listopad

pagórek majaczy na horyzoncie
kłoni się brzozom topól szpaler
pasmami oranżu sen klonom plącze
preludium płynie w dal ospale

spadają żołędzie w traw przytulisko
skrapla się poszum skrzydeł ptasich
deszczowa suita gra miedzią liściom
roziskrza kropel smak i gasi

dorzecze migoce fal półszeptami
stroją się brzegi w rogóż szmaragd
wietrzysko wtulone w mgły chłodem mami
srebrzyste scherzo drga w konarach

tryb niemożliwy

namaluj to powiedziałabym

jesz
bułkę z twarożkiem bo
lubisz lubiłeś na flakon
w oknie zerkniesz i wstaniesz
pyłek kurkumy szepnie
skroni za chwilę
przesuniesz świat i przykucniesz
opowiedz poprosisz

opowiem
pośród tasiemek malachitu
jadeitowa serpentyna
otworkiem milimetrowym
może umyka nagle rozparska
seledynem wokół
howlitowo cierpki berberys

żartowałeś
kiedy będziemy starzy
sprzedam zapaćkane
dżinsy największe dzieło
i popłyniemy na tajmyr
tam nas jeszcze diabli
wtrącałam czekałam

miesisz
barwy bezwstydnie pieścisz
filbert drżący pod lawiną
plam w nocy czuwasz aż
w mój sen wkradnie się
zapach płóciennej tunbergi

i świat wróciłby na swoje miejsce

ze zwykłych rzeczy

płot
co przycupnął przy drodze
szaroszary zwyczajnie a
sztachety
ta choćby nos ma tęgi
perkaty i policzek
i oko inna znów przypomina
cietrzewia co z godnością
tokuje dalej trzecia
kosmata jakby książki
połowa grzbietem całkiem
w nią wrosła i te tu
smukłe proste tamte dwie
zwichrowane
oto płot a nad płotem
wiśnie czarne i słodkie
się kroplą