymalowanym Dzieciątkiem w beciku, które z daleka wyglądało jak pieczarka. Co innego Anioł – podziwiało się dwie imponujące pary skrzydeł, powiewną suknię w wymyślne esy floresy i zgrabne bose stópki; kolejną ulubioną kulą była ta z Saniami zaprzężonymi w trzy konie krzeszące skry. Podziwiało się też dorodną Choinkę, wokół której tańczyły maleńkie ni to elfy ni aniołki, a także śliczną Księżniczkę z pięknie wygiętymi smukłymi rączkami, w robronie, spod którego widać było czubek pantofelka i Chłopczyka o delikatnej twarzyczce okolonej loczkami, w kusych pantalonach i bluzie z szamerunkami…
Dwunastej bombki nie widziało się nigdy – zbiła się w trakcie wojażowych perypetii, kiedy Babcia była jeszcze młodą dziewczyną i ze swoją mamą opuszczała na zawsze własną ojczyznę…
Po obejrzeniu wszystkich kul i zawieszeniu ich na choince, podawało się Tacie zebrane w pęk łańcuchy, które ten zaczepiał na szczycie drzewka i puszczał pionowo wzdłuż gałęzi. Resztą łańcuchów pomagało się opasać świerczek, układając je poziomo na gałęziach, począwszy od cieniutkich przy szczycie, a skończywszy na tych najgrubszych na dole.
Potem następowało najprzyjemniejsze – z drugiego najważniejszego pudła wyjmowało się srebrny szklany czub – także ocalony przez Babcię – i czekało, aż Tata uniesie swoją pomocnicę w górę, po czym z triumfem nasadzało się ostatnie cacko na szczyt…
Wreszcie biegło się po Mamę, gasiło światło i czekało aż Tata zapali lampki. Stało się między rodzicami i podziwiało ustrojoną piękność bijącą bajkowym światłem…

> zerknij <

Wspomnień czar. Muśnięcie zimy.

Kiedyś śnieg skrzypiał inaczej.

Gdy wychodziło się przed dom, podwórkowy świat wyglądał jak nietknięty ludzką stopą – śnieg zdążył już zasypać ślady śpieszących do pracy ludzi.
Za bramą hałas był niewielki – od czasu do czasu dostrzegało się pyrkający samochód albo spóźnionego przechodnia…
W dni wolne od szkoły brało się sanki i biegło na podwórko pobliskiego ogólniaka, a w uszach brzęczał surowy zakaz zbliżania się do rzeki.
Gdy zima była solidna, za jedną z atrakcji uważało się wielkie zwały stwardniałego śniegu, zalegające pod ścianą gospodarczego budynku.
Najpierw budowało się „nartostradę”, żeby nie zaryć nosem w beton, bo szkolny stróż solidnie wykonywał swoją pracę. Dopiero potem można było oddać się przyjemności zjeżdżania. Oczywiście trzeba było mieć dobre buty – hamowanie na śliskich podeszwach kończyło się mało zabawnie i to bez względu na to, czy zjeżdżało się na sankach, czy… na butach.
Utyskiwania rodziców nad marnością „dzisiejszego” obuwia pomijało się dyplomatycznym milczeniem, z niewinną miną uczestnicząc w oglądaniu dorodnych dziur.
Gdy ślizganie zaczynało nudzić, lepiło się piguły z odwilżonego śniegu, dzieliło na drużyny i zasypywało gradem artyleryjskim przeciwnika, wrzeszcząc niemiłosiernie. Czasem budowało się schrony i bawiło w wojnę. Przy akompaniamencie okrzyków w stylu „badabum” zasypywało się szaniec wroga, nigdy do końca nie wiedząc, która grupa to „nasi”, a która – nie. I – oczywiście – bez względu na wynik – zawsze twierdziło się, że było się w tej „naszych”….
Po zabawie w wojnę budowało się lodowisko. Udeptywało się butami śnieg w taki sposób, by powstała białawo-szklista powierzchnia. Oczywiście – czekało się na odpowiednie warunki atmosferyczne – odwilż odpadała kompletnie. Najlepsze lodowisko budowało się, gdy poranna breja zamieniała się pod wpływem z wolna spadającej temperatury w marznącą taflę, którą z maniackim uporem szlifowało się przy pomocy owych nieszczęsnych, narażanych na ciągły szwank podeszew…
Jeśli nie zdążyło się przed wieczorem – pozostawało tylko zanoszenie modłów, by do następnego dnia utrzymał się mróz. Jeśli się zdążyło – zaczynała się zabawa w olimpiadę łyżwiarską. Przede wszystkim wykonywało się piruety i skoki, a także jakieś fikuśne hołubce, po czym ustępowało miejsca następnemu zawodnikowi. Potem – jako „grono sędziowskie” – oceniało się występ, pokazując notę na palcach i po podliczeniu wszystkich palców, zwycięzca dostawał oklaski…
Czasami grało się w hokeja. Bramki wylepiało się ze śniegu na krawędziach lodowiska – miały około dwóch kroków szerokości i dwie stopy głębokości. Ze starej rynny wyciągało się schowany od poprzedniej zimy płaski kamień, którego używało się jako krążka. Potem szukało się kijów – ich wybór świadczył o pomysłowości i determinacji – jakichś grubych patyków, kawałków desek, rurek pcv. Oczywiście, zabawa byłaby niepełna, gdyby nie próbowało się naśladować prawdziwych zawodników – pochylonych do przodu, w lekkim przysiadzie, z szeroko rozstawionymi nogami i stopami obowiązkowo rozsuniętymi na zewnątrz; pozycja zależała od długości kija. Najgorzej było być bramkarzem – odzianym w kilka kurtek (bo jeżdżącym zawsze było bardzo gorąco), z okutaną szalikami głową, tak, że było widać tylko kawałek oka, albo z naciągniętą na twarz niekominiarką – z odwagą i poświęceniem broniącym bramki; bramkarzem niejednokrotnie obrywającym kamiennym krążkiem albo i kijem w tym całym zamieszaniu…
Oczywiście – zawsze chciało się grać z chłopakami, którzy niechętnie widzieli dziewczynę w drużynie, ale w końcu zawsze ulegali, klnąc pewnie w duchu, bo jeśli było się z koleżanką, to nigdy nie chciało się zostać rozdzieloną i grać przeciwko niej. Nie robiło się tego złośliwie – po prostu nie zdawało się sobie sprawy, że to osłabia podwójnie którąś z grup, bo mimo że było się wysportowaną, to nie dorównywało się jednak chłopakom taką na przykład siłą. No i nie rozumiało się, że chłopaki musieli wtedy być delikatniejsi i mniej ostrzy… Za to jeździło się najszybciej ze wszystkich, co głównie było zasługą dobrych butów, więc było się w ataku i czasami nawet zdobyło się gola…

Najbardziej chyba jednak lubiło się lepić bałwana. Gdy śniegu było dużo – usypywało się najpierw wielki i twardy spód, a potem toczyło jeszcze dwie kule. Leciało się do domu po marchew i dwa ziemniaki i żałowało, że nie ma węgla. Garnek też przynosiło się z domu. Największe trudności miało się ze zdobyciem drapaki. Najczęściej było się tą, która musiała odwrócić uwagę stróża z pobliskiej Straży. Szło się więc i zagadywało słodkim, cieniutkim głosikiem, uśmiechając się najpiękniej jak się potrafiło, by któryś z chłopaków mógł zrobić akcję i ściągnąć rozcapierzoną wierzbową miotłę. Niby nie uważało się tego za kradzież, ale o niezbyt czystym sumieniu świadczyło to, że raczej nie chwaliło się w domu swoimi wyczynami…
Gdy bałwan był gotowy, wykonywało się wokół niego dziki taniec plemienny i… pokonywało go seriami śnieżek…

Jeśli śniegu było naprawdę dużo – bawiło się w chowanego, choć wiedziało się, że za powrót w mokrym ubraniu będą baty. Nie potrafiło się jednak oprzeć pokusie, by nie zakopywać się w miękkim śniegu. Ponieważ było się dość drobną, wykorzystywało się tę przewagę i chowało najlepiej ze wszystkich
Zabawą w chowanego szybko się nużyło. O wiele fajniejsze było budowanie tuneli – zakazane, grożące szlabanem na resztę zimy. W tunele – tak jak w chowanego – bawiło się tylko z chłopakami, bo dziewczyny marudziły, że zimno, mokro, mazgaiły się i obrażały. No i wiedziało się, że – takie naindyczone – zaraz polecą z jęzorem do domu, a nikomu nie było przyjemnie wracać pod eskortą zdenerwowanego rodzica…

Zimą nigdy nie chodziło się nad rzekę. Wciąż miało się przed oczyma historie o topielcach, którzy nie posłuchali rodziców i zapuścili się na podmokły brzeg… Krótko mówiąc – wyobraźnia działała i miało się zwyczajnego stracha. Za to bardzo chętnie łaziło się nad stawek, w którym w najgłębszym miejscu woda sięgała do kolan, i bawiło się w pociąg. Zabawa polegała na tym, że wylegało się na środek, łączyło sanki, a dwóch chłopaków zaprzęgało się i próbowało pociągnąć całą resztę – wygrywała para, która najpóźniej się wywróciła. Nie wiedzieć czemu – nigdy jakoś nie rwało się do zaprzęgu, a chłopaki po dżentelmeńsku udawali, że tego nie zauważają… Wszystko trwało do momentu, gdy pojawiał się Lew. Lwem nazywało się wielkiego i grubego właściciela stawku. Przezwisko powtarzało się za starszymi, nie mając pojęcia, że było czystą złośliwością wobec łysego jak kolano człowieka. Gdy się go dostrzegało – próbowało się jak najszybciej rozłączyć sanki i zwiać. Liczyło się jednak z konsekwencjami – kiedy rozeźlony właściciel już kogoś złapał – a zawsze kogoś mu się udało – nie pędził na skargę – po prostu przeginał przez kolano, zdzierał porcięta i dawał sążnistego klapsa na goły tyłek. Było to oczywiście wielką zniewagą i jeszcze większym wstydem. Trochę podśmiewało się z takiego delikwenta… Ale nie za bardzo, raczej nawet współczuło się i pocieszało, zdając sobie sprawę, że samemu mogło się znaleźć w takiej sytuacji. Kiedyś myślało się, że nigdy nie oberwało się od Lwa dzięki własnemu sprytowi, dziś wie się, że przyzwoity ten człowiek nie ściągałby przecież galotów dziewczynce…

Właściwie raz tylko podczas całej zimy nie bywało się diablikiem…
Dzień przed Wigilią wędrowało się do pobliskiego parku, żeby… ubrać choinkę. Przynosiło się ze sobą pestki, orzechy, jakieś kasze – kto co tam miał – i robiło się święta dla ptaków. Na niedużym świerku zawieszało się przekrojone jabłka i gruszki, kawałki chleba, ciastek, wędliny, a wokoło sypało się pestki od dyni i słonecznika, orzechy, kaszę, okruchy…
Potem odchodziło się – niezbyt daleko – i czekało na ptaki. Zazwyczaj zlatywały się wrony – nie przeganiało się ich, tylko z dumą patrzyło, jak nieśpiesznie dziobią wysypane smakołyki. Właściwie nigdy nie doczekało się innych ptaków, ale i tak puchło się z dumy, kiedy na drugi dzień rankiem nie znajdowało się pod choinką niczego… Tego znikania nie kojarzyło się zupełnie – rzecz jasna – z codziennym sprzątaniem parku. Cieszyło się zarówno z tego, że ptaszki miały wigilię jak i z każdego pustego, smętnie zwisającego z gałęzi sznurka…
O tym również nie opowiadało się w domu, ale przełamując się wieczorem opłatkiem, na wspomnienie parkowego drzewka odczuwało się jakąś wewnętrzną radość. Z dziwną przyjemnością kosztowało się wigilijnych potraw, mając poczucie spełnienia dobrego uczynku…

Wspomnień czar. Święto Zmarłych.

Kiedyś znicze płonęły inaczej.

W wigilię Wszystkich Świętych wracało się do Miasta.
Już od rana było się smutną i grzeczną. Starało się nie wchodzić w drogę dorosłym, którzy dopinali wszystko na ostatni guzik.
Snuło się więc po pustym brzegu i patrzyło na zachmurzoną taflę jeziora. Przysiadało się na wyciągniętej na brzeg łódce i puszczało kaczki. Zdejmowało się buty i ukradkiem wchodziło do wody, żeby ostatni raz poczuć jej przeraźliwy chłód.
Biegło się do zatoczki i zaglądało do opuszczonego łabędziego gniazda. Zbierało się zgubione piórka i chowało do kieszeni.
Właziło się na drzewa, żeby się z nimi pożegnać. Obejmowało się ramionami brzozy i przytulało policzek do gładkiej kory. Głaskało się powykręcane gałęzie leszczyn. Biegło się powiedzieć „do wiosny” potężnemu dębowi, pod którym spędzało się mnóstwo czasu, próbując wspiąć się po chropawym pniu.

Na pierwszy sygnał do powrotu szło się do samochodu. Siadało się zawsze za Mamą i patrzyło w okno. Przyklejało się nos do szyby i ze smutkiem zerkało na umykające drzewa, których rozmazujące się kontury przywodziły na myśl taniec pędzla po płótnie…

W miejskim domu umykało się do siebie. Rozpakowywało się zdobyte skarby – ciekawe kamienie, barwne pióra, różne rodzaje szyszek. Zasuszone liście i kwiaty delikatnie przekładało się do zielnika. Układało się na półkach książki, bez których nie można było się obejść ani minuty, więc woziło się je z domu do domu…

Wreszcie szło się na kolację i już od progu czuło się zapach świerczyny i róż. Patrzyło się na pięknie upleciony wianek i nie mogło oprzeć się pokusie, by nie pogłaskać jędrnych gałązek, nie powąchać czerwonych pąków…
Po kąpieli szło się do łóżka. Czytało się przy małej lampce, aż oczy zaczynały się kleić, a bohaterowie opowieści ożywali…
Przytomniało się na chwilę na odgłos spadającej książki i po omacku gasiło światło…

Rankiem najpierw czuło się zapach sernika. Potem słyszało się szybkie kroki w przedpokoju. Wreszcie przytwierało się oczy i stwierdzało, że za oknem jest już zupełnie jasno.
Z niechęcią wystawiało się stopę spod kołdry i czym prędzej ją chowało. Odwracało się na drugi bok, zwijało w kłębek i próbowało jeszcze choć na chwilę zasnąć.
A tak naprawdę – czekało się. Czekało się, aż wejdzie Mama, pochyli się i dotknie kołdrzastej góry; jak odmota z warstw i przysiądzie na brzegu łóżka. Dopiero wtedy podrywało się ze śmiechem i zarzucało Mamie ręce na szyję. Przytulało się i patrzyło, jak Mama udaje zaskoczenie i przestrach i wyciska na czole buziaka.
Potem nie było już odwrotu – wstawało się i biegło do łazienki.
Bez protestów wkładało się ciemną sukienkę i pozwalało zapleść włosy w koszyczek, choć nogi same rwały się do biegania i skakania. Czuło się jednak tę odświętną atmosferę w poważnych minach Rodziców, w ich strojach.
Po śniadaniu jechało się na cmentarz. Szło się na grób Dziadków, ustawiało kwiaty i zapalało znicze. Potem przysiadało się na ławeczce i przyglądało pełgającym płomykom. Nie rozmawiało się.
Zerkało się na milczących Rodziców, opierało o Mamę lub Tatę i… nie przeszkadzało się.
Po prostu siedziało się i myślało o różnych rzeczach. Zerkało się na sąsiednie nagrobki i zauważało, że jedne krzyże wyglądają jakby się cieszyły, drugie – jakby były zmęczone, a jeszcze inne – jakby za czymś tęskniły…
Przekrzywiało się głowę i próbowało uchwycić spojrzenie porcelanowych oczu z medalionów. Potem przenosiło się wzrok na napisy i starało się odczytać częściowo zatarte znaki…

Wreszcie czuło się rękę Mamy i wiedziało się, że pora wracać.
W drodze powrotnej brało się rodziców pod ręce i wędrowało szeroką aleją. Zadzierało się do góry głowę i liczyło wronie gniazda. Albo zamykało się oczy, podginało kolana, zawisało między Rodzicami i pozwalało nieść się kilka kroków…

Po powrocie do domu nie przebierało się. Zjadało się drugie śniadanie i czekało na gości. Rozkładało się stół i ustawiało nakrycia.
Na dźwięk dzwonka podchodziło się z Mamą do drzwi i wpuszczało przybyłych.
Witało się ich i prowadziło do pokoju. Potem grzecznie odpowiadało się na pytania i dziękowało za komplementy, chociaż najchętniej zwiałoby się do siebie i porobiło coś ciekawszego.
Miało się trochę pecha – było się jedynym dzieckiem w nielicznej rodzinie – oseski się przecież nie liczyły.

Podczas obiadu przysłuchiwało się rozmowom o rzeczach zwykłych, bo wiedziało się, że w tym dniu pewnych tematów się nie porusza. Czuło się dostojeństwo i powagę. Czuło się, że to nie jest zwykłe towarzyskie spotkanie. Nie było śmiechów, nie opowiadano zabawnych anegdot, nie śpiewano. Nie było alkoholu…
Pod wieczór całą grupą szło się na cmentarz.
W drodze często przystawało się i dreptało w miejscu, wyczekując, aż starsi pogadają z napotkanymi znajomymi. Potem maszerowało się dalej.
Gdy dochodziło się do ogrodzenia, nie poznawało się tego miejsca. Wszystko płonęło jasnym światłem, dając nagrobkom inne życie.
Patrzyło się na cienie igrające wśród kamiennych kształtów i miało się wrażenie, że wszyscy tam leżący wylegli na spotkanie żywym.
Przekraczało się rozwartą na oścież bramę i mocniej ściskało rękę Mamy. Czuło się jakąś niesamowitą obecność. W ciszy słyszało się każdy szelest i miało się wrażenie, że wszystko otacza jakaś szepcąca siła…
Przyspieszało się kroku – za nic nie zostałoby się w takiej chwili samej. W towarzystwie rodziny czuło się o wiele pewniej, bo wielka iluminacja sprawiała, że wszystko wokół stawało się nagle nieznajome…
Wreszcie docierało się na miejsce. Stawało się wraz z innymi w półkolu i patrzyło, jak na grafitowej płycie pojawiają się kolejne światełka. Miało się wrażenie, że te fluoryzujące kule za chwilę uniosą się i odlecą w niebo.
Patrzyło się na pochylone w skupieniu twarze krewnych i nie rozpoznawało się ich – z wydłużonymi nosami, niknącymi w mroku brodami, grynszpanowymi policzkami – wyglądali jak widma. Zamykało się oczy, żeby nie widzieć na płaszczach i jesionkach ożywionych nagle deseni, rozchwianych plam szarości…
Najchętniej zasłoniłoby się też uszy, żeby nie słyszeć ich szeptów i mruczenia, ale nigdy, przenigdy nie puściłoby się przecież ciepłej maminej ręki.
Stało się więc i starało nie słuchać. Wstrzymywało się oddech, żeby… nie czuć. Bo wyczulonymi nozdrzami wychwytywało się odrażającą woń – mieszaninę
setek świec i świeżych kwiatów. Próbowało się nie dopuścić tego mdlącego, tchnącego spalenizną podmuchu do płuc…

Wreszcie – gdy już w głowie zaczynało się kręcić – głosy milkły i można było otworzyć oczy. Zza pleców wciąż słyszało się niepokojące dźwięki, ale twarze kuzynów nabierały znajomych cech…
W drodze powrotnej otoczenie zdawało się być bardziej przyjazne. A jednak przyspieszało się kroku i z ulgą docierało do bramy.
Wracało się do domu i jadło kolację. Słuchało się opowieści o przodkach i czuło, że nastrój staje się lżejszy…
Gdy zaczynało się przysypiać z otwartymi oczyma, mówiło się dobranoc i szło do łazienki. Zrzucało się ciemną sukienkę, myło w pośpiechu i biegło do siebie z postanowieniem zrobienia stu tysięcy rzeczy. Niestety – po przyłożeniu głowy do poduszki – zasypiało się natychmiast. Nie słyszało się nawet, że ktoś wchodził do pokoju żeby zgasić światło…

W Zaduszki, koło południa, jeszcze raz szło się na cmentarz. Zapalało się nowe znicze, przysiadało na ławeczce i milczało. Zastanawiało się, czemu wczoraj to miejsce wydawało się takie nieprzyjazne, obce. Nawet podśmiewało się trochę z własnych lęków; trochę, bo jednak w ocienionych zakątkach od czasu do czasu migały jakieś kształty i rozlegały się niepokojące szelesty…
A potem znowu wędrowało się szeroką drogą, patrząc na poszarzałą od mrozu trawę. Od czasu do czasu przystawało się przy którymś z nagrobków i cierpliwie czekało, aż Tata zapali znicz. Wtedy podchodziło się do zapomnianej mogiły i stawiało się go na popękanej płycie…
Po wyjściu z cmentarza przyśpieszało się kroku i ciągnęło Rodziców, bo w domu…

Ale to już zupełnie inna historia…

Wspomnień czar. Smak jesieni.

Kiedyś las szumiał inaczej.

Nadchodzącą jesień zaczynało się czuć już pod koniec lipca.
Patrzyło się na marszczoną szkwałami taflę jeziora i dostrzegało ołowiano-morski kolor fal, czarnozieloną głębię, w której odbijały się coraz ciemniejsze korony brzóz, jesionów i świerków.
Wchodziło się do wody i z niecierpliwością czekało na te przeszywające na wskroś igiełki lodowatego zimna. Brnęło się – trochę na przekór sobie – coraz głębiej i głębiej, aż traciło się grunt pod nogami i zapadało w ciemnooliwkową, pachnącą moczarką kanadyjską kipiel.
Rozgarniało się ramionami wodę i nurkowało głęboko, aż do dna, by poczuć te najzimniejsze, przydenne warstwy i dać się otulić cieplejszym pasmem przy wypływaniu. Przemierzało się przybrzeżną toń w poszukiwaniu tego cieplejszego prądu i – po odnalezieniu – zawisało się w nim, by dać wytchnienie stężałym z zimna mięśniom. Potem wracało się na brzeg, gramoliło na pomost i wystawiało zmarznięte ciało na piękące działanie słońca i przeszywające ziąbem podmuchy północnego wiatru…

Na początku sierpnia przede wszystkim wyglądało się malin. Że dojrzały do zbioru, odgadywało się po zapachu i brzęczeniu jesiennych os. Gdy zbliżało się do malinowej górki, powietrze pachniało winem i żywicą.
Na maliny zawsze wędrowało się po południu, kiedy słońce nie dawało się już tak we znaki. Miało się swoje upatrzone miejsca, odbiegało się więc od rodziców i wdzierało w kolczasty gąszcz z kubeczkiem i małym wiaderkiem. Chwilę podziwiało się obsypane owocem krzewy i zabierało do zrywania. Z niekłamaną przyjemnością dotykało się ciepłych, miękkich owoców. Głaskało się jedwabiste kuleczki i przypatrywało maleńkim wypukłościom. Dostrzegało się każdy włosek, każdą sinawą żyłkę… Niewiele rzeczy smakowało bardziej niż takie wyłuskane, pachnące słońcem i nabrzmiałe słodyczą maliny.
Kochało się maliny, więc bez protestu pomagało się w ich przebieraniu. Zaglądało się w każdy owoc i sprawdzało, czy nie ma w nim lokatora. Nie przepadało się za białymi mieszkańcami, ale przemagało się niechęć, bo za sok z malin dałoby się pokrajać.
Z ciekawością patrzyło się na Tatę ręcznie miażdżącego ocukrzone wcześniej owoce i wyciskającego przez wielkie płachty gazy sok. Nie było niczego bardziej fascynującego niż obserwowanie skapujących gęstych kropel.
Nie było niczego bardziej smakowitego niż picie herbaty osłodzonej takim sokiem albo kosztowanie świeżo usmażonych konfitur.
Nie było niczego bardziej ciekawego niż przypatrywanie się produkcji malinowej nalewki. Towarzyszyło się Tacie w przesypaniu owoców do wielkiego słoja, zalewaniu ich spirytusem i zamykaniu. Przez kolejne dni po obiedzie biegało się do kuchni i patrzyło, jak Tata potrząsa wielką bańką, a owoce ociężale przelewają się ze ścianki na ściankę. Po tygodniu uczestniczyło się w odcedzaniu malin od nalewu i zasypywaniu ich cukrem. Wsadzało się ciekawy nosek do butli z alkoholem i ze zdumieniem stwierdzało, że nie pachnie „wódką” ale – malinami. Po odstawieniu go czekało się jeszcze parę dni na wytrącenie soku i całkowite rozpuszczenie kryształowych drobinek, nie opuszczając oczywiście ani jednego wstrząsania.
Następnie patrzyło się, jak Tata zlewa malinowy sok do butli z nalewem i podziwiało gęste czerwone tasiemki falujące w alkoholu. Gdy ostatnia wstążeczka rozpłynęła się w nalewie, asystowało się jeszcze przy przelewaniu mikstury do mniejszych butelek, korkowaniu i ustawianiu ich w najciemniejszym kącie piwnicy…

Po malinach zaczynał się sezon na rydze. Szukało się ich nad brzegiem jeziora w największej trawie, albo na okolicznych łąkach. Uwielbiało się to buszowanie wśród wysokich piołunów i arcydzięgli. Czasami zamiast szukać rydzów zagapiło się na jakiegoś dukacika, adonisa czy cytrynka, które z wielką gracją pląsały nad szmaragdowym oceanem. Zawsze jednak udawało się w końcu znaleźć parę pomarańczowych lejków. Potem patrzyło się, jak zielenieją od spodu i myślało sobie, że taka niebieskawa zieleń ładnie wygląda z pomarańczem…
Oprócz marynowania, smażenia i pieczenia na blasze, wielką atrakcją było solenie rydzów. Dopingowało się Tatę, gdy targał wielki kamienny gar – brązowy, błyszczący i bardzo ciężki i długo nie mogło się skojarzyć tego ciężaru z nazwą… Przyglądało się, jak Mama wrzuca do niego sosnowe igły i zalewa je wrzątkiem.
Na dno wyparzonego gara sypało się sól i czekało, aż Mama dość ściśle ułoży pierwszą warstwę grzybów, którą znowu przesypywało się solą. Przeważnie było się „solinką” i miało się wiele radochy z posypywania kolejnych warstw. Po wszystkim znowu kibicowało się Tacie targającemu gar do piwnicy…

Po malinach i rydzach wypatrywało się jeżyn i opieniek.
Najsłodsze jeżyny zbierało się w nadbrzeżnym gąszczu. Tym, co niezmiennie zachwycało, były dziwaczne zwyczaje tego krzewu – dojrzałe, niemal spadające owoce mieszały się bowiem z zielonkawymi pączkami i bladoróżowym kwieciem. Było to niesamowite i tak piękne, że nie zwracało się nawet uwagi na wiecznie pokłute palce. Sok i konfiturę z jeżyn robiło się podobnie jak te z malin i poziomek…

Gdy rok był urodzajny, na opieńki wyruszało się zawsze w większym gronie – na dwa, trzy samochody. Wchodziło się w las i rozglądało uważnie. Zazwyczaj na towarzysza wybierało się Brata i z nim pokonywało leśne wykroty. Jako osoba dość nikczemnego jeszcze wtedy wzrostu koncentrowało się uwagę na obrośniętych karczach i dolnych partiach pni. Dotykało się kosmatych kapeluszy i jednym ruchem noża ścinało całe kolonie. Słuchało się opowieści Brata i śmiało do rozpuku z jego przygód. Wynajdowało się dziwne krzewinki i owady i wypytywało o nazwy, którymi Brat sypał jak z rękawa. Po powrocie do domu, już w łóżku, przepowiadało się sobie historyjki o zwyczajach wojsiłek, złotooków, podłatczynów… Wspominało barwinki, kolczurki, pięciorniki…
Z wielką ochotą uczestniczyło się w rodzinnym przebieraniu, myciu i segregowaniu grzybów; z jeszcze większą – w późniejszej kolacji. Wcinało się smażone opieńki i przypatrywało rozbawionym dorosłym. Następnego dnia uczestniczyło się też oczywiście w zbiorowym soleniu i marynowaniu. Nawet żałowało się, gdy dzień dobiegał końca i wokół robiło się cicho i pusto…

Potem wojowało się z zielonkami i podzielonkami, kurkami, gruzdami i kołpakami.
Na podzielonki patrzyło się podejrzliwie – ich fioletowawy odcień nie wzbudzał zaufania. Do zielonek nie miało się większej awersji. Uważało się je za ładne grzyby. Oczywiście nie tak ładne jak kurki z ich ciemnożółtymi rynienkowatymi główkami, które niezmiennie przywodziły na myśl brodatych starców.
Podobnie rzecz miała się z kołpakami – najbardziej lubiło się patrzeć na te obgotowane, kiedy nabierały perłowo-liliowego połysku, a ich brzegi zaczynały przypominać koronkowy obrąbek…
Gruzdy wyłuskiwało się z leśnego poszycia i zawsze czuło się dreszczyk emocji, gdy widziało się nienaturalnie wybrzuszony mały kurhanik; rozgrzebywało się go i średnio co trzeci okazywał się być kryjówką kruchego, białego grzyba.

Obleczone ciemnobrązową skórką podgrzybki porównywało się w myślach do obitych skórą zydli, koźlarze lubiło się za ich kosmate nóżki; najchętniej dotykało się pluszowych zajączków, które kolorem i fakturą kojarzyły się z obiciem starego, tkwiącego wciąż na strychu tapczana…

Po jesienne prawdziwki chodziło się nad sucharek, a właściwie – nad trzy.
Do jeziorek schodziło się bardzo stromą, prawie pionową ścieżką. Już na górze czuło się nieco mdlący zapach tataraku, widłaku i bagna. Po zejściu skręcało się w prawo i wędrowało pełną wykrotów i bobrzych żeremi ścieżynką, bystro wypatrując lubiatek, po które należało wspiąć się po omszałym zboczu.
W połowie grzybobrania przysiadało się w brzezinowej przecince i patrzyło na czarną taflę sucharka. Głaskało się ciepły aksamitny mech i wspominało Dziadka, który na prawdziwki zawsze mówił „grzyby”. Zjadało się kanapki i ruszało dalej…
W pewnym momencie wyprzedało się wszystkich i gnało do zwalonego świerku, bo tam zawsze rosły najpiękniejsze na świecie czerwonogłówce…
Nie miało się do nich szczęścia, oj nie miało; jakby specjalnie chowały się przed uważnym spojrzeniem – znajdowało się parę sztuk i ze smutkiem patrzyło, gdy inni wyłuskiwali z poszycia dziesiątki okazów. Było się jednak honorową i nie chciało zbierać tego, co wypatrzyły oczy Mamy albo Taty… Więc tylko głaskało się zamszowo-rude główki i kosmato-czarne nóżki i obiecywało sobie, że w następnym roku na pewno będzie się bardziej uważną…
Wracało się z pełnymi koszami i odpoczywało po męczącej eskapadzie na tarasie… Piło się herbatę i jadło podwieczorek złożony ze słodkich bułeczek, białego sera i wiśniowych konfitur…

Kiedy patrzyło się na pachnące pieprzem kwiaty dzikiej róży, czuło się nadchodzącą jesień… A kiedy widziało się Mamę zrywającą te kwiaty, wiedziało się, że przyszła pora na konfiturę z płatków…
Tego nie można było przegapić. Asystowało się przy obrywaniu, oczyszczaniu i dzieleniu płatków na dwie części. Z jednej dodatkowo usuwało się białawą podstawę, żeby pozbyć się charakterystycznej goryczki. Dostawało się wałek i wielką michę; wkładało się ją między kolana i ucierało płatki z cukrem, aż puściły sok. Dodawało się parę kropel cytryny i ucierało dalej, dopóki masa w makutrze nie stała się gładka i aksamitna. Wtedy przekładało się ją do maleńkich słoiczków i wkładało do lodówki…
Potem płatki opadały i pomagało się zbierać cynobrowe owoce. Odkrawało się końcówki i po przekrojeniu na pół wybierało z nich biały waciany miąższ i pestki. Nie znosiło się tej pracy. Zawsze miało się skłute opuszki, z których mozolnie wydłubywało się wbite podczas wyskrobywania igiełki. Za to uwielbiało się słodko-cierpki smak owoców. Opłukiwało się je i po odsączeniu – zalewało zimną wodą, by poleżały sobie w tej kąpieli do następnego dnia. Po odsączeniu wrzucało się je do cukrowego, gęstego syropu i przyglądało, jak Mama stawia je na małym ogniu, a gdy zaczynają szumieć – unosi rondel i mocno nim potrząsa; wszystko trwało około kwadransa. Po trzech dniach przedłużanego o kilka minut smażenia uczestniczyło się jeszcze w przelewaniu zeszklonej konfitury do słoiczków i pasteryzowaniu w przeznaczonym do tego kotle…
Gdy owoców było dużo asystowało się też podczas robienia nalewki…

Pojawienia kań wyczekiwało się w bardzo nerwowej atmosferze, bo nic nie mogło równać się z chrupiącymi, wielkimi na całą patelnię, obtoczonymi w bułce i jajku krążkami. Dosłownie pochłaniało się ten, szczypiący białym pieprzem w język, sezonowy przysmak. Mniejsze kanie rozkładało się na blasze i suszyło na wiór. Potem ucierało się je na proszek i umieszczało w szczelnie zamkniętym szklanym pojemniku. Kaniowego proszku dodawało się zimą do sosów, nacierało się nim mięso, i sypało do bożonarodzeniowego bigosu…

Po suszeniu kań myślało się już tylko o żurawinach. Jako najlżejsza osoba w rodzinie było się na uprzywilejowanej pozycji, choć rodzice długo wzbraniali się przed wspólnymi wyprawami. A przecież niebezpieczeństwo podsycało dziecięcą wyobraźnię. Żurawiny zbierało się na trzęsawiskach. Pierwszą przeszkodę, w postaci około metrowej szerokości strużki, pokonywało się z brawurą i brakiem odpowiedzialności, kompletnie nie zdając sobie sprawy, że przy odrobinie większej masie mogło się zapaść w złudnie stabilny kobierzec. Dostawało się więc solidną reprymendę i, pod groźbą powrotu w te pędy do domu, przestawało się chojrakować. Szczerze mówiąc – nie tylko dlatego. Po prostu – naprawdę czuło się respekt przed uginającą się, bulgocącą i mlaskającą powierzchnią. A nawet – miało się stracha.
Początkowo szło się po śladach rodziców, wybierając kępki żabieńca i turzycy, przytrzymując się anemicznych sosenek i brzózek. Po jakimś czasie zauważało się, że łączenie i czermienie z wolna ustępują miejsca rzęśli i babce. Pochylało się więc i wzmagało czujność. Od odurzającego zapachu nagrzanego słońcem grzęzawiska kręciło się w głowie. Ciężki aromat sprawiał, że oddychało się szybciej i bardziej płytko…
Do żurawisk dochodziło się bardzo ostrożnie i w pozycji mało dogodnej – na kolanach. Wiedziało się, że stanie w jednym miejscu jest niebezpieczne, więc układało się równolegle dwie przyniesione ze sobą żerdki, zakrywało się je grubą folią i – leżąc na brzuchu – zbierało wplątane w mokrą zieleń korale. Rozglądało się wokół i myślało sobie, że widok przetykanych owocami kobierców wynagradza wszelkie niedogodności…
Żurawiny zbierało się, okręcając się wokół własnej osi, a gdy oczyściło się miejsce, bardzo powoli przesuwało się całą konstrukcję dalej… Wymagało to skupienia i samozaparcia. A także dużej sprawności fizycznej…
Nigdy nie wracało się po własnych śladach, wybierało się niezdeptane połacie oparzelisk, ściskając w jednej ręce sznurek, na końcu którego zaczepiona była płaska micha wypełniona owocami, a w drugiej – kij niezbędny do obadania drogi…
Na żurawiny wyprawiało się tylko raz w roku i – bez względu na ilość zebranych owoców – nie powtarzało się tej eskapady…
Po wyjściu z moczarów zawsze miało się ból głowy i kłopoty z oddychaniem. Nigdy nie przyznawało się oczywiście rodzicom do tych dolegliwości, mając świadomość, że zakończyłoby się to całkowitym zakazem chodzenia na bagna…
Przez następny tydzień biegało się na strych i wpatrywało w dojrzewające kule…
Gdy żurawiny robiły się miękkie i amarantowe – część ucierało się z cukrem i przełożoną do maleńkich torebek surowiznę – zamrażało.
Resztę pomagało się przesypać do gara i sowicie cukrzyło. Gdy puściły sok, doprawiało się je do smaku utartym jabłkiem, cytrynową skórką i cynamonem i stawiało na ogień. Patrzyło się, jak Mama miesza je delikatnie, a gdy cukier się rozpuści, przekłada małymi porcjami do ceramicznego garnka i smaży. Po talerzykowym teście wkładało się ją do rozgrzanych w piekarniku słoików, przykrywało pergaminowymi kółkami nasączonymi spirytusem i zakręcało, ustawiając na szafkowym blacie do góry dnem…

Owoce głogu zbierało się, gdy były jeszcze twarde. Część przeznaczało się do suszenia, z reszty – wydrążało pestki i przygotowywało konfiturę podobnie jak tę z dzikiej róży.
Tym, co wzbudzało zainteresowanie była nalewka. Patrzyło się, jak Tata zalewa susz spirytusem i wodą i szczelnie zamknięty słój odstawia w ciemne miejsce, by po dwóch tygodniach zlać nalew; jak obgotowuje odcedzony susz z cynamonem, goździkami, cukrem, skórką cytryny i wanilią, a po zagotowaniu i zebraniu szumu sok łączy z nalewem i po paru dniach przelewa do szczelnie zamykanej flaszy…

Po pierwszych przymrozkach zbierało się jarzębinę. Po umyciu zanurzało się ją we wrzątku i obgotowywało. Potem przypatrywało się, jak Mama do stawianego na małym ogniu rondla z wrzącym ulepkiem wrzuca porcjami owoce i pilnuje, by wywar nie zawrzał, potrząsając od czasu do czasu naczyniem. Czekało się, aż konfitura przestawała się pienić, a owoce robiły się lekko szkliste i pomagało się umieszczać je w pękatych słojach.
Na jarzębinową konfiturę przyjemniej się patrzyło niż kosztowało – wydawała się zbyt cierpka i smakowała metalem… Rzecz jasna było to subiektywne wrażenie i nie mówiło się o tym głośno, by nie popsuć apetytu amatorom tego specjału…

Sezon zamykało się wyprawą na aksamitki. Nie zbierało się ich. Po prostu wędrowało się po popielatoszarym lesie i wypatrywało purpurowych i złotobrązowych grzybków na pniach. Podchodziło się i głaskało śmiesznie zjeżony kożuszek, przeczuwając, że kończy się kolejny pobyt w ukochanym letnim domu…
Istotnie – parę dni później wracało się do miasta…

Wspomnień czar. Zapach lata.

Kiedyś las szumiał inaczej.

Do letniego domu zjeżdżało się zazwyczaj pod koniec marca, gdy śnieg już stopniał, a jezioro zaczynało chodzić…
Patrzyło się na szarobrązowy świat, pokryte jeszcze spękaną warstewką lodu jezioro i połyskujące bielą niestopionego śniegu dróżki…
Każdego dnia obserwowało się nadchodzące zmiany. Dotykało się żółto-zielonych leszczynowych kwiatów, lepko-różowych zawiązek lip, grafitowo-czarnych jesionowych gruzełków… Zanurzało się twarz w różowym kwieciu wilczego łyka, patrzyło na magentowe płatki przylaszczek i czerwono pożyłkowaną biel zawilców…

W połowie kwietnia z niecierpliwością ganiało się do piaskowego wąwozu – to w nim pod jesionami pojawiały się pierwsze grzyby – smardze.
Gdy wypatrzyło się błyszczący kropelkami, ochrowy, zabawnie powykręcany kapelusz – biegło się do Mamy. Potem bardzo ostrożnie wspinało się po piaszczystej pochyłości i patrzyło, jak Mama sprawnym ruchem wykręca trzony i wkłada do koszyka ostukane z piasku okazy.
Po powrocie do domu dotykało się delikatnych ażurowych brzegów, pędzelkiem usuwało resztki piasku i układało na tacy: od jasnożółtych, poprzez beżowe, aż do tych ciemnobrązowych i prawie czarnych. Podziwiało się nieregularne alweole i wyobrażało sobie, że mieszkają tam jakieś baśniowe stworki…
Wdychało się ziemisto-mięsny aromat i czekało, aż woda w garnku zawrze, a grzyby zostaną sparzone i rzucone na patelnię…

Pod koniec maja coraz częściej zaglądało się do sosnowego zagajnika. Wśród kęp kostrzewy i wiechliny wypatrywało się rdzawo-brązowych borowików. Rozgarniało się ostrożnie lancetowate liście konwalii i natykało na całe rodzinki mniejszych i większych sztuk; przysadzistych, białonogich, o szerokich, mięsistych kapeluszach…

Parę dni później wędrowało się głębiej w las i w starej dąbrowie odnajdowało kolejny borowikowy wysyp – te były ciemniejsze, karminowe, o jeszcze bielszych i jędrniejszych trzonach. Podziwiało się tę szlachetną tężyznę i gdy tak wyrastały w szyku, jeden obok drugiego wśród konietlic i kupkówek, porównywało się je do szwadronów wojska…
Po powrocie rozkładało się je na kuchennym stole i liczyło majowy zbiór…
Siadało się z małym nożykiem obok Mamy i oskrobywało pękate nóżki, ostukiwało kapelusze i przecierało je flanelową ściereczką, bo sekret ich najpiękniejszego aromatu, gdy zostały już ususzone, krył się ponoć w tym, że borowiki nie były myte. Potem odkrawało się trzony, układało całe kapelusze na wyłożonej brązowym pergaminem blasze i wsuwało do duchówki. Wszędzie czuło się zapach suszeniny. Zerkało się na wielki zegar i po godzinie wołało Mamę, która wyciągała blachę, przewracała przywiędłe grzyby i odstawiała je na „do jutra”.
Bez znużenia uczestniczyło się w całym tym około tygodniowym misterium. Na koniec dostawało się grubą igłę z białą bawełnianą nicią i nawlekało ususzone smakowitości na przemian z dębowymi liśćmi, bardzo uważając, by zachować między nimi odpowiedni odstęp. A potem wspinało się z Tatą na strych i z uwagą przytrzymywało ogromną drabinę, by Tata mógł zawiesić grzybowe wieńce na belce tuż pod powałą – miejscu najbardziej suchym i przewiewnym na całym strychu.
Mniejsze okazy – pomagało się myć i marynować.
Zasiadało się przy stole i patrzyło, jak Mama otwiera kolejne flakoniki i wsypuje do słoików brunatne ziarna kozioroźnika, złotawej gorczycy, czarnego pieprzu i ziela angielskiego, a na dnie układa skrawek laurowego listka i goździk; jak do gara wlewa w odpowiednich proporcjach ocet i wodę, dosypuje roztarte w moździerzu przyprawy i doprawia wszystko solą i lipowym miodem. Czekało się, aż wywar zacznie bulgotać i wrzucało się doń prawdziwki – pojedynczo, by marynata ani na chwilę nie przestała się gotować. Mieszało się wszystko wielką chochlą, a gdy grzyby lekko napuchły, odcedzało się je i wkładało do wyparzonych słoików. Na koniec pilnowało się momentu, aż Mama zaleje wszystko wrzącą zaprawą i zamknie słoiki, na które już czekał wielki, wyściełany lnianymi szmatkami kocioł z wrzątkiem. Po włożeniu czekało się, aż zawartość zawrze i pokrywki wybrzuszą się z lekkim kliknięciem. Dopiero wtedy wyjmowało się je i pomagało ustawiać dnem do góry na równej, wyłożonej bawełnianymi ściereczkami powierzchni. Kilka kolejnych dni w całym domu pachniało kolendrą, lubczykiem i kozieradką…
Patrzyło się później na jednakowej wielkości słoiczki i miało wielką satysfakcję, że również brało się udział w ich przygotowaniu. Najprzyjemniejszą rzeczą było jednak przyklejanie wypisanych przez Mamę etykietek i towarzyszenie Tacie do piwnicy. Tam pomagało się ustawiać wszystko w równych rządkach na szerokich półkach i nakrywać woskowanym papierem…

Na czerwiec wyczekiwało się niecierpliwie i wyglądało słońca, od jego intensywności bowiem zależał smak i zapach poziomek.
Po najlepsze pływało się na drugą stronę jeziora i buszowało w przecinkach, nad którymi brzęczały beczkowate trzmiele i niby-osy. Dostawało się maleńki biały kubeczek z czerwonym serduszkiem, przyklękało i zrywało słodkie drobinki. Opracowało się swoją własną metodę – garstkę zawsze wsypywało się do kubeczka, a dwie, trzy… do buzi. Gdy miało się dosyć ciężkiej pracy – rozkładało się w cieniu brzózki albo kruszyny koc, kładło się na wznak i majtając nogą – patrzyło w niebo i układało dziwne historie o przepływających obłokach. Zazwyczaj też zjadało się uzbierane wcześniej kubeczkowe owoce… Gdy się odpoczęło, wracało się na polankę i nizało na łodyżkę tymotki pachnące korale, by później obdarować nimi roześmianą Mamę…
Tuż przed odejściem robiło się jeszcze kilka poziomkowych bukietów, które po ususzeniu na słońcu wkładało się do wielkiego szklanego słoja…
Wracało się do łódki i podziwiało ryby, które przez ten czas złowił Tata. Jego również obdarowywało się smakowitą słomką…
Siadało się na wyłożonym kocami dziobie i dopiero wtedy odczuwało się zmęczenie. A także ukąszenia komarów i myg, za drapanie których Mama bardzo się gniewała.
W domu rozsypywało się zebrane owoce na białej serwecie i usuwało drobne listki, nasiona traw, płatki kwiatów…
Potem patrzyło się, jak Mama przekłada je do specjalnego garnka i zasypuje cukrem i wiedziało się, że następnego dnia będzie smażenie konfitur…
Poziomki uwielbiało się w każdej postaci – takie z krzaczka – wielkie i prawie czarne, wyłuskane spośród konietlic i owsic, i takie z talerzyka – posypane cukrem i polane śmietaną…
Ale najbardziej lubiło się smak i zapach poziomkowych konfitur; ich lekką goryczkę i lśniącą, strzelającą pestkami konsystencję.
Nazajutrz nie odstępowało się Mamy na krok, czyhając na pierwsze szumowanie. Wtedy biegło się z kromką świeżego chleba, by skosztować tegorocznego wyrobu. Potem siedziało się cichutko i patrzyło, jak Mama miesza bulgocącą masę i co jakiś czas upuszcza kroplę na talerzyk, sprawdzając jej gęstość. Gdy konfitura zaczynała się zsiadać niemal natychmiast po zetknięciu z zimną powierzchnią – wiedziało się, że Tata zaraz zestawi gar z ognia, a cały proces smażenia kontynuowany będzie dopiero jutro.
Po trzech, czterech dniach wszystko było rozlewane do słoików i można było wreszcie przyklejać kolejne etykiety i wynosić przetwory do piwnicy…

W zrywaniu lipowego kwiatu nie uczestniczyło się z powodu wrednych, wszechobecnych, agresywnie brzęczących szerszeni. Unikało się ich instynktownie, bo nie miało się jeszcze wtedy pojęcia o alergii na te owady…
Za to chętnie chodziło się na strych i delikatnie przewracało lipowy susz, by później przesypać go do wielkiego szklanego pojemnika…
Bez najmniejszych oporów szło się także na pobliską łąkę i rwało koszyczki rumianku. Przyglądało się czerwono-granatowym kraśnikom, pasiastym gniłunom, seledynowym tarczykom. Ganiało się za powszelatkami, warcabnikami i ogończykami. Potem patrzyło się na biało-oranżową zawartość słoja i wspominało letnie harce…

Lipiec kojarzyło się nie tylko z wakacjami, ale także z borówkami, maślakami i surojadkami.
Brusznic szukało się w zacienionej i lekko podmokłej wierzbowej zatoczce. Wyłuskiwało się twarde, dopiero czerwieniejące paciorki, które dojrzewały później w słońcu na tarasie. Po umyciu i osuszeniu wkładało się je warstwami do maleńkich słoików, przesypywało cukrem i zwilżało łyżką młodego, czerwonego wina; następnie asystowało się przy wstawianiu ich do gara z wrzątkiem. Pilnowało się, aż cukier się rozpuści i wołało Mamę, bo cała sztuka polegała na tym, by owoce się na zagotowały…
Za wielką atrakcję uważało się kaczkę z borówkami, choć nie gardziło się też pieczonym schabem czy karkówką…

Zbieranie maślaków pod wielkimi świerkami nie wzbudzało entuzjazmu, mniej nawet ze względu na lepki śluz, bardziej – na wydzielaną przez skórkę woń… nieświeżego mięsa. A nie jadało się ich z powodu konsystencji – maślaki, obok rambutanów, uważało się za najbardziej niefajną potrawę…

Na jagody jeździło się w „swoje miejsca”. Wędrowało się żółtą, żwirową drogą, aż docierało się do znanej polany. Rozglądało się dookoła i… nie widziało kompletnie nic. Tylko drobniutkie, ciemnozielone albo czerwonawe listeczki. Dopiero po przykucnięciu i wpatrzeniu się w runo dostrzegało się setki matowo-granatowych kuleczek. Wtedy też wyczuwało się ten charakterystyczny, lekko cierpki, przywodzący na myśl aptekę zapach. Znowu wyciągało się swój kubeczek i napełniało go sprawdzoną metodą… Za zbieraniem jagód się nie przepadało…
Wolało gapić się z lekką odrazą na ogromnego, granatowego leśnego żuka; stawiać mu przeszkody z patyków i zrywać się z wrzaskiem, gdy zachęcony nie wiadomo czym, robił się zbyt towarzyski.
Podziwiało się jelonka rogacza biegającego wokół potężnego dębu; rzecz jasna – z daleka, bo a nuż – choć podobno roślinożerny – zechciałby chapnąć potężnymi żuwaczkami, gdyby coś mu się nagle nie spodobało…
Obserwowało się okazałe mrowisko – z niezbyt bliskiej odległości, bo niby nie bało się czarnych mrówek ale… ze względu na ilość miało się do nich ograniczone zaufanie…
Właściwie – robiło się wszystko, byle wymigać się od zbierania… Nie przepadało się ani za szelestem sztywnych, jakby lakierowanych jagodowych listków, ani za drobnymi muszkami wiecznie tańczącymi tuż przy twarzy, ani za zimnym dotykiem sprawiających wrażenie wiecznie wilgotnych owoców…
Po powrocie do domu bez euforii towarzyszyło się w przebieraniu, opłukiwaniu i zasypywaniu cukrem. Jedynym, co fascynowało, było nasączanie się małych kryształków jagodowym sokiem, które stawały się ciemnoczerwone i wydzielały chitynową woń.
Następnego dnia pomagało się w przesypywaniu owoców do pękatych słoików. Robiło się to bardzo ostrożnie, żeby nie podusić jagód. Potem obserwowało się, jak Mama zalewa je ciemnoczerwonym syropem i dopełnia ulepkiem. Wstawiało się zamknięte słoiki do kotła i wyczekiwało, aż syrop zacznie bulgotać. Wtedy własnoręcznie gasiło się ogień i zostawiało na noc do ostygnięcia, po czym umieszczało je w piwnicy.
Nic ciekawego nie widziało się też w robieniu jagodowego soku. Uciekało się od ryku sokownika i przychodziło dopiero na przelewanie gęstego płynu do butelek. Zawsze z jednakowym zaciekawieniem patrzyło się na wąskie u dołu i pękate u góry butelki z porcelanowymi korkami na sprężynce i na sprawne palce Taty zamykające oporny mechanizm w kilka sekund. Miało się całkowity zakaz dotykania napełnionych gorącym sokiem butelek. Biegło się więc na dół i z daleka obserwowało cały ceremoniał przenoszenia ich w pozycji pionowej i ostrożnego ustawiania w specjalnie do tego celu wyciętych w półce krążkach…

Surojadki uważało się za jedne z ładniejszych grzybów. W myślach przyrównywało się je do ołówkowych kredek, nie bardzo nawet rozumiejąc – czemu. Może trochę ze względu na ich kolorystyczną rozmaitość, a trochę… z powodu ich twardości.
Szło się do lasu z koszykiem i wypatrywało tych jasnoczerwonych, żółtych, pomarańczowych i bordowych. Zbierało się tylko młode, o średnicy kapelusza nie większej niż trzy centymetry.
W domu pomagało się Mamie ściągać z nich kolorowy, cieniutki pergamin, żeby nie były gorzkie. Zerkało się, jak Mama odcina korzonki, układa posolone kapelusze na natłuszczonej blasze i wsuwa ją do piekarnika. Czekało się na ten przysmak z niecierpliwością; także dlatego, że kojarzył się z przyjazdem Brata, za którym bardzo się już tęskniło. Gotowość surojadek poznawało się po zapachu – zwabiał on do kuchni wszystkich. Przy stole wciskało się zazwyczaj między Mamę a Brata…
Mało co miało taki urok, jak sięganie po cieniutkie, zbrązowiałe płatki wprost z blachy i wspólne chrupanie grzybowych chipsów…

Półmetek wakacji jakoś się przegapiało… Skupiało się na spacerach po obrzeżach nasłonecznionego lasu i wdychało woń sosen i świerków…
Często przysiadało się na rozgrzanym piasku i przyglądało igrającym zieleńczykom i wrzeciążkom. Lubiło się też zanurzać palce w kępkach macierzanki, która rozsiewała wokół korzenny aromat. Ścinało się kwitnące pędy, zanosiło na strych, a po wysuszeniu przekładało do szczelnie zamykanego pojemnika. Dopiero w zimowe wieczory piło się napar i wzdychało za latem…