Obrazki. Sabina.

W szelest ciepłego piasku wdziera się ryk.
Jeszcze broni się przed wpuszczeniem w sen odgłosów realnego świata. Jeszcze uśmiecha się do drobnych fal, na których kołysze się nielotna mewa. Jeszcze próbuje pochwycić promień zachodzącego słońca.
A jednak wyćwiczony mózg brutalnie przerywa tę sielankę. Nakazuje usłyszeć.
Słucha więc i powoli wraca do rzeczywistości.
Otwiera oczy. Kładzie dłoń na przycisku lampki. Herbaciane światło zalewa pokój.
Z dołu wciąż dochodzą krzyki, podnosi się więc i sięga po szlafrok. Nasuwa na bose stopy papucie i niemrawo podchodzi do drzwi.
Otwiera je i uderza w nią zwielokrotnione wołanie. Wzdycha i wychodzi na korytarz. Kieruje się ku schodom. Wmontowane przy podłodze diody dzięki czujnikowi ruchu zapalają się kolejno.
Parter wita ją następną falą krzyku. Dociera do przeszklonych drzwi i sięga do klamki…

Znowu. Znowu drze tą swoją mordę. Pieprzona starucha! Czy ona naprawdę nie może dać mi ani chwili wytchnienia? Jakby miała zegarek w tym tłustym, nalanym dupsku… Idę już, idę! Nie musisz rozpuszczać tak tego pyska… No, co tam znowu? Ach! No tak! Cała piżama mokra. I prześcieradło. A pampers – jak zwykle – suchy. Co za złośliwa baba! Który to już raz dzisiaj? Czwarty. A jest dopiero pierwsza w nocy… Czwarty raz zerwała pieluchę i posikała się od kolan po pachy. To trzeba umieć!
Dobrze chociaż, że nie dała rady zedrzeć foliowego prześcieradła. Musiałabym tachać drugi materac…

- Dobranoc – mówi i kładzie na chłodnym czole rękę. Głaska mizerne, siwe włoski i uśmiecha się oczyma. Potem dotyka drobnej, pomarszczonej ręki i czuje uścisk mocnych, żylastych palców. Obniża łóżko i wygładza kołdrę. Taksującym spojrzeniem omiata pokój. Stwierdziwszy, że wszystko jest w porządku, pochyla się, zabiera mokrą piżamę i wychodzi. Chwilę nasłuchuje pod uchylonymi drzwiami. Równy oddech uspokaja ją. W drodze na piętro wchodzi do łazienki i wrzuca rzeczy do kosza na brudną bieliznę.
Pokonuje tę samą drogę w odwrotnym kierunku, odliczając zapalające się przypodłogowe lampki. Dociera do swojego pokoju.
Nie kładzie się jeszcze. Otwiera szeroko okno, wychyla się i nabiera w płuca zimnego powietrza. Potem sięga po papierosa. Pierwsza zapałka nie chce się zapalić. Druga – łamie się, a trzecia pryska siarką i boleśnie parzy ją w szyję. Krzywi się z bólu, ślini czerwonawy pęcherzyk i próbuje jeszcze raz. Udaje się. Stoi w oknie i zaciąga się dymem. W dali pulsuje miasto. Tętni i oddycha.
Wsłuchuje się w niedające się zidentyfikować dźwięki i przenosi wzrok na żarzący się koniuszek papierosa. Wokół niego wiją się sinawe wstążeczki dymu.
Dusi niedopałek i przymyka okno. Zdejmuje szlafrok i wiesza go na poręczy fotela. Zsuwa kapcie i stawia je obok łóżka. Potem kładzie się i gasi lampkę.
Zamyka oczy. Powoli pod powieki wkrada się znajomy, dziecięcy śmiech. Rozgląda się i widzi drobną dziewczynkę w błękitnej sukience. Ze zdumieniem rozpoznaje w dziecku siebie.
Koncentruje wzrok na małej rączce splecionej z większą. Ta większa ma piękne, pomalowane na rubinowo paznokcie. Na jej przegubie migoce delikatna srebrna bransoletka…
Kolejna porcja jazgotu sprawia, że podrywa się gwałtownie.
Znowu zapala lampkę, ubiera się i schodzi na dół…

A żebyś zdechła, ty stara wredna jędzo! Ile jeszcze razy każesz mi do siebie złazić? Żebyś wiedziała, jak bardzo mam cię dość! Co tam mamroczesz? Zresztą – żadna różnica. Gówno obchodzą mnie twoje wydumane strachy… Co za podłota! Nie dość, że znowu jest cała mokra, to jeszcze próbuje się szarpać! Znam te twoje sztuczki! Albo leżysz jak kłoda i muszę cię dźwigać, albo szarpiesz się i wierzgasz… Gdzie ta cholerna pielucha? Pod łóżkiem. No – jakżeby – sucha! Co znowu? No tak. Powyrywała rzepy. Na to miała siłę… Oż ty! Podnoś ten tyłek. Stój spokojnie! Nie – poważnie? Teraz będziesz się ze mną wykłócać? Jeszcze słowo, a zostawię cię z gołą dupą i sobie pójdę. Spróbuj mnie jeszcze raz uderzyć, a – przysięgam, że pożałujesz… Kładź się wreszcie… Poduszka? Co znowu nie tak z poduszką? Ach – za zimna… Kołdra drapie… Złe skarpetki… Popić… Dobrze…
Nie. Wiedziałam, że mi nie daruje… Zawsze to robi. A ja – jak głupia – cofam się spod tych drzwi i biegnę. A gdybym tak raz nie wróciła…
Dobrej nocy! Zapomniała mi życzyć dobrej nocy! Czy ona kpi sobie ze mnie?

Pochyla się i przytrzymuje kubek. Wsłuchuje się w łapczywe przełykanie. Czeka.
Odstawia kubek i osusza delikatnie wiotkie usta. Przygląda się pomarszczonym powiekom, które nabierają w sztucznym świetle fioletowawej barwy. Są prawie bezrzęsne i śmiesznie pergaminowe. Patrzy na pokryte siwym meszkiem policzki i podziurkowany podbródek.
Jasnoniebieskie oczy otwierają się i patrzą na nią w milczeniu. Nie potrafi niczego z nich wyczytać. Są zupełnie pozbawione wyrazu. Nie zraża jej to. Kolejny raz poprawia pościel, wygładza zmarszczkę na prześcieradle. Klepie pożyłkowaną rękę.
- Śpij dobrze – mówi i wychodzi.
Po powrocie rozbiera się i kładzie do łóżka. Ledwo zamyka oczy – przychodzi sen. Znowu widzi błękitną sukienkę i rękę ze srebrną bransoletką. Rzadko się zdarza, by po ponownym zaśnięciu powróciła przerwana wizja, więc jakąś cząstką świadomości cieszy się, że się udało.
Wędruje ryneczkiem i czuje rozpierającą ją radość. Szczęście przelewa się w niej, więc nie może się opanować i podskakuje co chwila. Wszystko, wszystko wokół jest takie piękne! I maleńki placyk, na środku którego wystawiono okrągłe klomby z drobnymi różyczkami. I niewysokie kamieniczki w bajkowych kolorach, bardziej przypominające piernikowe chatki niż prawdziwe domy. I turkocący wózek lodziarza, za którym biegną z krzykiem dzieciaki. I nawet gruba pani w otwartym oknie, oparta serdelkowatymi łokciami na stercie poduszek.
Ale najpiękniejsze jest chyba to dzwonienie srebrnej bransoletki.
I daleki gwizd pociągu.
Gwizd pociągu…
Gwizd…
Podnosi się na łokciu i nasłuchuje. Tak. Nie pomyliła się.
Przy akompaniamencie głosu skandującego jej imię ponownie schodzi na dół…

To niemożliwe! Znowu?
Nie wstaję!
Która może być godzina? Trzecia trzydzieści… Niech się drze…
Boże! Jaka ta poduszka jest cudownie miękka… Nic z tego. Rycz, ile chcesz. Nie zejdę… I kołdra… Cieplutka… Pachnąca…
Cisza. Chwila ciszy. Wstaje. Na pewno teraz wstaje. Zaraz podejdzie do drzwi i będzie wrzeszczeć. Niech wrzeszczy… Właśnie. Już. Trzy… Cztery… Pięć… A teraz zacznie z całej siły trzaskać drzwiami… I wołać o pomoc… Boże! Cały dom drży w posadach… Muszę wstać. Muszę do niej zejść…

Słyszy płacz. Rozdzierający. Dziecinny.
Uchyla drzwi i widzi drobne piąstki trące oczy. Na policzkach błyszczą ślady łez. Sięga po chusteczkę, podchodzi i dotyka miękkiego policzka. Zastanawia się, skąd te łzy. Pyta, czy wszystko w porządku. Sprawdza, piżamę, materac. Wszystko jest jak należy. Żadnych fałd, zgrubień. Lekka kołdra leży idealnie. Ulubiony róg jaśka muska prawe ucho. Skarpetki nie są zsunięte.
Kolejny raz przygląda się pobrużdżonej twarzy i dostrzega badawczy błysk chabrowych oczu. Wzdycha i kręci głową. Klepie chłodną rękę i – wsłuchana w równomierne posapywanie – wychodzi z sypialni.
Pokój wita ją bladym światłem, sączącym się z okien. Wzory na pościeli nabierają powoli barw. Zdejmuje kapcie i siada na łóżku. Przewraca się na bok i przytula policzek do chłodnej poszwy. Zamyka oczy i natychmiast zasypia.
Śni jej się wielki kolorowy zeppelin, który z warkotem przesuwa się za oknem. Na błyszczącej ścianie namalowano kwiaty, które sprawiają wrażenie, jakby chwiały się na wietrze. Na jednym z nich dostrzega brzęczącą pszczołę. Brzęk wwierca się w uszy. Uchyla powieki.
Budzik.
Idzie do łazienki…
Zrzuca piżamę i pośpiesznie odwraca się plecami do wielkiego lustra. Udaje, że nie zauważa zapadniętych żeber i woskowożółtej skóry. Zasuwa drzwi kabiny, sięga po prysznic i polewa się strumieniem gorącej wody. Mydli się szybko i spłukuje, dla odmiany – zimną.
Wychodzi spod prysznica i rozciera szorstkim ręcznikiem pokryte gęsią skórką ciało. Ubiera się i błyskawicznie myje zęby. Obojętnie patrzy na wyplutą krew. Wzrusza ramionami. Nie pierwszy raz krwawią jej dziąsła. Przywykła do tego…

Czego znowu… Piąta. No tak. Przecież jest głodna. Całą noc tłukła się po domu… Muszę się ubrać…
Jestem. Już jestem. Nie drzyj się. Wstawaj! Znowu się zlała… Nie kop mnie, ty podła starucho. Idziemy!
Teraz wrzaśnie. Proszę bardzo – wrzeszczy. Cały czas drze tą swoją starą mordę. Odkręcam kran – ryczy. Mydlę – ryczy. Płuczę – drze się… Jakbym robiła jej jakąś krzywdę. Albo – jakby sama nie mogła się umyć… Wycieram – to samo… I wszystkiego żałuje – wody, mydła, nawet tego cholernego ręcznika!
Teraz będzie kopać… Uff. Ale się zmęczyłam.
Jeszcze zęby… To chyba najgorsze. Kwiczy, jakby ją ktoś zarzynał… Nie gryź, ty podłoto…. Jakby nie mogła sobie tej szczęki sama włożyć.

Schodzi na dół i zbliża się do drzwi. Zagląda do sypialni. Słyszy płytki, miarowy oddech, więc podąża do kuchni.
Przygotowuje śniadanie.
Dwie pajdki chleba okrawa ze skórki, smaruje masłem i serkiem i kroi w drobną kostkę. Podgrzane mleko przelewa do termosu. Wszystko ustawia na stole w dużym pokoju, przykrywa i idzie do sypialni.
- Pora wstawać – mówi, podchodząc do łóżka.
Pergaminowe powieki unoszą się i spoglądają na nią zupełnie przytomne, wypłowiałe oczy.
Wyciąga rękę i czeka, aż uchwycą ją silne, szczupłe palce.
Asekuruje drobną figurkę w drodze do łazienki.
Poranna toaleta zabiera około godziny.
Ma wprawę, więc opuszczenie krzesła i umieszczenie go na powrót w wannie zajmuje kilka minut. Namydlona gąbka ślizga się po pomarszczonych ramionach i workowatych, wyschniętych piersiach. Muska prawie zanikłe bicepsy i obwisłą skórę pod pachami; sinawe fałdy na plecach i brzuchu. Słaby strumień prysznica ciurka, tworząc na dnie wanny mydlane bąble. Miękki ręcznik przywiera do wiotkiego ciała i wchłania całą wilgoć.
Balsam nawilża wątłe mięśnie, a bawełniana bielizna ukrywa zmarszczki i brązowe plamki.
Potem skupia uwagę na dolnych partiach ciała – rachitycznych udach, obwisłych pośladkach, zmarniałych łydkach.
Fotel podjeżdża w górę, wolno przesuwa się nad brzegiem wanny i obniża aż na podłogę.
Klęka i przypatruje się powykręcanym palcom stóp i pożółkłym paznokciom.
Powoli wędruje korytarzem i zerka na sunące przed nią szczupłe nogi i lekko zgarbione plecy. W pokoju odsuwa krzesło i przysłuchuje się westchnieniom i stękaniom. Potem zdejmuje pokrywkę z talerzyka z kanapkami, nalewa mleko do kubków. Podaje sztućce. Przesuwa pudełko z chusteczkami…
Przygląda się stołowi uważnie. Stwierdza, że o niczym nie zapomniała i wreszcie zajmuje swoje miejsce. W milczeniu sięga po rogalik i miód…

Znowu krzywi ten swój pomarszczony ryj. Ale chociaż – milczy. Dobre i to… Żryj! No tak – wstrętne i twarde. Chleb bez skóry, posmarowany marmoladą i pokrojony w kosteczkę – twardy… Patrzeć nie mogę. Memla to wszystko, łyka, a potem wsadza palec i wydłubuje z gardła… Na wymioty mnie ciąga, kiedy na to patrzę…
Co znowu? Czego jazgoczesz? Ach! Kakao. Zimne. I – gorzkie. I – kwaśne… Tak. Właśnie tak – chcę cię otruć! O niczym innym nie myślę – głupia krowo! Tylko o tym, jak wyprawić cię na tamten świat. I właśnie skwaśniałe kakao uznałam za najlepszy sposób… Idiotka. Stara, wredna kretynka… Jak bym cię pieprznęła tym kubkiem…

Sprząta ze stołu i przynosi prasę. Siada obok i podaje lupę. Potem pochyla się i odczytuje głośno nagłówki. Od czasu do czasu streści któryś z artykułów. Przeczyta informację pod zdjęciem. Potem dzieli się spostrzeżeniami. Żartuje. Dostrzega coś na kształt uśmiechu na wąskich, zwiędłych wargach. Podchwytuje taksujące spojrzenie i próbuje odgadnąć jego znaczenie.
W końcu ostatnie czasopismo zostaje przeczytane.
Odsuwa krzesło i podstawia fotel, przyglądając się ginącej w nim, filigranowej figurce. Włącza radio i szuka muzyki.
Po chwili patrzy na przymykające się bezrzęsne powieki i głowę, co chwila opadającą na piersi. Wstaje i cichutko opuszcza jadalnię.
Zmywa naczynia. Podlewa kwiaty, podśpiewując pod nosem usłyszany w radiu szlagier. Potem idzie do siebie.
Ma wielką ochotę, by się położyć i zdrzemnąć chociaż z godzinkę, ale zwalcza tę pokusę.
Spogląda na regał z książkami. Wzdycha. Połowy z nich nawet nie zaczęła. W dzień nie ma czasu, a wieczorem – ledwo przyłoży głowę do poduszki – zasypia.
Kiedyś tak lubiła marzyć. Wyobrażała sobie, że skończy studia, pójdzie do pracy. Pozna jakiegoś przyzwoitego człowieka. Pokocha go, a on pokocha ją i będą żyli długo i szczęśliwie.
Uśmiecha się. Z tego wszystkiego tylko studia zdążyła skończyć. Po trzech miesiącach musiała przerwać staż…

Fanaberie. Mam dość tych twoich fanaberii! Wciąż jęczy, że wszystko ją boli, ale leków nie można w nią wmusić. No… Musi jeszcze popić… Jezu! Znowu dłubie… Odsunę się, bo zaraz zacznie pluć. No – jakżeby choć raz sobie darowała i zachowała się jak człowiek… Jak tam sobie chcesz…
Muszę do toalety. Żeby choć raz dała mi się spokojnie załatwić. Gdzie tam. O! Już skawęczy.
Nie. Nie zawrócę. Niech woła. Niech się wydziera. Niech nawet nawali w gacie – muszę wreszcie się wysiusiać… Znowu przypaździerza drzwiami. Tynk wokół framug już dawno odpadł. Wciąż, każdego dnia wypomina mi te majątki, które mi po niej zostaną. Jeszcze trochę tego napieprzania i zaczną wypadać cegły ze ścian i będziemy mieszkać pod gołym niebem…
Wracam, bo zaraz będzie tu lazła.
O! jakie niewiniątko udaje! Jak to siedzi grzecznie i wgapia się w ten ryczący telewizor. Nikt by nie pomyślał, że jeszcze dwie minuty temu próbowała rozwalić dom. Duchy waliły drzwiami i wyły tym bydlęcym głosem…

Wzdycha i podnosi się z fotela. Schodzi na dół. Z jadalni słychać pochrapywanie. Kieruje się do kuchni i zabiera do przygotowania obiadu.
Wczoraj upiekła sernik. Pozostało ugotowanie zupy i czegoś na drugie.
Zagląda do lodówki i po namyśle decyduje się na pomidorową z ryżem i pulpety. Do tego piure z brokułów i surówka z sałaty.
Krząta się po kuchni i wyobraża sobie swoją rodzinę – męża, trójkę dzieci. Myśli, że byłaby niezłą matką i żoną.
Mechanicznie kroi warzywa, wkłada je do garnka z wrzącym bulionem i zabiera się do mielenia mięsa. Przykręca palnik pod wywarem i doprawia mielone. Formuje niewielkie kulki i wrzuca do wywaru. Robi sos i zerka na zegarek. Wstawia ziemniaki i przyprawia zupę.
Kiedy wszystko jest gotowe, wyłącza palniki i idzie do pokoju. Piure zmiksuje bezpośrednio przed jedzeniem…

Może pośpi chwilę po obiedzie. Patrzeć już na nią nie mogę. Pieprzona egoistka. Ciekawe, co wymyśli dzisiaj, żebym nie wyszła z domu.
Nawet patrzenie na ciebie mnie męczy, ty stara raszplo.
Tak, wypluj kolejny kęs mielonego i wydłub piure. No jakże – znowu wszystko twarde i zimne. I paskudne… Najgorsza jest chyba ta łapczywość… Pochłania, jakby ją kto gonił. I te mlaskania… siorbania…
Zaraz zapyta o ciasto. A kiedy przyniosę, zacznie utyskiwać, że ser źle zmielony, że spalone, że gorzkie. Co tam mamroczesz? Ach! Ostre! Dziąsła sobie pokaleczyłaś. Bidulka. Szkoda, że nie ten niewyparzony jęzor…

Po kwadransie jest gotowa – schodzi więc na dół i robi listę zakupów.
Zagląda do jadalni. Wszystko jest w porządku.
Wkłada bluzę i buty i wychodzi z domu.
Wsłuchuje się w szczęk zamka.
Chowa klucze, odwraca się i mruży oczy przed blaskiem kwietniowego słońca.
Lubi tę wyludnioną uliczkę. Wędruje poboczem i patrzy na zieleniejące wierzby. Mają taką zabawną korę – błyszczącą i zielonkawą, ale kiedy padnie na nią słońce, wydaje się prawie biała.
Zerka na mizerną trawkę pojawiającą się tu i ówdzie lękliwie między kałużami. Od czasu do czasu przeleci jakiś ptaszek. Aż żal, że droga zaraz się skończy i trzeba będzie wejść do miasta.
Po półgodzinie dociera do opłotków. Przygląda się domom. Na niektórych łuszczy się farba, inne aż rażą w oczy świeżością koloru. Mija ogrodzenia. Są przeróżne: od zwykłej siatki poprzez niewysokie murki, aż po żelazne, misternie spawane.
W pewnym momencie skręca w prawo i dochodzi do sklepu. Odpina koszyk i podąża do środka…

Leży. Wreszcie leży. Teraz jeszcze godzinna szopka z wychodzeniem… Pić… Masz – pij. Cukierka – jedz! Siku… Kanapkę… Siku… Wreszcie…
Nie zawrócę. Skoro już wyszłam z domu – nie zawrócę. Niech sobie woła… Boże! Już wiosna! Nawet tego nie zauważyłam… Kiedy ostatni raz poszłam dalej niż do sklepu? Dwa? Trzy miesiące temu? Nie pamiętam… Czy ona naprawdę nie rozumie, że mi też należy się chwila wytchnienia?
Że może chciałabym pójść do kina, na spacer… Spotkać się z kimś… Z kimkolwiek… I porozmawiać… Choćby o dupie Maryni. Byle tylko oderwać się od tej codziennej monotonii…
Ech…

Chodzi między półkami i wkłada do wózka produkty. Drogę ma opanowaną do perfekcji. Powtarza przecież te czynności co kilka dni. By nie mitrężyć czasu – zaczyna od pieczywa. Kupuje bułeczki i rogale. Dorzuca kilka grahamek. Potem idzie do słodyczy, bierze delicje i markizy. Dokłada czekoladę i galaretki w cukrze. Przy chłodni z nabiałem sięga po mleko i jogurty owocowe. W dziale warzywnym zatrzymuje się dłużej – wybiera ładne pomidory, pęczek rzodkiewek, kalafiora i buraczki. Pakuje do wózka siatkę mandarynek, kilka brzoskwiń, czarne jagody w pojemniczku.
Potem kieruje się do stoiska z mięsem. Prosi o kilogram schabu, pół kilo wołowej polędwicy i indycze udko. Dobiera chudo wyglądającą kiełbasę, parę plastrów gotowanej szynki, kawałek drobiowego pasztetu.
Idzie do kasy i odczekuje swoje w kolejce.
Chwilę rozmawia z kasjerem. Lubi go. Zawsze jest taki radosny i pełen energii.
Pakuje zakupy do toreb, płaci i wyjeżdża z marketu.
Droga powrotna zawsze wydaje jej się dłuższa. Przekłada z ręki do ręki ciężkie torby, ale nie odpoczywa. Wstydzi się. W końcu jest młoda i nie powinna się tak szybko męczyć.
Dopiero, gdy mija zakręt, stawia torby na poboczu i rozprostowuje zdrętwiałe palce. Doprowadza przyśpieszony oddech do porządku i rusza w dalszą drogę…

O matko! Aż na ulicy słychać te jej wrzaski. Dobrze, że mieszkamy z dala od ludzi…
Jakie te torby ciężkie… Nic to. Gdzie ten klucz… Nie wrzeszcz, już idę… Jest!
Wylazła. No jakże by inaczej. Siedzi na schodach i znowu ryczy tym bawolim głosem. Stare krówsko. Niby taka słaba i niedołężna! Do ubikacji sama pójść nie daje rady… Majtek zdjąć… Tyłka podetrzeć… A po schodach zasuwa szybciej ode mnie…
Zamknij się! Zamknij się choć na chwilę!
Ona nie potrafi normalnie rozmawiać. Wciąż wrzeszczy. A przecież wcale nie jest głucha. I doskonale wie, że ja też nie jestem… Ona po prostu czerpie przyjemność z tego dręczenia mnie…

Rozkłada przyniesione produkty i wsłuchuje się w wirowanie suszarki. Wchodzi do łazienki i wyjmuje pranie. Ugina się pod ciężarem kosza, wchodząc na strych. Zostawia uchylone drzwi i bierze się za rozwieszanie prania. Wczorajsze składa do opróżnionego pojemnika. Dobrze, że strych jest suchy i przewiewny. Odkąd zainwestowała w nowy dach – nie musi martwić się też o kałuże w domu i zacieki na ścianach.
Schodzi na dół i rozkłada deskę do prasowania. Przed kolacją musi jeszcze wszystko poprasować, żeby był zapas na noc.
Spogląda w okno. Dni są coraz dłuższe, więc na dworze jest jeszcze całkiem jasno. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo piękny. Uśmiecha się i zamyśla. Nie miałaby nic przeciwko temu, żeby w koszu z bielizną znalazły się jakieś dziecięce skarpetki, albo – męska bluzeczka…
Syczy z bólu, bo przez nieuwagę trąciła gorącym żelazkiem przegub dłoni. Ależ z niej niezdara!
Odstawia żelazko i idzie do kuchni. Musi to jak najszybciej włożyć pod zimną wodę.
Odkręca kran i wsuwa rękę pod strumień. Po chwili woda staje się lodowata i odczuwa ulgę. Zakręca kran. Ogląda poparzone miejsce. Nie jest tak źle. Osusza ręce i wraca do pokoju…

Coś za cicho. Pewnie już coś zrobiła na diabła… Ale muszę wreszcie rozwiesić to pranie…
Ludzie! Powywalała wszystko z szafek. Mąka. Cukier. Ryż. Kasza manna. Jajka. I wszystko polała olejem. Cała kuchnia i pół korytarza – uświnione. Najgorsze te jajka. Znowu trzeba będzie kupować nową wykładzinę…
Aż się boję iść do pokoju… Boże! Za jakie grzechy… polała się śmietaną…
Znowu trzeba ją wpakować do wanny… Jest taka ciężka…
Nie rycz! Ścichnij choć na parę minut, bo cię tu zostawię… No co tak się gapisz, ty wstrętna małpo…

Bolą ją nogi. Składa ostatnią sztukę bielizny i zanosi wszystko do sypialni. Układa rzeczy w szafkach i wraca do salonu. Ma jeszcze trochę czasu do kolacji, przysiada więc wreszcie i patrzy na podpuchnięte kostki. Pochyla się i, czując nadchodzący skurcz, masuje łydkę. Trochę ją martwią te nogi. Zaraz jednak zapomina o tym. Podrywa się i podchodzi do telewizora. Włącza go i robi głośniej. Za chwilę zaczną się wiadomości, a po nich kolacja musi już być gotowa.
W kuchni nastawia wodę i wyjmuje dwie owocowe herbaty.
Przygotowuje kolejną porcję kanapkowych kosteczek – tym razem z szynką i pasztetem. Kroi pomidora na cząstki, doprawia pieprzem i solą. Z banana i jogurtu miksuje coś w rodzaju musu.
Słyszy sygnał kończący wiadomości. Zalewa herbatę, ustawia wszystko na tacy i wnosi do dużego pokoju.
Znowu patrzy na szczupłe łydki i przygarbione plecy, przesuwa krzesło i słucha ciężkich westchnień. Słodzi herbatę miodem, podsuwa sztućce i zajmuje swoje miejsce…

Nic mnie to nie obchodzi. Nie chcesz żreć, to – nie żryj… Boże! Żeby choć raz coś jej smakowało! Wiecznie marudzi. Co ja takiego złego w tym życiu zrobiłam, że muszę się męczyć z tym podłym koczkodanem!
Ryczy… Jak zraniona turzyca… Czego znowu chcesz? Za mało masła… Stara wędlina… gorzki ser… Ta sama śpiewka od rana do wieczora…
Matko! Ledwo się uchyliłam. Wybiłaby mi oko tą łyżką. Stara ropucha…
Jeszcze szopka z lekami…Może zdążę i dziś nie podbije tej cholernej łyżki… nie zdążyłam… Coś mi łupie w krzyżu, kiedy się schylam. Boże, jak to boli…

Wpatruje się bezmyślnie w telewizor. Uśmiechnięta prezenterka opowiada coś ze średnim przejęciem. Słucha piskliwego głosiku i niby nawet kiwa głową, ale gdyby ktoś spytał ją, o czym mowa – nie potrafiłaby odpowiedzieć.
Przenosi wzrok na stół. Przygląda się powolnie sunącej ręce i palcom łapczywie zaciskającym się na ćwiartce pomidora.
Uśmiecha się i przesuwa spodeczek. Podchwytuje szybkie spojrzenie bezrzęsnych oczu, które niemal natychmiast nakrywają się powiekami.
Czeka chwilę w nadziei, że oczy zerkną raz jeszcze, ale pochylona nad talerzem siwa głowa ani drgnie.
Wzdycha i rezygnuje. Ponownie zagapia się w telewizor. Gruby facet z zachodzącymi na siebie jedynkami peroruje zawzięcie. Jego głos dociera do niej w postaci strumienia, z którego od czasu do czasu wychwytuje pojedyncze słowa. Niestety – nie umie z nich złożyć niczego sensownego. I nawet – nie chce.
Odruchowo zagląda do kubka z herbatą. Stwierdza, że jest pełny. Wypija kilka łyków letniego naparu i krzywi się nieznacznie. Nie znosi papierowego smaku moreli…

Wiem. Doskonale wiem, że najchętniej nie spałabyś całą noc, ale nic z tego. Nie kop. Nie kop i tak pójdziesz do łazienki… Nie. Nie chcę oglądać żadnych wspaniałych filmów! Tak, jestem tępa i głupia i kompletnie nic mnie nie interesuje! Jestem ograniczona. Jestem. Wiem, że do niczego w życiu nie dojdę i powinnam całować cię po nogach za twoją dobroć…
Nareszcie.
Ciekawe, jaki miałabym uszczerbek słuchu, gdybym się zbadała. Te jej ryki doprowadzają mnie do szału.
Chyba cię zabiję! Oblałaś nas wodą. Wylałaś całą miskę! Ale gąbki sama nie możesz utrzymać…
Znowu trzeba ją przebierać…

Po kolacji sprząta ze stołu. Idzie do sypialni. Zasłania zasłony i odruchowo wygładza pościel.
Wieczorna toaleta niczym nie różni się od porannej, poza zmianą ubrania na piżamę.
Po powrocie do sypialni zapala małą lampkę, obniża łóżko i znowu przygląda się chwytającej ją, pomarszczonej ręce i ciału bezwładnie opadającemu na materac. Potem klęka i skupia się na zdjęciu kapci. Wstaje i chwyta chude łydki. Bierze zamach i układa je na łóżku. Przesuwa pupę i poprawia poduszkę. Staje w nogach łóżka i sięga po balsam. Rozprowadza go na stopach i patrzy, jak wsiąka w porowatą powierzchnię. Podwija spodnie od piżamy i nakłada maść na kościste kolana. Są twarde i sękate. Podobnie jak łokcie.
Podwyższa wezgłowie i układa kołdrę.
Bierze w swoje ręce chłodną dłoń i przytrzymuje chwilę. Pochyla się i muska miękki policzek. Kładzie na wypukłym czole rękę.
- Dobranoc. Śpij dobrze. Do jutra – żegna się i wychodzi.
Zmywa naczynia, gasi wszystkie światła, zamyka drzwi i idzie do siebie…

Kładź się. Połóż się wreszcie. Co znowu jest nie tak? Lampka? Co z tą pieprzoną lampką? Nie. Nie będę przynosić ci innej! Daj mi spokój. Już noc…
Jezu! Znowu mnie uderzyła. Jak to boli… Chyba złamała mi nos… Strasznie kręci mi się w głowie… Przecież nie zemdleję… nie tu… Nie u niej… Oddychać… Spokojnie… Wdech, wydech. Wdech, wydech… Już mi lepiej… To przez to zmęczenie… Nawet nie zauważyłam, kiedy chwyciła ten kubek… Co to jest… Takie ciepłe i lepkie… Krew? Skąd krew? Ach… z nosa…

Sprawdza wszystkie okna i drzwi. Zawraca do pokoju, podchodzi do balkonu i porusza klamką. Zamknięte. Przemyka do kuchni i przygląda się kurkom – wyłączone. Zahacza o łazienkę i domyka drzwiczki pralki.
Wspina się na schody i przysiada na półpiętrze. Przez długie, wąskie okienko widzi kawałek drogi. Przygląda się parze wolno wędrującej poboczem. Są młodzi i szczęśliwi. Trzymają się za ręce i śmieją się z czegoś. Nie słyszy tego, ale drżenie ich ramion jest znamienne. Nagle on przystaje i zastępuje jej drogę. Jest niższy o głowę i musi wspiąć się na palce. Jej wcale to nie przeszkadza – pochyla się w jego kierunku i całują się namiętnie. Jakby zapomnieli o całym świecie…
Wzdycha i odwraca głowę. Czuje, że nie powinna ich podglądać. Myślą, że są tu sami.
Chciałaby odejść, ale – nie potrafi. Jedyne na co jest w stanie się zdobyć, to na odwrócenie głowy. Kiedy patrzy ponownie – pary już nie ma. Z daleka majaczą dwa niewyraźne słupki.
Wzdycha i podnosi się ze schodów…

Nawet nie zdążyłam usiąść… Mam dość tych cholernych schodów… Może powinnam kupić sobie krokomierz. Ciekawe, ile kilometrów dziennie robię, przemierzając ten korytarzyk…
Czego? Czego znowu się wydzierasz? Jest żywa noc! Mucha? Łazi po tobie mucha? Złapię ją, ale się zamknij. Przez te wrzaski nic nie słyszę… Jest. Widzę. Na parapecie. Nie musisz tak się miotać…
Uciekła… Muszę ją złapać, bo nie da mi spokoju…
Ryczy! Czego? Ach! Mucha łazi po niej. Wygląda obrzydliwie… Jakby już nie żyła…
Nawet nie wiesz, jaką miałabym ochotę chlapnąć cię tą ścierą… Odleciała… Brzęczy… Na firance… Jest na firance… Zaraz się z nią rozprawię…
Noż! Tak. Jestem powolna i leniwa. Tak – nie potrafię złapać głupiej muchy. Wstań i złap ją sobie sama, jak ci przeszkadza! Mam! Ależ ją plasnęłam… Wszystko na wierzchu… Ohyda…

Marzy o gorącej kąpieli, ale jest zbyt wyczerpana, bierze więc szybki tusz, przebiera się i siada na łóżku. Chwilę bezmyślnie patrzy na lampkę, wokół której lata jakaś zielona muszka. Brzęczy cieniutko i to brzęczenie zaczyna ją irytować. Próbuje przegonić natrętnego owada. Udaje jej się. Zadowolona, opada na poduszki i okrywa się kołdrą. Z nocnej szafki bierze książkę. Próbuje czytać, ale oczy same się jej zamykają. Na moment przebudza się jeszcze, gdy książka wysuwa się z ręki i miękko opada na materac. Myśli, że powinna zgasić lampkę, ale nie ma siły odwrócić się na drugi bok.
Śnią się jej dziwne kwiaty z wielkimi, uśmiechniętymi paszczami. A choć paszcze najeżone są kłami, ma przeświadczenie, że te kanarkowe rośliny są jej życzliwe. Istotnie – jedna z nich dyga przed nią i nazywa władczynią. Mówi, że jest na jej usługi, a pozostałe kwiaty powtarzają te same słowa.
Potem dochodzi ją dziwnie znajoma muzyka, w rytm której roślinki zaczynają się kiwać i coś skandować. Nastawia uszu i spośród dźwięków wyławia swoje imię. Otwiera oczy. Z dołu dobiega ją jękliwe wołanie. Nieprzytomnie zerka na zegarek i nie wierzy własnym oczom – spała zaledwie czterdzieści minut…

Powtórka z rozrywki – znowu mokra.
Jak można zasikać poduszkę, do cholery! Dawaj to! Muszę iść na strych. Przecież nie będziesz w tym spać. Dawaj! Nie szarp się i tak nie dasz mi rady! Jezu! Mało się nie wywróciłam. Co za babsko jakieś podłe! Przecież doskonale wie, że nikt oprócz mnie z nią nie wytrzyma…
Mam już dość tych schodów. Tego dziurawego strychu. Rano wysuszę te bety na słońcu. Może przestaną tak śmierdzieć… Chociaż… I tak trzeba zrobić nową poduszkę. Tą zasikała już trzy razy…
Jestem. Już jestem. Nie wyj! O Boże! Dobrze, że się uchyliłam. Skąd ona wzięła ten kabel?
Jak ja mam dosyć tego szarpania się z nią… Stój spokojnie. Podnieś trochę tą nogę… Co znowu? Gumka pije? Jaka gumka, idiotko? To majtki ze ściągaczem…
Nie. Nie będę ci teraz czytać. Śpij!

Otwiera oczy i dostrzega zarys drobnej twarzy. Ten widok przeraża ją. Ma wrażenie, że śni. Po chwili dociera do niej, że drobna postać naprawdę jest w jej pokoju.
Zrywa się i potyka o kapcie. W ostatniej chwili chwyta poręcz krzesła i to ratuje ją przed upadkiem.
Wpatruje się w szeroko rozwarte, niebieskie oczy, a pytanie zamiera jej na ustach.
Przegania resztki lekkiego snu i podchodzi do zgarbionej figurki. Bierze ją pod rękę i pomaga się obrócić. Potem kładzie tę pergaminową dłoń na poręczy i każe mocno zacisnąć palce. Schodzi kilka schodków niżej i podpiera kościste pośladki. Nogą wymacuje drogę – skupiona na sunącej tyłem kroczek za kroczkiem figurce.
Żmudnie przesuwa się w dół. Trwa to około dwudziestu minut i kiedy dociera wreszcie na parter, jest cała mokra. Powoli asekuruje drobne ciałko w dojściu do sypialni. Pomaga się ułożyć i szczelnie okrywa je kołdrą. Staje w nogach łóżka i rozmasowuje zziębnięte, lodowate stopy…

Nie wierzę! Wlazła aż tutaj! Z tego zmęczenia zapomniałam przekręcić klucz w zamku. Dobrze chociaż, że mi nie przyłożyła…
Teraz komedia ze złażeniem ze schodów.
Matko! Wymazała gównem całą ścianę! Znowu! Znowu zarwane pół nocy!
Oprzyj się o poręcz, nie o mnie. Powinnam ją trochę odchudzić… Jest coraz grubsza… To dlatego, że żre po nocach… Tak to nie potrafi utrzymać łyżki. Nocą – cudownym sposobem odzyskuje siły… Jak to powiedział lekarz? „Jest zdrowsza od pani. Tylko – strasznie rozpuszczona.” I tak na mnie popatrzył… Przecież nie będę mu opowiadać, że jestem tym bachorem… Co to – on sam nie pamięta?
Gdzie leziesz, krowo? Do łazienki! Cała jesteś usmarowana i cuchniesz! Nie kop mnie, tylko ściągaj te brudactwa… Podnoś nogę. Przecież cię nie wsadzę sama do wanny…
Zamknij się! Woda jest taka jak zawsze…

Najtrudniejsze jest chyba to milczenie. To doskwiera jej najbardziej. A przecież wie, czuje, że pod tą pomarszczoną maską jest ktoś najbliższy. Najbardziej kochany. Czasami wydaje jej się, że wystarczy chwila. Jedna krótka chwila i usłyszy cichy głos, usta ułożą się w pełen cierpliwości uśmiech, a spracowana ręka dotknie twarzy i uszczypnie lekko w policzek. Że wiotkie ramiona rozchylą się i zagarną ją tak, jak robiły to kiedyś, dawno temu. Że…
Staje przy łóżku i ze smutkiem patrzy na leżącą, niemal nieruchomą postać. Tylko nieznacznie unosząca się kołdra zdradza oznaki życia.
Nagle przymknięte powieki drgają i unoszą się powoli.
Patrzy w te oczy i ma tylko jedno pragnienie. Chciałaby wiedzieć… Tak bardzo pragnęłaby wiedzieć, o czym myśli jej mama…

No i co tak się gapisz? Nienawidzę cię! Nienawidzę! Możesz udawać, ile chcesz! Możesz się uśmiechać, przymilać… I tak wiem, co kłębi się w tej twojej czaszce…. Ty mała, fałszywa suko… Myślisz, że nie wiem, że marzysz tylko o tym, żebym już zdechła? Mogłabyś bezkarnie gzić się z jakimś strupem… Tak! Wiem! Dokładnie wiem, co się dzieje w tej twojej głowie! Znam każdą, najskrytszą myśl. Potrafię odczytać najlżejsze westchnienie… Nienawidzisz mnie! Mojej niedołężności. Mojej niemocy. Jesteś tu, bo gdybyś oddała mnie do jakiegoś hospicjum, ludzie nie daliby ci żyć! Obowiązek! To tylko wstrętny obowiązek…
A kiedy wreszcie umrę – sprowadzisz tu sobie jakiegoś gacha. Spłodzicie kilka bękartów. Będziecie się nimi zajmować. Podcierać im tyłki i zasmarkane nosy. Karmić i ubierać. Przytulać i pieścić. A potem zostawią was, wyrzucą na śmietnik… Nie zajrzą nawet… I wrócą, kiedy staniecie się starzy i niedołężni, żeby zaczekać na waszą śmierć… No nie wytrzeszczaj tak tych swoich głupawych ocząt! Ja też… Ja też byłam kiedyś młoda i musiałam podcierać tyłek swojej starej, złośliwej, wiecznie drącej mordę matce…

Obrazki. Ola.

Nie. Nie ma sensu. W tym wszystkim nie ma najmniejszego sensu.
Po co. Po co wychodzić z domu. Patrzeć na tych wszystkich ludzi. Uśmiechniętych. Zadowolonych.
Udają. Wie, że udają. Czuje ten fałsz każdą komórką. Czego więc im tak zazdrości… Że umieją. Umieją udawać. Ona tego nie potrafi…

W szum wody wdziera się bicie zegara. Cztery… pięć… sześć… Za oknem szczeka pies sąsiadki. Żałosnym miaukotem wtóruje mu kotka sąsiada. Do chórku dołącza nieznany szczeniak.
Zapach noni rozchodzi się po domu.
Przykręca wodę i idzie na górę. Towarzyszy jej skrzypienie piany. Bosa stopa ślizga się po wypolerowanej powierzchni schodka. Zimnej i nieprzyjemnej.
Nie osiadł na niej ani jeden pyłek.
Pnie się w górę i z pogardą zapytuje siebie, dla kogo właściwie wciąż utrzymuje ten nienaganny porządek. Przecież to nie ma najmniejszego znaczenia…

Garderoba wita ją kobaltową smużką Davidova. Wszystkie jej ubrania tak pachną. Najbardziej agresywny proszek nie jest w stanie unicestwić tego zapachu.
Do przeciwległej części nawet nie zagląda. Wie, co tam poczuje. Wie, co tam zobaczy. Na pamięć zna układ ubrań, kolejność butów.
Przemyka obok i na oślep wybiera bluzkę. Nie musi patrzeć. Po omacku sięga po spodnie. Pochyla się i odnajduje buty. W szufladzie ręka trafia na bieliznę. Nozdrza drażni ta sama woń.
Zamyka delikatnie szufladę i wycofuje się z garderoby. Wsłuchuje się w plaskanie własnych stóp…

Woda prawie się przelała. Blokuje kurek i odwiesza przyniesione rzeczy.
Podchodzi do lustra. Nie uśmiecha się. Beznamiętnie rozgląda się wokół. Zrzuca ubranie. Spina włosy na czubku głowy i wchodzi do wanny. Woda jest za gorąca, więc wskakuje na półkę i próbuje sięgnąć do mieszacza. Manewruje, przyjmując coraz bardziej karkołomne pozycje. Wie, że są idiotyczne. Nie obchodzi jej to. Byle były skuteczne. Wreszcie udaje jej się przesunąć wajchę i puścić zimną wodę. Przyczaja się i przysłuchuje łomocącej pralce sąsiadów…

Liczy do dwudziestu jeden i ostrożnie wsuwa stopę do wody. Temperatura jest optymalna, więc zanurza się i zamyka kran. Rozsiada się wygodnie. Szelest piany uspokaja ją. Przymyka oczy i spod przymrużonych powiek przygląda się migocącym strzępkom. Mienią się i świszczą cichutko. Zza kuchennego okna dobiega głos księdza przeplatany mechaniczną muzyką i siłowym śpiewem. Nie może znieść tych mąk w głosach nieznanych ludzi. Właściwie nigdy nie ma w nich radości. Zawsze śpiewają jakby z przymusu, siermiężnie, byle odbębnić i rozejść się do swoich spraw…

Sięga po balsam do kąpieli i próbuje skupić się na czymś innym. Pompka pojemnika tak śmiesznie popiskuje. Nie wie, czemu ten dźwięk wydaje jej się zabawny. Może wcale taki nie jest i nie musi wykrzywiać ust w grymasie, który nawet przez chwilę nie przypomina uśmiechu. Ale wykrzywia. Patrzy na beżową spiralkę balsamu i zanurza w niej palec. Jest gęsta i pachnie wanilią. Odstawia szklany pojemnik i delikatnie rozprowadza balsam po całym ciele. Rozpoczyna od szyi i dekoltu. Potem przesuwa dłonie na ramiona i piersi. Klęka i rozprowadza mydło na brzuchu i pośladkach. Kończy na udach. Nieśpiesznie powtarza czynność kilkakrotnie, aż skóra pokrywa się transparentną warstewką. Wtedy zanurza się w wodzie i sięga po dozownik. Wysuwa lewą nogę i kontynuuje rozsmarowywanie. Od kolana po czubki palców…

Kąpiel daje ukojenie. Łagodny plusk wody w połączeniu z aromatem wanilii uspokaja ją. Spłukuje powoli balsam, zaczynając od szyi. Uśmiecha się, bo zahacza palcem o loczek. Od gorącej wody zawsze robią się jej takie idiotyczne loczki. Przypomina sobie, że jako dziecko marzyła, by jej proste włosy skręcały się w sprężynki. Wzrusza ramionami. Jakie znaczenie mają dzisiaj jej dziecinne mrzonki.
Przesuwa dłońmi po ciele. Zna je. Ramiona, obojczyki, łokcie. Biodra i kolana. Kość ogonowa.
Przygląda się przez chwilę stopom. Biel lakieru ładnie kontrastuje ze śniadą skórą. Wysuwa nad lustro wody ręce i patrzy na wąskie paznokcie. Też są pociągnięte białą emalią. Nie zniosłaby, gdyby było inaczej.
Zamyśla się i bezwiednie opiera plecami o brzeg wanny. Piana już prawie znikła. Woda oziębiła się. Przymyka oczy i prawie natychmiast otwiera je z powrotem. Mobilizuje się i wynurza z wody. Wie, że jeśli nie zrobi tego teraz – zaśnie w wannie…

Wychodzi i trafia stopą na dywanik. Czuje wszystkie jego wypukłości. Pamięta, ile się naszukała takiego właśnie – miękkiego i puszystego. W kolorze, który nie kłóciłby się z wystrojem łazienki. Sięga po ręcznik i otula się nim szczelnie. Nienawidzi szlafroków. Nie rozumie, jak można snuć się po domu w czymś tak bezpłciowym. Uwielbia peniuary. Ich miękką zwiewność. To, że poddają się bez oporu każdemu ruchowi.
Czeka chwilę, aż wilgoć wsiąknie w materiał i odwiesza ręcznik na ciepły wieszak. Bierze z półki ulubiony migdałowy balsam. Na szczęście wchłania się bardzo szybko, może więc zacząć się ubierać…

Najpierw bielizna. Lubi elegancką bieliznę. I co z tego, że jej nie widać. Wystarczy świadomość, że ma na sobie coś pięknego, eleganckiego. I seksownego. Nieprawda, że eleganckie nie może być seksi. Seksowne musi być eleganckie. Inaczej jest po prostu wulgarne.
Wkłada karminowy biustonosz. Ładnie podkreśla linię piersi, a majteczki – brzucha. Przysiada na brzegu wanny i naciąga pończochę. To jej słabość. Kocha pończochy i nosi je nawet pod spodniami. Nienawidzi rajstopowych podkolanówek. W myślach nazywa je aseksami albo antygwałtkami. Oczywiście nie wyrywa się z tym do nikogo. Nie powie przecież innej kobiecie, że ten wynalazek wzbudza w niej wstręt…

Sięga po białe dżinsy. Są dopasowane. Może sobie na takie pozwolić. Jest szczupła i wysoka i ma długie zgrabne nogi. Do dżinsów wybiera czarną bluzeczkę. Średnio elegancką, ze sporym dekoltem. Uszyto ją z materiału, który idealnie dopasowuje się do kształtu ciała. Przegląda się w lustrze. Jest dobrze. Bluzka eksponuje szyję i dekolt. Podkreśla ramiona i łagodnie uwypukla piersi. Zaznacza biodra i talię.
Jest proporcjonalnie zbudowana, więc nie ma kłopotów z doborem ubrań. Czarne botki na wysokim obcasie dopełniają stroju. Szybko przegląda się w lustrze. Wszystko do siebie pasuje. Nie czuje się komfortowo, gdy części garderoby kłócą się ze sobą. Brak harmonii ją drażni…

Zbliża twarz do lustra i – jak zawsze, z jednakowym zdziwieniem – konstatuje zunifikowanie rysów. Wzrusza ramionami. Nakłada podkład. Muska twarz, szyję i dekolt sypkim pudrem. Nanosi perłowy cień i tuszuje rzęsy. Usta pociąga matową pomadką. Gotowe. Jeszcze tylko kropla perfum na przeguby rąk i kark.
Zwalnia mechanizm spinki i rozdziela włosy na pół. Rozczesuje je i spina na karku. Rozpuści je dopiero przed samym wyjściem. Sięga po biżuterię. Czarne wiszące kolczyki w kształcie łez przywracają proporcje okolonej włosami twarzy. Czarno-srebrna obróżka przylegająca do szyi z puszczonym jednym końcem odwraca uwagę od dekoltu. Bransoletka i rafka w tym samym stylu dopełniają całości.
Dobiera torebkę teksturą przypominającą zamszowe botki. Krótka jesionka z dużym kołnierzem i wcięciem w talii odwraca uwagę od faktury materiału i podkreśla kobiece kształty. Ażurowa apaszka z kwiatami z czarnego aksamitu nadaje kreacji lekkości, wzbudza niepokój, intryguje…

Mży.
Na szczęście taksówka podjeżdża szybko. Jak zwykle. Jeździ z tą firmą od paru lat i kierowcy wiedzą, że na nią się nie czeka. Zawsze wychodzi przed dom, zanim podjadą. Uważa, że zmuszanie kogoś do wyczekiwania jest po prostu chamstwem.
Wsiada i nozdrza drażni plastykowy zapach mango. Zerka do przodu. Widzi majtającą się przy lusterku choinkę. Odwraca twarz do okna. Kierowca jest nowy i nie ma pojęcia o jej alergii.
Nie chce mu robić przykrości, więc wstrzymuje oddech. Jakoś ten kwadrans wytrzyma. Będzie płytko oddychać przez usta. Oddychanie przez usta to problem. Nie potrafi tego. Nigdy nie potrafiła…

Światła im sprzyjają i zjawiają się na miejscu dość szybko. Kierowca marudzi przy wydawaniu reszty, więc w końcu uchyla drzwi i zaciąga się nocnym powietrzem.
Staje naprzeciwko wejścia i kontempluje wieczorną ciszę ulicy. Z okien kamieniczek sączy się mleczny blask, zaciągnięte zasłony łagodzą błyski telewizyjnych aparatów. Za plecami turkocą koła nielicznych samochodów, przetaczają się po kamienistym bruku i rozśpiewują obrotami silników w niewidzialnej oddali.
Podświetlone korony drzew wyolbrzymiają cienie staroświeckich latarni. Zmrok sprawia, że można je wziąć za autentyczne i niemal poczuć duszący zapach dziewiętnastowiecznych gazówek.
Rozgląda się i daje krok ku współczesności…

Wnętrze wita ją kaskadą dźwięków. Trafia na gitarową solówkę. Nie chce przechodzić przed sceną, więc zagląda przez drzwi. Na migi wita się ze znajomym akustykiem, który pokazuje jej górną kondygnację. Kiwa mu ręką i cofa się do stromych, ciemnych schodów.
Za plecami słyszy kroki kelnerki. Przystaje i puszcza dziewczynę przodem.
Na górze szybko odnajduje znajome twarze i zajmuje miejsce. Z dołu dochodzą słowa Fly Me To The Moon. Krzywi się lekko. Nie chodzi o to, że nie lubi lidera. On po prostu słabo gra na gitarze i równie kiepsko śpiewa. Może gdyby skupił się na jednym…

Zamawia wódkę z sokiem limonkowym i wsłuchuje się w szemranie basu. Basista ma w sobie tę subtelność, która określa klasę muzyka.
Stara się ignorować tępe walenie perkusji. Nie jest to łatwe. Uderzenia są tak silne, że tętni nie tylko podłoga i sufit, ale nawet powietrze. Drgania napływają falami i implodują każdą jej komórkę. Ma wrażenie, że bębniarz za punkt honoru wziął sobie zburzenie lokalu.
Na szczęście akustyk zna się na rzeczy i tonuje, na ile może. W kotłowaninę wkrada się plumkanie klawisza. Chłodne wysokie tony przynoszą ulgę zmęczonej skórze…

Zastanawia się, jak to jest – nie widzieć, nie słyszeć, nie czuć. Przygląda się ludziom siedzącym przy sąsiednich stolikach, z powodzeniem próbujących przekrzyczeć muzyków. Patrzy na ich nieprzytomne twarze, szkliste spojrzenia i skurczone ramiona. Widzi ich ręce unoszące zaparowane kufle, nogi podrygujące w rytm łomotu.
Ostry zapach przypraw miesza się z wonią czyjejś wody po goleniu i papierosowym dymem. Z dolnej kondygnacji napływa odorek przypalonego tłuszczu i skisłego piwa.
Odwraca twarz i patrzy na powiewającą odrośl bluszczu. Widzi pełznące po ścianie strumienie wody. Spostrzega mechaniczne ruchy rąk unoszące się do ust, zaokrąglające się i układające w śmieszne ryjki wargi. Ma wrażenie, że uczestniczy w pantomimie wymyślonej przez szalonego dyrektora cyrku…

Nagle zalega zbawienna cisza. Jej ciało uspokaja się. Membrana przestaje się uginać, oczy – łzawić. Dźwięki powoli wracają na swoje miejsca. Spadającemu widelcowi towarzyszy metaliczne łupnięcie, pobitej filiżance – brzęk szkła, stąpającym po podłodze butom – stukot obcasów.
Szklanice niesione przez kelnerkę na tacy dzwonią, palce pstrykają, zapałka skwierczy.
Obraca się w kierunku siedzących obok i z zadowoleniem stwierdza, że nie musi już odgadywać sensu słów z ruchu ich warg.
Rozmowa toczy się gładko. Jest miło i zabawnie, więc pozwala sobie na chwilę odprężenia. Czuje, jak mięśnie na karku robią się luźne. Odwraca głowę i rozgląda się dookoła. Zna tu niemal wszystkich…

Kolejna porcja muzyki nie jest tak wyczerpującym przeżyciem. Za bębnami zasiada teraz muzyk nie drwal. Zawiadujący klawiszem śpiewa zamiast ryczeć. Gitarka wchodzi tak delikatnie, że wreszcie słychać poskrzypujące w tle organki. Nawet bas mruczy pieszczotliwie.
Wreszcie jest przyjemnie i nastrojowo.
Pochyla się w kierunku sąsiadki, która uśmiecha się porozumiewawczo. Potem opiera się o kolumnę i przymyka oczy…

Kiedy je otwiera – napotyka znajome spojrzenie. Udaje, że go nie dostrzega, choć jest tak silne, że niemal czuje, jak przysiada na lewym policzku i wolno zsuwa się po szyi i ramieniu.
Nienawidzi takich lepkich, agresywnych spojrzeń. Spina się. Bezwiednie zaciska szczęki. Zdaje sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy napięte do granic możliwości ścięgna na szyi reagują skurczem potwornego bólu. Przymyka oczy i próbuje rozewrzeć zęby. Ramieniem dotyka barierki i jej pulsowanie przywraca równowagę. Wsłuchuje się w wybijany przez kogoś rytm i zatraca się w nim na chwilę. Ten moment wystarcza, by mięśnie zwiotczały…

Sączy swoją wódkę i uśmiecha się do co i rusz podchodzących do stolika. Muzyka pomaga. Nie musi się witać, rozmawiać. Wystarczy, że się uśmiecha.
Wieczór robi się coraz chłodniejszy, naciąga więc na ramiona jesionkę. Niewiele to daje, postanawia zatem zejść do baru i zamówić herbatę. Sięga po torebkę i wstaje. Wysupłuje się ze swojego miejsca i wąskim przejściem idzie do schodów. Na plecach czuje ocierające się spojrzenia. Nie patrzy na siedzących przy mijanych stolikach. Nie musi. Wie, co zobaczy. Koncentruje się na dojściu do schodów…

Dziesięć kroków przed nią jest wejście na salę z barem. Tego momentu nienawidzi chyba najbardziej. Musi wyjść z cienia prosto w jasność. Nabiera powietrza, prostuje się instynktownie i przekracza granicę mroku. Trafia na oddech zespołu, więc słyszy zamierające rozmowy. Nie jest w stanie nie dostrzegać taksujących ją spojrzeń. Niemal zwala ją z nóg ich krzyk. Kobiece wrzeszczą nienawiścią i obrażają pogardą. Męskie też wrzeszczą i obrażają. Inaczej.
Dociera do baru i zamawia herbatę. Barman jest młody i niewinny, więc uśmiecha się do niego, gdy informuje ją, że nie musi czekać na zamówienie. Powrót jest łatwiejszy – już się im opatrzyła…

Zaciska palce na filiżance i stara się patrzeć na scenę. Co z tego, że jest już pusta. Do uszu docierają strzępki rozmów. Przy akompaniamencie żucia, przełykania, bulgotu – mówią. Usta im się nie zamykają. Nawet na chwilę. Śmieją się, siorbią, mlaszczą i – paplają. To nie do zniesienia.
Słowa wypadające z ust pachną pieprzem, papryką, kardamonem. Mają barwę nieprzetrawionego piwa i przefiltrowanego papierosowego dymu. Ocierają się szorstko o ramiona, odbijają od stolikowych blatów i, podskakując, turlają po wypolerowanych podłogowych deskach.
Rozmowa z sąsiadką-pianistką nie klei się – słabo się znają.
Postanawia zakończyć ten wieczór. Jest na siebie zła, że tu przyszła. Że uległa namowom. Przecież doskonale wiedziała, jak będzie. A raczej – jak nie będzie.
Otwiera właśnie usta, by oznajmić swoją decyzję, gdy do stolika podchodzi trzech znajomych muzyków. Niedawno zakończyli występ i chcą się zrelaksować.
Po chwili zjawia się kelner z butelką wódki i kieliszkami. Wykorzystuje sytuację i prosi o rachunek…

Moczy usta w swoim kieliszku i myśli, że jest całkiem miło. Toczy się rozmowa o niczym. Lekka i przyjemna. Odpowiada jej to. Nie zniosłaby pytań, użalania się nad nią albo okazjonalnych słów pociechy. Tak jest lepiej. Jest dobrze.
Alkohol powoli rozluźnia sąsiadów. Stają się mniej oficjalni. Znajdują w niej wdzięcznego słuchacza, więc zaczynają opowiadać o swoich problemach.
Słucha utyskiwań pianistki na brak szczęścia w miłości. Zawiłej historii o mężczyźnie życia, który po trzech miesiącach okazał się blagierem.
Ze współczującym zrozumieniem wysłuchuje opowieści klawiszowca o nawrocie choroby alkoholowej żony.
Z obrzydzeniem, którego nawet nie próbuje skrywać, stara się ignorować smęcenie gitarzysty o biznesowym układzie z żoną i jej licznych kochankach. Nie śmieszą jej anegdoty o przypadkowych spotkaniach i żenujących sytuacjach…

Wreszcie żal rozpływa się wraz z kolejną butelką wódki. Wpatruje się w oszronione szklanki i słyszy trzaskanie lodowych kryształków. W tle szemrzą rozradowane głosy. Czas smutku minął. Balast został zrzucony – pora się rozluźnić.
Udaje, że uczestniczy w tej niewinnej radości. Wznosi wspólne toasty, śmieje się z dowcipów. Nawet sama opowiada jakieś.
Z dobrotliwym uśmiechem słucha przeprosin sąsiadki, że jeszcze godzinę temu ta nazywała ją w myślach pustą lalą, którą ona przecież wcale nie jest.
Cierpliwie pokazuje rękę gitarzyście i wysłuchuje wykładu o swoich smukłych dłoniach – dłoniach pianistki.
Stara się nie śmiać, gdy siedzący obok klawiszowiec z zawstydzeniem tłumaczy, że zapatrzył się na nią, bo tak dawno jej nie widział…

Zazdrości im. Tak naprawdę, każdym neuronem – zazdrości im, że potrafią się znieczulić. Oderwać się od swoich kłopotów i gadać te wszystkie bzdury. Śmiać się i żartować. Zrobić krok i przesunąć barierę. Cofnąć się do czasu, kiedy wszystko wydawało się proste.
Zastanawia się, ile wódki musiałaby wypić, żeby osiągnąć taki stan. Tego niewinnego, dziecięcego niemal rozradowania.
Przygląda się im i wstyd jej, że traktuje ich jak owady pod szkłem. Że za ich szczerość odpłaca tą obrzydliwą trzeźwością. Że nie umie po prostu się upić…

Może dlatego nie sprzeciwia się, gdy proszą, by kontynuować zabawę u niej. Zgadza się i ze zdziwieniem zauważa, że tej nocy łamie już drugą ze swoich zasad.
Zamawiają taksówkę. Najchętniej pojechałaby oddzielnie. Nie po to, żeby im uciec. Po prostu wie, jak wygląda taka wspólna przejażdżka. Nie znosi takiej ciasnoty, przypadkowego kontaktu fizycznego. Przytłacza ją brak przestrzeni i coraz bardziej gęstniejące powietrze. Nie chce jej się tłumaczyć im tego wszystkiego. Ma podejrzenia, graniczące z pewnością, że żadne z nich nie zrozumiałoby o czym mówi.
Nie przeszkadza jej posądzanie o dziwactwo. Ale podejrzenie, że chciałaby uchodzić za kogoś lepszego – bardzo…

Krążą po uśpionym mieście w poszukiwaniu otwartego sklepu, w którym można by kupić coś do jedzenia.
Jest jej głupio, ale naprawdę nie ma w domu nawet chleba.
Od jakiegoś czasu jada bardzo mało. Kajzerka wystarcza jej na tydzień. Słoiczek oliwek – na dwa, a opakowanie sera – prawie na miesiąc.
Wreszcie trafiają do jakiejś monopolki, w której kupują konserwy i suchary.
Kończą pod jej domem. Z ulgą wysiada z taksówki i prowadzi ich do furtki. Chwilę biedzi się z zamkiem…

Dom wita ją blaskiem i ciszą. Młody wybrał się do dziadków na weekend.
Przed wyjściem specjalnie zapaliła część świateł. Nie lubi wracać do ciemnego, pustego domu. Do tego chyba najtrudniej jej przywyknąć.
Stoją w holu niezdecydowani, onieśmieleni nagle. Nigdy tu nie byli. Z wyjątkiem klawiszowca, którego przyprowadził kiedyś jej brat. Klawiszowiec pomagał mu w przewiezieniu sprzętu do pakamery przy garażu.
Uśmiecha się na to wspomnienie, a potem nagle budzi z zamyślenia i zaprasza dalej. Pyta, gdzie chcą siedzieć. Stwierdzają, że w kuchni…

Szybko nakrywa do stołu, rozstawia szkło, kroi przyniesione wiktuały i wyjmuje lód z zamrażarki. Obok niej siada pianistka, naprzeciwko – gitarzysta, a po prawej – klawiszowiec.
Właściwie pierwszy raz ma okazję porozmawiać z gitarzystą i nawet dziwi się jego elokwencji i oczytaniu. Dochodzi do wniosku, że ta rozmowa sprawia jej przyjemność.
Stara się nawet nie zwracać uwagi na kłótnię, która rozpoczyna się między pianistką a klawiszowcem. Weszli na tematy polityczne i krzyczą właśnie na siebie – zacietrzewieni, nadęci. Dobrze, że dzieli ich długość stołu…

Jest zmęczona, co odnotowuje z niejakim zdziwieniem. Nie pamięta, kiedy ostatni raz była zmęczona. Czy może – inaczej – nie pamięta, kiedy ostatni raz chciało jej się ze zmęczenia spać. Niestety, nie może się położyć. Nie wyprosi ich przecież.
Żeby jakoś odegnać tę apatię – podnosi się ze swojego miejsca i otwiera okno. Mroźne powietrze wdziera się w zgęstniałą od oparów alkoholu przestrzeń kuchni.
Czyni kilka kroków i natyka się na ołowiane spojrzenie gitarzysty. Robi się jej nieswojo, więc czym prędzej siada przy stole…

Pianistka kiwa się na krześle. Dawno już ucichła kłótnia między nią a klawiszowcem. Od tego czasu mężczyźni zdążyli jeszcze dwa razy wyjść po wódkę. Ona kolejny raz wysłuchała wtedy opowieści o mężczyźnie życia, który po trzech miesiącach okazał się być blagierem i oszustem.
Patrzy na pianistkę i robi się jej żal tej kobiety. Trąca ją w ramię i proponuje, by się położyła. Pianistka skwapliwie przystaje na propozycję. Idą więc do pokoju obok.
Wyciąga poduszkę i przygląda się skulonemu ciału pianistki. Nakrywa ją kocem i słucha chwilę spokojnego oddechu.
Wraca do kuchni…

Zawsze tak się w pewnym momencie dzieje. Niby do tego przywykła, ale za każdym razem na nowo sytuacja poraża ją komizmem.
Wiersz. Najpierw proszą, żeby powiedziała jakiś swój wiersz. Nigdy tego nie robi. Mówi, że – nie pamięta. Naprawdę – nie pamięta. Więc proszą, żeby przeczytała. Wtedy obiecuje, że za chwilę poszuka kajetu. Wierzą i natychmiast zapominają.
A potem zagajają o piosenkę. Zgadza się. Pyta, o czym ma być i obiecuje, że napisze. Prosi o telefon za kilka dni, tydzień, miesiąc. To nieważne. I tak nigdy nie dzwonią. Kiedyś wierzyła i naprawdę pisała im te piosenki. Ma ich pół zeszytu.
Więc teraz też. Gitarzysta napomyka o bluesowej. Czemu nie – może być bluesowa…

Za oknem szaro. Nawet nie zauważyła, kiedy przemknęła noc.
Siedzi i opędza się od próśb gitarzysty. Nie będzie śpiewać. Nigdy nie daje się do tego namówić.
Nie reaguje na zachwyty. I co z tego, że ma taki niesamowity głos. Nie śpiewa i już. Tak, śpiewała kiedyś w chórze. Ale to było dawno i się skończyło.
W końcu klawiszowiec niecierpliwi się i napełnia kieliszki. Mówi kilka ostrych słów gitarzyście i ten odczepia się wreszcie od niej i jej głosu…

Siedzą i słuchają muzyki. Nawet pianistkę zwabiło Take Five w wykonaniu Dave’a Brubecka.
Patrzy na nich i zastanawia się, kiedy wreszcie sobie pójdą. Ma już dość towarzystwa, ale nie powie im tego. Nie umie. Będzie siedzieć i słuchać ich wynurzeń z uprzejmą miną.
Robi się zamieszanie. No tak. Alkohol się skończył. Tym razem wychodzi gitarzysta. Sam. Bez telefonu. Po jakimś czasie zaczynają się niepokoić i klawiszowiec wyrusza na poszukiwania. Wracają obaj po kwadransie. Gitarzysta kupił co trzeba i w drodze powrotnej – zabłądził.
Klawiszowiec też kupił. Wypatrzył gitarzystę przemykającego dwie uliczki dalej i zawołał.
Patrzy na dwie litrówki i zastanawia się, ile czasu zajmie im wypicie tego…

Kolejny raz wysłuchuje opowieści pianistki o mężczyźnie życia, który po trzech miesiącach okazał się być blagierem, oszustem i złodziejem, kiedy tuż przy uchu słyszy głos klawiszowca.
Pochyla się i czuje zapach jego perfum.
Cichym głosem pyta ją, czy mógłby się zdrzemnąć. Przytakuje i prowadzi go na górę. Wyjmuje pościel i pokazuje mu łóżko. Klawiszowiec podchodzi do niej i przygląda się jej, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. A potem tym swoim ciepłym barytonem informuje ją, że jest piękna i że ją kocha, po czym zwala się na łóżko i zasypia.
Nakrywa go kołdrą i rozbawiona schodzi na dół.
Trafia w środek opowieści gitarzysty o kochance, która zostawiła go i uciekła z kochankiem żony…

Za oknem zapada zmrok. Podnosi się i zapala w kuchni światło. Pianistka mruży oczy i pyta, czy mogłaby się przespać. Bez słowa pokazuje jej pokój, w którym spała wcześniej.
Wraca do kuchni i przygląda się gitarzyście, który przestawił sobie krzesło i przysiadł się z lewej strony. Bez słowa siada na miejscu klawiszowca. Gitarzysta wstaje i pyta, czy ona z nim zatańczy. Nie gra żadna muzyka, więc uśmiecha się i kręci przecząco głową. Ten nie rezygnuje. Podchodzi jeszcze bliżej i zaczyna nucić My Funny Valentine.
Patrzy na gitarzystę, parska śmiechem i puka się w głowę.
A potem zastanawia się, czemu on usiadł na jej miejscu…

Nowa fala znużenia zalewa ją w trakcie kolejnej opowieści. Przygląda się twarzy gitarzysty i zastanawia się, jak to jest być głuchą. Chciałaby móc choć na chwilę wyłączyć zmysły. Skupia się na deseniu firanki i przez minutę głos gitarzysty staje się tylko nieprzyjemnym brzęczeniem. Niestety, nie potrafi wyciszyć go całkowicie. Nie umie nawet na dłużej zatrzymać myśli na wzorku.
Dekoncentruje się i wskakuje w sam środek gadaniny.
Gitarzysta zmienia ton. Zmienia się też mowa jego ciała. Pochyla się nad nią i stara się ją objąć. Odruchowo odsuwa się i próbuje dać mu do zrozumienia, że jego zaloty jej nie interesują. Gitarzysta zdaje się nie rozumieć, więc wstaje i wychodzi z kuchni. Ma nadzieję, że kiedy wróci – obrażonego gitarzysty już nie będzie…

Po sąsiednim pokoju krąży świszczący oddech pianistki. Przez szklane drzwi widzi jej podkurczone nogi i komicznie odrzuconą rękę. Pianistka wygląda, jakby podskoczyła i zamarła w wyskoku.
Wchodzi do łazienki i spogląda w lustro. W tafli rozpływa się drobna twarz o smutnych oczach. Przez chwilę zastanawia się, co musi się wydarzyć, żeby ktoś miał takie smutne oczy, nim uświadamia sobie, że patrzy na siebie.
Czym prędzej odwraca wzrok. Trzymane tyle czasu na wodzy nerwy puszczają na ułamek sekundy i czuje pod powiekami piasek.
Przysiada na rancie wanny i liczy do jedenastu. Lubi tę liczbę. Ma do niej irracjonalnie sentymentalny stosunek.
To ją wycisza.
Własne rozmiękczenie jawi jej się pod postacią rozsypanych wiotkich gałązek. Czym prędzej zbiera je w myślach w wiązkę i mocno zakręca kosmatym szpagatem. Oddycha głęboko, podnosi się i wraca do kuchni…

Gitarzysta robi do niej maślane oczy. Nie może tego znieść. Ma ochotę go wyprosić. Niestety – uprzejmość pani domu raz jeszcze bierze górę. Zamiast krótkiego „Won!” – uśmiecha się z przymusem i zajmuje miejsce naprzeciwko. Postanawia się nie odzywać, mając nadzieję, że może go jednak wypłoszy.
Cała jest pobożnym życzeniem, więc jego ruch odczytuje opacznie – wydaje jej się, że wstał, by sobie pójść. Kiedy opuszcza kuchnię, z rozczarowaniem słyszy szuranie butów po dywanie. Jest pewna, że poszedł do łazienki…

Z góry dochodzi pochrapywanie klawiszowca. Chwyta ją zazdrość, że nie może pójść w jego ślady – odetchnąć w czystej pościeli.
Zasłuchana w to pragnienie – przegapia powrót gitarzysty. Nie zauważa też malującej się na jego twarzy determinacji, kiedy więc przysiada obok i przysuwa swoje usta do jej ust – odchyla się nieznacznie.
Mierżą ją te żałosne próby.
Przygląda się rozchodzącym się wokół jego oczu zmarszczkom i myśli sobie, że jest stary. Nie może pozbyć się wrażenia, że jego pofałdowane czoło faluje, a zlepione pasma włosów wzbudzają w niej obrzydzenie.
Po pięciu sekundach dociera do niego, że nic z tego nie będzie. Odsuwa się i patrzy na nią…

Wzrusza ramionami i przesuwa się z krzesłem dalej. Nie może darować sobie złośliwości i zastanawia się, jak to by było – całować trupa. Już ma powtórzyć tę myśl głośno, gdy on oznajmia nagle, że to mogło być najcudowniejsze pięć sekund w jego życiu. Nie wierzy, że ktoś może być takim kretynem. Dławi się hamowanym śmiechem.
Za plecami słyszy szmer i z ulgą spogląda na wchodzącego właśnie klawiszowca. Pokazuje mu butelkę i podsuwa kieliszek. Klawiszowiec skwapliwie napełnia go i wypija jednym haustem. Gitarzysta dołącza do niego.
Ona przygląda się tej scenie i też wypija swoją porcję…

Rozmowa schodzi na sprawy sztuki. Tak. To już ten czas. Słucha wynurzeń gitarzysty o tym, czego chciałby w tej muzyce dokonać.
Ziewa dyskretnie. Nawet nie to, że nie wierzy w szczerość takich deklaracji. Wierzy. Jak najbardziej. Tyle, że nie ma nastroju na podobne dysputy. Siedzi na tym twardym krześle już ponad dwadzieścia godzin i jedyne, o czym tak naprawdę marzy – to zrzucić z siebie przesycone zapachem nikotyny i jedzenia ubranie, zzuć botki i zanurzyć się w waniliowym wrzątku. Rozmarza się.
Głos klawiszowca przywołuje ją do rzeczywistości…

Nie wydaje jej się, by naprawdę interesowało ich, jak powstaje wiersz. Zbywa pytanie żartem. Ponieważ nie rezygnują – wychodzi i przynosi cieniutką filiżankę ze złotymi wzorkami. Stawia ją przed sobą i podchodzi do jednej z szafek. Sięga po szklany pojemnik i przesypuje do porcelanowego zaparzacza łyżeczkę czarnych płatków, wrzuca zaparzacz do czajniczka i zalewa wrzątkiem. Po kwadransie przelewa napar do filiżanki i siada przy stole. Oznajmia, że tak zaczyna się każdy wiersz i pyta, czy chcą słuchać dalej. Nie chcą, więc oddycha z ulgą i delektuje się czerwono-bursztynową herbatą…

Przez uchylone okno wkrada się wilgoć nocy. W żywiczny szelest świerkowych igieł wplątują się rozochocone głosy spóźnionych przechodniów. Siedzi przy stole i wyobraża sobie, że rozgadane usta rozpłynęły się w powietrzu i znikły.
Pobłyski na szybach rozmazują się w witkacowskie spirale. Twarze stają się wyraźne. Sprzęty ostrymi krawędziami odcinają tło ścian.
Wódka nabiera obrzydliwego, słodkawego posmaku. Wypija i zerka na etykietę. No tak. Zgadła. Nie krzywi się jednak. Próbuje zabić mdły smak zwykłą wodą…

Ma dość. Zastanawia się, na jak długo starczy jej jeszcze uprzejmości, nim wyrzuci ich wreszcie na zbity pysk. Mija dwudziesta siódma godzina…
Liczy, ile czasu już nie śpi. Czterdzieści dwie godziny. Nie. Nie zatrważa jej to. Miewa dłuższe okresy bezsenności. Po prostu tęskni już za ciszą. Pragnie zatopić wzrok w bieli ścian i odetchnąć smakiem powietrza z otwartego okna.
I tak nie zaśnie, gdy zostanie sama. Alkohol zawsze tak na nią działa. Pobudza. Intensyfikuje okres aktywności. To dlatego pije tak rzadko.
Milknie zupełnie, w nadziei, że oni wreszcie zrozumieją i sobie pójdą…

Cisza. Nie – idealna, lecz taka, jaką najbardziej lubi – ze skrzypieniem podłóg, bulgotem w rurach, odgłosami miłości dochodzącymi z uchylonego okna w domu naprzeciwko.
Nie ma ich.
Nareszcie.
Wyszli razem, choć gitarzysta bełkotał coś o poważnej rozmowie i zapierał się, wzbudzając złość pianistki i klawiszowca…
Podchodzi do okna i otwiera je szeroko. Jesienne powietrze uderza lepką falą.
Wchodzi do łazienki i zdejmuje buty. Patrzy na swoje stopy. Podchodzi do wanny i puszcza wodę.
Konstatuje, że postawienie bosej stopy na podłodze jest dziwnie przyjemne.
Dom znowu zaczyna pachnieć noni…

Obrazki. Leszczyna.

Kusiła. Odkąd tylko Łukasz pamiętał, ta samotna, rozłożysta leszczyna, rosnąca na środku pola sąsiada kusiła wszystkich chłopaków. Ale mało który ryzykował wyprawę po orzechy, bo stary Karwat nogi miał dobre, a jego psy – ostre zęby. Ludzie powiadali, że specjalnie żreć im nie daje, żeby były wredne.

I były. Łukasz pamięta, jak kiedyś wygryzły mu dziurę w spodniach, a i czterech liter nie oszczędziły. Dwa tygodnie nie mógł potem na lewej stronie siadać. A z tydzień w ogóle na kucaka jadał, bo ojciec takie pranie mu za złodziejstwo sprawił, że szkoda gadać. Żeby chociaż jeszcze było za co. Ale Łukasz nawet do tej leszczyny nie doszedł. Tak prawdę mówiąc, to ledwo parę kroków w zbożu zrobił, a już go te kosmate bestie opadły.

Takich pokąsanych i obitych amatorów znalazłoby się we wsi sporo. Najgorsze było to, że Karwat ani myślał sam te orzechy zbierać. Co roku wszystko się marnowało! A co by mu szkodziło, jakby sobie chłopaki trochę pojedli? Nieużyty był i tyle!
Ile to razy przemyśliwali, jak by tu starego przechytrzyć i do tych smakowitości się dobrać. I tak go podchodzili i siak, ale zawsze – bez powodzenia.

Jednak najbardziej ich rozwścieczyło, jak raz zobaczyli, że jakaś smarkula się koło ich leszczyny kręci. Mała była i chuda i ledwo do niższych gałęzi dosięgała. Zrywała sobie te orzechy jakby nigdy nic! Pobiegli wtedy pod obejście i wypatrzyli, że Karwat te swoje paskudy mocno przy sobie trzyma. No to złość ich jeszcze straszniejsza wzięła i postanowili się ze smarkatą rozprawić, jak spod tego drzewa już na drogę wyjdzie.
No, wybić ją chcieli i orzechy odebrać.
Zaczaili się za łanem i czekali. Długo czekali. Aż wreszcie któryś poleciał sprawdzić i okazało się, że małej już tam wcale nie ma.

Ale – co się odwlekło, to nie uciekło!
Jak szkoła nastała, to pierwszy ją Krzysiek wypatrzył. Potem już i inni poznali. Po warkoczach takich śmiesznych, od samej góry plecionych. Tu żadna dziewczynka tak się nie czesała. No to Grzesiek podbiegł i ją za te warkocze jak za lejce pociągnął. Mocno. I jeszcze „wio!” zawołał. Musiało ją zaboleć, bo skrzywiła się jak do płaczu, ale szybko się opanowała i tylko popatrzyła na Grześka przez ramię. I zaraz ją dziewczynki zasłoniły, a ta ruda Jaśka, co większa nawet od niektórych chłopaków była, wyskoczyła do przodu i tak Grześkowi w zęby dała, że aż się zatoczył. Pięknym sierpowym go załatwiła! Z Jaśką to nikt nie zadzierał, bo siedmiu braci starszych miała i bić się musiała nauczyć, żeby jej na głowę nie wleźli.
To i Grzesiek tylko krwią splunął i zrejterował. Ale przed Jaśką – nie wstyd było.

Chłopaki, widząc, że z dziewczynami nie wygrają, postanowili tymczasem odpuścić.
Tym bardziej, że już i pani ich do klasy wołała i wiedzieli, że jak coś teraz zrobią, to któraś na pewno z twarzą poleci. A głupio tak było od pierwszego dnia podpadać…
No i szybko okazało się, że ta mała w ich klasie zostanie, choć nikt i nie pomyślał, że taka mizerota w ich wieku może być. I buzię jakąś dziecinną miała.
Pani powiedziała, że to Karwata wnuczka jest, i że na imię ma Emilka. No to Grzesiek zaraz się zaśmiał szatańsko i zawołał: „Emilka – piłka!”, ale jak Jaśka na niego łypnęła, to tylko się skulił i śmiech w nim zamarł. Łukasz wtedy pierwszy raz widział, co to jest takie śmiechu zamarcie.
Emilka tymczasem usiadła z Anulką, w ławce przed nim i Krzyśkiem.

Cicha ta Emilka była i taka jakby trochę przestraszona. W kłótnie się wdawać nie chciała i zawsze trochę z boku stawała. Do chłopaków to w ogóle się nie odzywała niepytana, ale jak któryś o ołówek poprosił albo o kartkę, to zawsze pożyczyła.
Na początku jej chłopaki różne żarty próbowali robić, ale jak zobaczyli, że ona skarżyć nie chodzi, to trochę przestali. Co nie znaczy, że jej te orzechy darowali.
Zemsta musiała być i kropka!
Tylko okazji trzeba było wyczekać.

A ta nadarzyła się dopiero pod Boże Narodzenie.
Wolne już ze szkoły mieli. Matki z domu przepędzały, że niby przeszkadzają tylko, to i włóczyli się całą bandą po okolicy. No… rozrabiali trochę, ale nie za bardzo.
Ot, starej Matuszkowej chałupę śnieżkami obrzucili, ale jak wyleciała z wrzaskiem, to uciekli.
Później do tej młodej, co tu tylko z dzieciakiem bez męża przyjechała, na ogródek pobiegli i bałwana rozwalili. Bez żadnej złej myśli – dla draki tylko. I znowu zwiewać musieli, bo nie wiedzieli, że ten mały Maciuś w ogródku jest i że tak się rozryczy. Śmiali się pół drogi z tego beku.
A potem jeszcze do komórki z drzewem u listonosza Więcka się zakradli. Grzesiek jeden klinik wyciągnął i się wszystko posypało na podwórko. No to też śmiesznie było.
Wreszcie im się te psoty znudziły i wtedy Darek wpadł na pomysł, żeby na Księży Staw iść. Trochę się wahali, bo jak ktoś by ich złapał, to lańsko murowane, ale…

Na Stawie lód już był. Nawet gruby dosyć, więc wleźli. Nie za daleko, żeby się nie wykąpać… jak by co. Przy brzegu ślizgawkę sobie zrobili i jeździli na butach. A potem zawody urządzili – kto dalej na jednej nodze dojedzie…
I wtedy Łukasz ją zobaczył. Emilkę. Po czapce ją poznał i po kożuszku jasnym. Szła dróżką przy Stawie i tak śmiesznie nogi przesuwała. Ostrożnie. Jakby się bała, że upadnie.

Łukasz to by jej nawet już te orzechy darował, bo wcale taka zła nie była, ale ją i inne chłopaki wypatrzyły i – Grzesiek chyba – zawołał: „Chłopaki! Orzechy!”.
I puścił się biegiem na przełaj. Za nim reszta pobiegła. To i Łukasz – też. Tyle, że buty miał śliskie, więc trochę zmarudził i kiedy już dobiegł, oni właśnie naokoło Emilki biegali i wrzeszczeli. A ona stała pośrodku i nie bardzo rozumiała, co się dzieje. Tylko ręce do uszu podniosła i oczy zamknęła.
Może, żeby się poruszyła, albo i krzyknęła – chłopaki by odstąpili. Może, żeby im nie pokazała, że się boi. Ale bała się i nie umiała tego ukryć. I to chłopaków podbechtało – biegali coraz szybciej i darli się coraz głośniej.

I wtedy Łukasz nie wytrzymał – ślizgając się na tych podeszwach, wpadł między nich, roztrącił Grześka i Darka i zasłonił Emilkę.
I krzyczał coś. Ale dziś nie bardzo już pamięta – co. Chyba, żeby przestali się wygłupiać, że dosyć.
I wtenczas poczuł pierwsze uderzenie. Z początku nie zrozumiał – bardziej go zdziwiło niż zabolało i nie zrobił nic. A potem to było jak na filmie… Chłopaki dobiegali do niego, walili kułakami i odskakiwali. Najpierw stał, to trochę się odbijał. Ale któryś kopnął go w kolano i wtedy Łukasz upadł. A jak już upadł, to posypały się na niego razy i kopniaki. Pod sobą czuł trzęsącą się Emilkę i nawet nie myślał o swoim bólu. Tylko o tym, żeby ją jak najszczelniej osłonić…

Ocknął się, bo poczuł coś mokrego na twarzy. Otworzył oczy i zobaczył zapłakaną Emilkę, która wcierała mu śnieg w policzki. Chciał się zerwać i dalej bić się z chłopakami, ale nie dał rady. Nawet głowy nie mógł podnieść…
Potem chyba znowu zemdlał…

Obudziła go cisza. Wokół było ciepło i jasno, a nad nim pochylała się miła pani w białym fartuchu. Pani miała pomarszczoną twarz i niebieskie oczy. Dopiero po chwili poznał, że to mama. Chciał się do niej uśmiechnąć i powiedzieć, że wszystko dobrze, ale język miał jakiś nieswój, jakby z drewna wystrugany. I usta grube, zdrętwiałe…

Do szkoły Łukasz poszedł przed samymi wakacjami. Najpierw długo był w szpitalu, a potem musiał od nowa nauczyć się chodzić.
Kiedy wszedł do klasy, cisza się zrobiła, jak makiem zasiał i wszyscy obrócili się w jego stronę. Wszyscy – oprócz Grześka, Krzyśka i Darka. Ci siedzieli z głowami wtulonymi w ramiona i z uporem wgapiali się w tablicę.
Łukasz dokuśtykał do swojego miejsca. Usiadł i dopiero wtedy zobaczył, że krzesło obok Anulki jest puste. Zdjął go dziwny strach… Rozejrzał się po klasie i spojrzał na Jaśkę. Na jego nieme pytanie tylko pokręciła głową.

- Emilka wyjechała. – usłyszał na przerwie od dziewczynek. – To nie była prawdziwa wnuczka Karwata. Oni ją wzięli z Domu Dziecka…

Obrazki. Dominika.

- Zawsze byłaś pomylona! – wrzasnął. Potem zakręcił się na pięcie i tyle go widziała…

Siedziała przy kuchennym stole i tępo wpatrywała się w niebieską serwetę.
Co miała mu powiedzieć? Że seks z nim przeważnie był do niczego?
Urodziła mu przecież trójkę dzieci…
Wzruszyła ramionami.
„Czego on chce? Kretyn! Naoglądał się głupawych filmów i zapragnął akrobacji…”
Wydęła pogardliwie usta.
Szkoda, że wygibasy miała robić tylko ona…
„Udzielny książę chciał leżeć i pachnieć. Niby szybko załapał, że kobieta ma do zaoferowania coś więcej… Ale jakoś nie przyszło mu do głowy, że i facet posiada różne… możliwości.”

„Nigdy nie byłam zadowolona… – sarknęła, naśladując jego głos. – A nie byłam! Bo żeby być dobrym w te klocki, wcale nie trzeba oglądać pornoli. To trzeba mieć we krwi… I wyobraźni trochę – ot, co!”
Przed oczyma stanął jej Jacek.
Jej pierwszy facet. I jedyny, który potrafił zrobić wszystko jak trzeba.
Jeszcze dziś na najlżejsze skinienie poleciałaby do niego, nie zważając na nic.
A przecież minęło już dwanaście lat…

Rozejrzała się po kuchni.
„Sernik upiekłam. Karpatka nie opadła… – próbowała zagłuszyć tamte myśli. – Mam pieczeń i dwie sałatki. Nie – trzy. Bo jeszcze ta z krewetkami… Obrzydlistwo – wzdrygnęła się nagle. – Ciekawe, kto to coś będzie jadł? No, ale przecież chciałam się trochę pokazać… Wódka kupiona… Napoje też… Idiota!”
Nigdy! Nigdy go nie zdradziła! On jej chyba też nie? Chociaż… diabli go tam wiedzą…
„Nie myśleć! – przywoływała się do porządku. – Nie myśleć… Nie nakręcać się…”
Była zazdrosna. Piekielnie zazdrosna. Sen z powiek spędzały jej wizje Tymka z innymi kobietami. Ale – trzymała się w ryzach. Nigdy nie zrobiła mu sceny. Nie zrobiła, bo wiedziała, że gdyby raz zaczęła…
Tak przecież skończyło się z Jackiem… Powiedział, że dusi go swoją zazdrością. I odszedł…
Co tam! Młoda wtedy była i głupia. A Jacek wydawał się jej prawie jakimś bóstwem… Zawsze taki elegancki, pachnący…
„Nie myśleć…” – powtórzyła.

- Seks jest ważny. – powiedział kiedyś Tymek z mądrą miną.
„Pewnie, że jest ważny. Jeśli którakolwiek kobieta twierdzi inaczej, to albo nigdy nie była z prawdziwym facetem, albo… kłamie.”
Na początku szło jeszcze jako tako. Była młoda – podniecało ją byle co. No i nie chciała Tymkowi robić przykrości, więc trochę udawała… Łudziła się, że on się podszkoli… nauczy…
Tia!
Jak tylko się pobrali – przestał się starać. Zaklepał sobie i spoczął na laurach… A koleżanki ją ostrzegały!
„Cholerna obrączka zapomnienia!”

„A może to przez dzieci?” – pomyślała nagle.
Po Andzi jeszcze się bardzo nie zmieniła. Nie przytyła prawie… Miała ładny brzuch i pośladki… Tylko piersi jej trochę zmiękły. Od mleka.
Uśmiechnęła się. Kiedyś słyszała, jak jakaś młoda babka żaliła się koleżance, że więcej przyjemności ma przy karmieniu dziecka niż przy pieszczotach męża.
Z nią tak źle nie było…
Andźka ssała boleśnie, łapczywie…
Jasio jak motylek… W ogóle chorowity był i delikatny… I tak pozostało do dziś…
„Może jakiś artysta z niego wyrośnie… Bo… czemu nie? Teraz artystów się szanuje… I zarabiają nieźle…”
Po Jasiu siadł jej brzuch. Nie przytyła, ale długo nosiła fałdę skóry przed sobą. Potem się wchłonęło. Tylko rozstępy zostały…
Po Gubci było najgorzej. Utyła. Piersi zrobiły jej się jak worki.
Takie… juki na wodę… Widziała kiedyś na filmie kowbojskim.
I uda jej się rozlazły…
Próbowała trochę się odchudzać… Ale – gdzie tam! Czy to ona miała czas na diety i ćwiczenia! Czas i pieniądze.
Jedna głupia dietetyczka w programie radziła kiedyś: „Bananik, szyneczka, chrupkie pieczywko…” Od razu znać, że nie miała dzieci. Ani problemów finansowych. Co to za matka, co sama żre szynkę, a dzieci karmi zwyczajną? Albo kupuje sobie banany? Idiotka i tyle!

Dopiero, jak najmłodsza poszła do szkoły, mogła wrócić do pracy.
Wtedy zaczęła wyglądać lepiej. Musiała o siebie trochę zadbać. Pofarbowała włosy, kupiła trochę ciuchów, schudła.
W ubraniu wyglądała jeszcze jako tako, ale pod?
Nie. No nie było aż tak tragicznie.
Zerknęła na odbicie w szybie. Przejechała ręką po brzuchu. Uniosła rękoma piersi.
Inne po jednym dziecku wyglądają gorzej. Albo to nie widziała na plaży…
„Wyglądam jak wyglądam! – zaopiniowała. – Nie w tym rzecz…”
Tymek chyba stracił do niej ciekawość…
Nagle parsknęła śmiechem.
Przypomniało jej się, jak parę lat temu przycięła się na serduszko. Myślała, że to może Tymka zachęci…
Tia…
Włożyła ładną koszulkę, nawet się poperfumowała… A on…
Oglądał jakiś thriller… Kręciła się i udawała nawet, że się trochę boi, przytulała się, żeby zwrócił na nią uwagę.
No i zwrócił… Tak ją obezwał od idiotek i głuptaków, że jej się wszystkiego odechciało.
A potem jeszcze odrastające włoski podrażniły jej pachwiny, bo się nieopatrznie parę razy podrapała… Myślała, że się wykończy… Igraszki całkiem wywietrzały jej z głowy. Modliła się, żeby czegoś gorszego z tego golenia nie było…
Nie było.

Kiedyś zobaczyła, że oglądał się za taką czarnulą z osiedla. Starsza od Dominiki była, ale ładna – to fakt. Zadbana…
No to się przefarbowała na czarno i postanowiła zahodować włosy. Niewiele z tego wyszło – cierpliwości nie miała. Po dziesięciu dniach plunęła na wszystko i pobiegła do fryzjera.
Więc postanowiła się chociaż opalić, bo farba za cholerę nie chciała się zmywać i przy tej swojej bladej cerze wyglądała jak trup. Zima akurat była, więc poszła na solarium.
Chyba za szybko chciała efektów i przedobrzyła, bo na trzeci dzień zlazła jej skóra. W same Święta! Teściowie przyszli i braciszek Tymka z żoną. Tylko przykrości się najadła, bo ta Monisia zawsze taka jak z igiełki…
Snuła się po chałupie jak cielak. I jeszcze musiała uważać, żeby nie nasypać czegoś do jedzenia, bo złaziło płatami….

Na czarnulę jej to rozkochiwanie Tymka nie wyszło, ale wyczytała, że dobra jest kozieradka. Ile się za tym nachodziła! Znalazła w jakiejś drogerii, na rozwagę, to kupiła kilo…
A potem sypała do wszystkiego, licząc, że temperament Tymkowi skoczy…
Rzeczywiście – kochali się wtedy częściej, ale umiejętności dzięki kozieradce nie pogłębił…
A potem dostał strasznego uczulenia i musiała Dominika kozieradkę z jadłospisu wykreślić na stałe…
Do tej pory uczulony jest – sprawdza od czasu do czasu…

Złość jej trochę przeszła.
W sumie nie jest taki najgorszy – nie pijak i nie cham. Pracuje. Dzieciom w lekcjach pomaga. W domu coś zrobi czasem. O kwiatkach na imieniny i rocznicę pamięta…
Nie, no najgorszy nie jest.
„I co mu nagle dziś z tym seksem odbiło? – zdenerwowała się znowu. – Jak to on powiedział? Że… mało urozmaiceń… Kretyn! A może ja też mam swoje upodobania? Może ja na przykład lubię czerwone bokserki?”
Lubiła. Tymek fajnie wyglądał w czerwonym.
No to mu raz kupiła na urodziny. Myślała – włoży…
I nałożył. A jakże! Do roboty na drugi dzień. A po powrocie do domu ją sklął, bo upał był i mu slipki ulubione dżinsy pofarbowały, jak się spocił…
Widać ta baba na bazarze kłamała, że markowe.
A i dżinsy się nie wyprały i musiała wyrzucić.
Gniewał się wtedy na nią ze trzy dni…

I ten ostatni jej pomysł też nie był za fortunny…
No ale skąd mogła wiedzieć, że ten żel intymny tak na niego podziała? Jej nic się nie stało…
Tyle wstydu się najadła, idąc do tego sklepu. Modliła się, żeby jej nikt znajomy w takim miejscu nie wypatrzył.
„Na przedłużenie erekcji” – było napisane. I żeby – godzinę przed.
A skąd ona niby miała wiedzieć, kiedy będzie „godzina przed”? I tak ledwo zdążyła na chwilę wyskoczyć do łazienki, żeby się nasmarować, jak zobaczyła, że Tymek nabrał ochoty…
Oj! Wtedy to ją naprawdę zbluzgał!
Że jak mu instrument utną, to ją chyba zabije. Sama się wystraszyła niewąsko…
Nie przyznała się, że to od żelu. Znaczy – Tymkowi się nie przyznała. Bo lekarzowi – musiała.
Pojechali wtedy w nocy na Pogotowie. Taksówką.
Ludzi dużo na szczęście nie było…
Za to – lekarzy! Chyba z sześciu przybiegło. Aż jej szkoda Tymka było, że tak go oglądają jak jakieś dziwadło.
Na strachu się skończyło i na tygodniu zwolnienia, bo od tej opuchlizny chodzić nie mógł za bardzo. I tylko w szlafroku…
Nawet fajnie wyglądał, ale co z tego, jak akurat popsute było… Nawet nie zaczepiała…

„Jutro mam urodziny… – pomyślała. – A ten… zamiast się cieszyć, że dzieci u teściów, zamiast korzystać… Eee… Szkoda gadać! I o co?”
Że mu zmianę miejsca zaproponowała! Dla niego przecież! Żeby urozmaicić właśnie! Najpierw to się nawet ucieszył jakby. I trochę nie uwierzył chyba… Ale poszedł za nią… Nawet mu się podobało, jak się tak wygięła parę razy…
No dobrze. Może i przedobrzyła. Może nie powinna była… Ale skąd, do cholery, mogła wiedzieć, że ten fotel już taki stary jest i nie wytrzyma, jak ona skoczy z rozbiegu… Przecież nie na fotel chciała, a na Tymka w tym fotelu…
Czy to jej wina, że fotel się połamał i Tymek się zaklinował całkiem na amen? Bo ona to tylko trochę…
No to wylazła i najpierw próbowała sama go uwolnić… Dopiero potem po tego Jakubka pobiegła i wspólnie Tymka wydostali…
I żeby jeszcze miał pretensje o coś poważnego! To – nie! O to tylko, że właśnie Jakubka!
I jak to wrzeszczał!
- Chłystka tego do domu wprowadziłaś! Żeby mnie ratował! Żebym dług u niego miał! Wroga największego! Ty wiesz, kobieto głupia, komu on kibicuje!?
A niby skąd Dominika miałaby to wiedzieć. Ona się poważnymi sprawami zajmuje, a nie sportowymi durnotami…

„Trzeba spać. Nie będę przecież całą noc na amanta czekała…”
Usłyszała chrobot klucza. Jej wzrok znowu spoczął na niebieskiej ceracie. Najpierw obojętnie. Potem jakaś myśl błysnęła jej w głowie, a usta rozciągnęły się w tajemniczym uśmiechu…

Obrazki. Swietłana.

Historia Swiety zaczęła się pewnego wiosennego dnia. Po prostu obudziła się i stwierdziła, że jest. Nie pamiętała niczego, co przed tym przebudzeniem miało miejsce.
W ogóle nic nie pamiętała. Nie wiedziała kim była, czy miała jakąś rodzinę, przyjaciół, pracę.
Była jak czysta karta, gotowa do wypełnienia jej dowolną treścią.
Z drugiej strony… wiedziała…
Wiedziała, że drzewa to drzewa, kwiaty to kwiaty, ptaki to ptaki…
Umiała nazwać chleb i wodę. Znała smak pomarańczy i czekolady. Wiedziała, jak pachnie róża i ser. Czuła wilgotność mąki i chłód śniegu…

Z argentowego świata uśmiechała się do niej łagodna twarz o fiołkowych oczach. Smukłe palce nieustannie zanurzały się w powodzi błękitnawych pasem, usiłując ułagodzić nieład. Drobne usta układały się w wyraz dziecinnego nadąsania…
Długo trwało, nim Swietłana zrozumiała tajemną więź łączącą ją z widmem z lustra. Gdy już ją pojęła – uczuła rozczarowanie i przestała tam bywać….

Później zaabsorbował ją ruch za taflą. Przyglądała się białej drodze wijącej się wśród krzaczastej zieleni, snującym się po niej od czasu do czasu zjawom. Początkowo sądziła, że są wymysłem, kolejną projekcją jej osamotnionej wyobraźni. Gdy dotarło do niej, że istnieją naprawdę i nie ma żadnego na to istnienie wpływu – przeraziła się.
A potem nagle – przypomniała sobie. Przypomniała sobie wszystko, co było jej potrzebne, by wreszcie zrozumieć…

On był taki piękny. Miał dobre ręce i Swieta tak właśnie o nich myślała. Koiły ją dotykiem. Sprawiały, że czuła się bezpieczna i potrzebna.
Miał miękkie usta, które przykładał do jej czoła i tym symbolicznym gestem zbierał wszystkie troski i zmartwienia.
Miał mądre oczy, które patrzyły na nią, rozumiejąc i tłumacząc każdą wątpliwość…

Kiedy kładli się obok siebie i odnajdowali swoje ręce, Swieta czuła, że nic nie jest ważniejsze od tego dziwnego porozumienia.
Codziennie wieczorem zamykali oczy i śnili wspólny błękitnoszary sen. Pływali w nim – zupełnie przeźroczyści, lekcy, pergaminowi.
Każdego ranka po przebudzeniu ich pierwsze słowa dotyczyły tej wspólnej, onirycznej podróży. Przeżywali na jawie każdy moment, opowiadając sobie o napotkanych tam rzeczach, wymieniając się spostrzeżeniami, które okazywały się być niemal identyczne…
Można powiedzieć, że po przebudzeniu odbywali tę swoją wędrówkę jeszcze raz i te wspólne doznania stanowiły podstawę ich jestestwa…

Byli tak – nienaturalnie blisko, połączeni myślą, oddechem.
Karmił ją i poił, kąpał i ubierał. Pozwalała na to, widząc, ile radości daje mu możliwość podejmowania za nią każdej decyzji. Nie przeszkadzało jej to – przecież i tak byli jedną ideą, jednym czynem…

Swieta nie pamiętała, kiedy wdarł się w nią strach, ale gdy o tym myślała, przed oczyma stawał jej pokój z fantomami, od których biły chłód i obojętność.
Zrozumiał, że ona lęka się tamtego miejsca i starał się, by nie musiała przebywać w nim zbyt często. Początkowo czuła wdzięczność za tę empatię, później w jej umysł wkradło się podejrzenie… Było irracjonalne i nieuzasadnione, ale im bardziej próbowała się go pozbyć – z tym większą siłą w niej pęczniało…
W końcu zdominowało ją do tego stopnia, że zaczęła się z nim utożsamiać – stała się wielkim, zmaterializowanym podejrzeniem.

Od tego czasu ich wspólne sny zaczęły zakłócać coraz odleglejsze, obce obrazy. Rozpoczęła się między nimi walka, w czasie której każde próbowało podążyć w swoją stronę, pociągając za sobą to drugie…
Przeważnie ona jeszcze mu ulegała i po krótkiej szamotaninie podążała posłusznie za nim, wierząc w zapewnienia, że następnym razem to on ulegnie jej… Mimo, iż miała przeczucie, że tak nie stanie się nigdy, wciąż jeszcze nie przychodziło jej do głowy, by po prostu rozewrzeć uścisk i odejść samej…
A chociaż wciąż jeszcze wędrowali razem, ich wrażenia bywały coraz odleglejsze…

Nie zdziwiło jej, gdy pewnego ranka zbudziła się, a jego nie było. To właśnie tamtego dnia zrozumiała, że on oddala się od niej, bo coś wrogiego jej ciągnie go do trupiego pokoju…
Pobiegła pod drzwi i zajrzała do środka. Dostrzegła jego szerokie plecy i ręce wykonujące czynności, których nie pojmowała… Podeszła bliżej i doznała wstrząsu. Przed nim stała tamta. Była dumna, wyniosła, wroga. I taka piękna! Swieta przeczuła, że to do niej wymykał się w każdej wolnej chwili, to z tamtą chciał teraz spędzać życie, odbywać senne podróże i dzielić łoże…

Ogarnęła ją rozpacz. Szarpnęła się, podbiegła do tamtej i, odpychając go na bok, zaczęła okładać rywalkę pięściami, z coraz większą i większą zaciekłością. Nie czuła jego ramion, próbujących ją odciągnąć. Nie rozumiała słów, którymi próbował ułagodzić, nie słyszała kłamstw, którymi chciał oszukiwać. Wreszcie – zmęczyła się. Dysząc ciężko, przysiada obok i wpatrywała się w znienawidzoną w ułamku sekundy twarz tamtej. A potem podniosła się i z zadziwiającym nawet ją samą spokojem zaczęła chodzić od fantomu do fantomu i zdzierać białe płachty. Po jakimś czasie znalazła się wśród wielu pięknych, kamiennych postaci. Ich martwe spojrzenia kumulowały się na niej z taką siłą, że zakręciło się jej w głowie…

Nim jeszcze rozchyliła powieki, doznała niesamowitego wrażenia. Pierwszy raz poczuła się naprawdę wolna. Tej nocy to ona wybierała drogę. To on podążał za nią. Słuchał jej. Oglądał senność jej oczyma. Powtarzał melodię jej ustami. Zaprowadziła go do miejsc, które wielekroć przeczuwała jako piękne, ale nie miała odwagi sprawdzić. Pokazała mu światy, które wydawały się znajome, ale wcześniej bała się do tego przyznać. Aż wreszcie utożsamiła się z somnambuliczną rzeczywistością, zlała się z nią, pozwoliła przeniknąć. I zaprosiła go w siebie, otworzyła się i obdarowała tak, jak tylko posiadający obdarować potrafi…

Otworzyła oczy. Chłód przeczucia owionął jej ciało. Opuszki natrafiły na twardość i nieprzychylność. Zacisnęła palce i nie stało się nic. Powoli odwróciła głowę…
Leżał tam… Tuż obok… Zimny i martwy… I nagle pojęła… W uszach pierwszy raz słyszała szum krążącej krwi… Płuca filtrował strumień powietrza… Ręce i stopy emanowały przyjemnym ciepłem…
Patrzyła w jego oczy bez źrenic, alabastrową twarz bez śladu rumieńca, wyciągnięte ku niej marmurowe ramiona…

Historia Swiety zaczęła się pewnego wiosennego dnia. Po prostu obudziła się i stwierdziła, że jest. Nie pamiętała niczego, co przed tym przebudzeniem miało miejsce.
Była jak czysta karta, gotowa do wypełnienia jej dowolną treścią.
Z drugiej strony… wiedziała.
Wiedziała, że niebo to niebo, słońce to słońce, liście to liście…
Umiała nazwać sól i chleb. Znała smak poziomek i brzoskwiń. Wiedziała, jak pachnie pieprz i cynamon. Czuła gorycz wanilii i ciepło drewna…

Obrazki. Berta (2).

Część druga.

Najczęściej bawi się sama. Nie przepada za towarzystwem swoich kuzynów.
Nie o to chodzi, że są niemili. Raczej… trudno jej się z nimi rozmawia. O książkach nie lubią, o muzyce też nie bardzo. Zazwyczaj trenują na sobie ciosy karate podpatrzone na filmach. Ale tylko takie najprostsze.
Kiedyś powiedziała im, że robią to tylko na niby, to się obrazili. A potem chcieli, żeby zrobiła coś naprawdę, jak jest taka mądra. To im pokazała szpagat turecki i kilka figur ze swojego programu gimnastycznego.
Nie chciała ich zawstydzać ani się przechwalać. Myślała, że oni wiedzą, że ona trenuje gimnastykę artystyczną.
Nie wiedzieli i niefajnie wyszło.
*
A potem całkiem się u Berty odmieniło.
Nikt się nie spodziewał, że miłość młodzieńcza jakiś dalszy ciąg będzie miała. Pogrzebali go już przecież wszyscy. Za wyjątkiem samej Berty może. Nikomu przez myśl nie przeszło, by po tych zawieruchach rzetelność informacji potwierdzać.
Raz, że nie bardzo było jak się do tamtego zatrzaśniętego świata dostukiwać. Dwa – ocalenie to cudem wszyscy nazywali.
Bo jak inaczej takie szczęście nazwać, że w tamtym lesie nawet dobrze nie sprawdzili, czy pierwszy mąż Berty naprawdę nie żyje. I kiedy w stercie wśród innych ciał do pochowania leżał – ocknął się i wyczołgał. W gąszczu go dopiero jacyś dobrzy ludzie znaleźli i chociaż nie rozumieli, co mówił, ukryli i pielęgnowali, póki nie wydobrzał i do domu nie odjechał.
Z familią się pogodził i Berty od początku szukał, ale dopiero po latach odnaleźć mu się ją udało…
*
Uznała, że to cud. Że Bóg podarował jej jeszcze raz to, co dawno temu odebrał.
I kochali tę istotkę, jak nikogo na świecie. I rozpieszczali tą miłością. I psuli.
Patrzyła na to cudo i nie mogła uwierzyć, że jest takie piękne, takie kochane…
Mogli godzinami siedzieć w salonie i wsłuchiwać się w jej radosne szczebiotanie. Posłali ją do szkoły i nauczyciele nadziwić się nie mogli jej talentowi.
Czegóż więcej potrzeba było jej – kobiecie – niż ukochanego mężczyzny u boku… jej – matce – niż mądrego i dobrego dziecka…

*
Z tymi kuzynami to w ogóle ciężka sprawa. Nietypowa.
Bo ona, mimo, że jest od nich młodsza, jest ich ciocią.
Na początku próbowali jej dokuczać i przezywać „ciotką”, ale wtedy babcia Berta powiedziała, że każdej cioci trzeba we wszystkim słuchać. Więc przestali.
Przecież to nie jej wina, że mamusia urodziła się później niż dzieci ciotki Elki.
*
Dużo wody upłynęło, nim na ślad Berty trafił, a jeszcze więcej, nim mógł ją do siebie zabrać. Rodzina przez to, że się Berty mąż z nieodpowiedniego kraju wywodził, niczego przyjemnego nie zaznała.
Ale nikt się nie skarżył. Właściwie to dopiero wtedy odetchnęli, a mama powiedziała do papy, że im Bóg choć część winy tym Berty szczęściem odkupić pozwolił.
Wiadomość o dziecku, co miało przyjść na świat, przyjęli z radością przemieszaną z lękiem. Nie najmłodsza Berta już wtedy była i martwili się, żeby się to na kondycji przyszłej matki i spodziewanego maleństwa nie odbiło.
Ale się wszystko dobrze skończyło i choć wieści przychodziły nieczęsto – wiedzieli, że obie są całe i zdrowe…
*
Nie pokochały się. A właściwie Elżbieta nie pokochała tej swojej siostry. Zobaczyła tę nienawiść w oczach starszej córki, gdy tylko we troje przekroczyli próg domu. Przeraziła się. Nie myślała, że ktokolwiek zdolny jest do takiej zapiekłości.
- Nas nigdy nie kochałaś. – powiedziała jej na pożegnanie Elżbieta. Twardo i okrutnie.
Nie zaprzeczyła. A może Elżbieta właśnie na to zaprzeczenie czekała. Nie zaprzeczyła jednak…

*
Przeważnie więc bawi się sama. Nie przeszkadza jej to. Siedzi sobie na swoich kamieniach i czyta. To bardzo przyjemne zajęcie.
Nie rozumie, jak ktoś może żyć bez czytania.
Któregoś razu ciotka Elka zabrała jej książkę i powiedziała, że zamiast bez sensu psuć oczy, powinna zrobić coś pożytecznego. I kazała jej wypleć kawałek ogródka. To wypełła. Ciotka Elka myślała chyba, że ona nie wie, co to jest zielsko, bo stała nad nią jak kat nad grzeszną duszą. Wypełła dwie długie grządki i nie wyrwała ani jednej sadzonki.
Myślała, że ciotka się ucieszy, ale ona się pogniewała.
Nie mogła zrozumieć, czemu, więc poprosiła babcię Bertę, żeby sprawdziła, czy jednak się nie pomyliła i nie wyrwała czegoś pożytecznego. Babcia przebrała chwasty i orzekła, że nie, więc dalej nie rozumie, o co ciotce chodziło.
*
Kiedy tę swoją wnuczkę pierwszy raz dziadkowie zobaczyli, małe to było i zupełnie do siostry niepodobne. Radość i szczęście aż się z Oli-Oleńki wylewały. I z rodziców.
Mamę nawet coś w sercu ścisnęło, a i papa nietęgą minę na początku miał…
Ale dziecko pokochali od razu.
Wobec męża Berty też się jak należy znaleźli.
Długa to była rozmowa i dziwna, bo wszyscy najwięcej o własnych winach mówili, przepraszając się nawzajem i o wybaczenie prosząc.
I ciężka bardzo – niełatwo przecież dumnym ludziom do własnych błędów się przyznawać było…
*
Pielęgnowały go, jak mogły. Nie odchodziły od jego łóżka.
Berta przyciskała do ust jego pokłute, przeźroczyste ręce, głaskała po błękitnych policzkach. Błagała i klękała. Groziła i przeklinała.
Na nic. Na nic…

*
Czasami sobie rysuje. Nie umie rysować tak pięknie, jak na przykład tatuś. I pewnie już się nie nauczy, bo do takich rzeczy trzeba mieć talent. Ona – widać – takiego talentu nie ma. Ale to nie szkodzi. I tak rysowanie sprawia jej frajdę. Nawet, kiedy ciotka i wujek nazywają te jej rysunki bohomazami.
Raz nawet usłyszała niechcący, jak wujek mówił, że ona jest nienormalna. I jej obrazki też są nienormalne. Do babci krzyczał i ciotka Elka też wtedy powiedziała, że trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby coś takiego wymyślać i że to trzeba leczyć, a nie chwalić.
Nie rozumie, co złego jest w rysowaniu muzyki. Bo oni mówili o obrazku, który narysowała po powrocie z kościoła.
Pan organista strasznie fałszował, grając Ave Maria i ona to narysowała. I jeszcze głos pani, która przepięknie śpiewała. To wyglądało, jakby ze sobą walczyli. Było trochę śmieszne, a trochę smutne. Bo to bardzo piękna pieśń i szkoda, że pan organista ją popsuł.
*
Potem znowu wszystko się odwróciło.
Żałowali, że tak niedługo to szczęście Berty trwało, chociaż się po powrocie nigdy nie poskarżyła. W wielkim mieście zamieszkała, żeby Ola się kształcić mogła. A papę i mamę i wszystkich radość rozpierała, że się dziecku wiedzie.
I że w Bercie dobra zmiana zaszła.
Oprócz smutku po stracie, miała w sobie jakąś pewność. Jakby się w końcu z życiem pogodziła…
I nawet w ten spokój uwierzyli wreszcie…
*
Nie chciała tam żyć bez niego. Podjęła decyzję o powrocie.
Kupiły małe mieszkanko.
Dobrze im było we dwie. W tym cichym smutku. Ich własnym. Rozumiały się prawie bez słów. Nie musiały ze sobą rozmawiać i wcale wiele nie rozmawiały. O studiach. O muzyce. O planach.
To były ich drobne radości w tej rozpaczy, o której nie potrafiły mówić. Nigdy.
Może nie musiały…

*
Trochę jest jej przykro, gdy tak jej dokuczają, ale babcia mówi, żeby się nie przejmować, bo oni nie znają się na prawdziwej sztuce.
I jest jej odrobinkę lżej, chociaż rozumie, że babcia mówi tak, żeby ją pocieszyć.
Na początku w ogóle trudno jej było. Teraz już przywykła, że tutaj wszyscy są dla siebie tacy niemili.
Nigdy nie mówią normalnie tylko krzyczą. I nie podoba jej się, że o tatusiu mówią „ojciec”, o mamusi „matka”, a babcię nazywają „babką”. Szczególnie wujek Heniek i ciotka Elka. Przecież babcia Berta nie jest ich babcią tylko mamą.
Do niej też zwracają się bardzo niegrzecznie. Wujek Heniek nazywa ją „hrabinią”, a ciotka Elka „te”.
Mają też taki specjalny ton, który wyraża lekceważenie. A przecież nikogo nie powinno się lekceważyć tylko dlatego, że jest jeszcze mały.
*
Nieczęsto się widywali, bo lata nie sprzyjały i okazji zbyt wielu nie było.
Przeważnie podczas tych spotkań radość mieszała się ze smutkiem, bo Bóg nie tylko dawał, ale i zabierał.
Kiedy na papę czas przyszedł, wszystkie przybyły, bo dla każdej z nich był podporą. Bo każdą z nich kochał, choć tak mało im o tym mówił. Ale one wiedziały.
Nawet ta najmłodsza, co dopiero wchodziła w życie.
Stały wtedy w kręgu i żegnały go cicho. Każda po swojemu.
Mama nuciła ulubioną piosenkę.
Jaga wciąż poprawiała coś przy mundurze.
Olga zakryła jego dłoń swoją dłonią.
Berta cichutko „papoczka, papoczka” szeptała.
Elżbieta skuliła ramiona i oparła ręce o brzeg.
Oleńka wygrywała w powietrzu niewidzialną melodię.
Każda – bez łez…
*
Z tego pierwszego wielkiego koncertu nie pamiętała prawie nic. Tylko kolistą smugę światła spowijającą ogromny fortepian i siedzącą przy nim wiotką figurkę. Potem odpłynęła i wydało jej się, że są tu we dwoje i trzymają się za ręce. Obudziła ją burza oklasków i spocone, szorstkie palce Elżbiety splecione z jej palcami.
Przez chwilę siedziały tak, spłoszone, jakby nie wiedząc, co robić z tą nagłą, spóźnioną bliskością. Nie popatrzyły na siebie, tylko z ociąganiem rozplotły ręce i przyłączyły się do oklasków…

*
Ale najdziwniejsze, co tu zobaczyła, to zaglądanie do walizek i branie sobie cudzych rzeczy bez pytania.
Parę dni po odjeździe tatusia ciotka Elka otworzyła jej walizkę i wszystko z niej powyjmowała. Naśmiewała się z jej ubrań, a najbardziej z bielizny. Nie wie, czemu tak bardzo rozzłościły ją jej majteczki i koszulki. Wymachując nimi, powiedziała, że to przechodzi wszelkie pojęcie, żeby kupować dzieciakowi takie ciuchy, a wujek Heniek dodał, że rośnie im „mała…” i użył bardzo brzydkiego słowa. Za takie słowa myto kiedyś dzieciom usta mydłem, żeby nigdy więcej ich nie powtarzały. Czasami, gdy słucha wujka Heńka, myśli sobie, że jego mamusia nigdy mu chyba tych ust nie myła…
Nie rozumie, co tak zdenerwowało ciotkę Elkę. Przecież to były zwykłe majteczki.
Potem przyszła babcia Berta i kazała ciotce wszystko pozbierać i zapakować do walizki.
Nie wie, o czym później rozmawiały, bo babcia wysłała ją do ogródka po koperek.
*
Nie wiadomo kiedy Ola-Oleńka największą pociechą się stała.
I tą nicią niewidzialną, co ich serca znowu związała.
Kiedy przyjeżdżała z Bertą, mogły godzinami słuchać, jak gra. Patrzyły na jej palce i odchyloną głowę. Na ramiona kulące się i prostujące.
I było w tej muzyce coś takiego, co przywoływało dawno zapomniane twarze, ciepłe uśmiechy, dobre chwile. Choć niewiele ich było w porównaniu do złych. Ale – wiele. Może więcej niż u innych…
*
Nie. To zdecydowanie nie był mężczyzna o jakim marzyła. Zbyt zaborczy. Manipulował tą jej łaknącą męskiej opieki kruszynką.
Wtedy znowu ogarnął ją strach. Nie wiedziała, co robić. Bała się, by jej słowa – trzeźwe, okrutne – nie obróciły się przeciw nim obu…
Gryzła się i marniała. Każdego samotnie spędzanego wieczoru walczyła z lękiem. A kiedy słyszała zgrzyt klucza, napinała się jeszcze bardziej i czekała na nieuniknione.
Doczekała się.
Ale inaczej.
- Nie martw się. Tam nic nie było i nigdy nie będzie. Słyszysz, mamuś? Nigdy. To tylko przyjaciel…
- Nie jest przyjacielem… – odważyła się powiedzieć wtedy.
- Więc – znajomy.
Więcej o tym nie rozmawiały.
A jednak odetchnęła, gdy zniknął z ich życia…

*
A następnego dnia zobaczyła na szyi ciotki apaszkę mamusi.
Babcia też poznała tę apaszkę.
Po kilku dniach znalazła ją, ładnie złożoną, na swojej poduszce. Co z tego, skoro została wyprana. Wzięła ją przecież z domu tylko dlatego, że pachniała mamusią…
Tak naprawdę, dopiero wtedy znielubiła ciotkę Elkę i przestała się starać ją polubić. Bo wcześniej to się jednak starała.
*
Kiedy Ola edukację zakończyła i życie na własny rachunek zaczęła – niełatwo Bercie było. Przywyknąć nie mogła, że córka stała się kobietą i wciąż widziała w niej tę kruszynkę nieporadną, zdaną na ich opiekę i troskę.
Przypatrywała się Oli uważnie i, choć szczęście od dziewczyny biło, przeczuwała Berta, że niejedną ofiarą okupione…
*
Nigdy wcześniej nie rozstawały się na tak długo. Cieszył ją ten sukces. Takie wyróżnienie. Ale nie mogła się doczekać jej powrotu. Pocztówki przychodziły regularnie, ale co można napisać na takim kartoniku…
Patrzyła na kolorowe obrazki i na niektórych łowiła migawki szczęśliwego czasu. Wtedy robiło się jej jeszcze smutniej…

*
Kiedy zza lasu słychać gwizd kolejki, babcia woła ją na kolację. Składa wtedy swój chodniczek i przebiega przez drogę. I chociaż wie, że prawie nigdy nic tamtędy nie przejeżdża, zawsze się na wszelki wypadek rozgląda. Wie też, że nie powinno się przebiegać przez jezdnię, ale często o tym zapomina.
Za to nigdy nie zapomina o umyciu rąk przed jedzeniem. Potem siadają z babcią przy stole i jeśli tylko nikogo jeszcze nie ma – bawią się w savoir vivre.
- Czy mogłabyś podać mi sól? – pyta na przykład babcia.
- Proszę uprzejmie. – odpowiada wtedy ona i podaje babci sól, która tak naprawdę stoi zupełnie blisko.
To fajna zabawa. Czasami bawią się w nią też po rosyjsku, albo po francusku.
*
Wszystkie dumne z Oli były, tylko martwiły się trochę, czy jej ktoś w tym wielkim świecie – takiej ufnej – nie skrzywdzi.
Różni się wokół dziecka naiwnego kręcili, a ona na każdego serce otwarte miała. Za dobra była na ten świat, za serdeczna.
Ale, że jakoś Bóg ją chronił – myślały sobie, że może za te Berty krzywdy, dziecku niewinnemu wynagrodzi…
*
Pojawił się ktoś nowy.
Był przystojny. Nie mogła zaprzeczyć. I biło od niego jakieś ciepło. Kiedy się uśmiechał i patrzył na tę jej perełkę.
Mimo to, długi czas zastanawiała się, czy to ona popełniła jakiś błąd. Nie mogła zrozumieć, co takiego zobaczyła jej córka w tym mężczyźnie. Przecież mógł być jej ojcem!
Obawiała się, że ją zniewoli, zamknie w czterech ścianach, zapędzi do życia, któremu nie sprosta.
Pomyliła się.
A patrząc na rozpromienioną Olę, zrozumiała, że on kocha ją miłością dojrzałą. Pragnie, by to ona była szczęśliwa…

*
Po kolacji może sobie robić co chce, byle przy zgaszonym świetle. Jeśli na dworze jest jeszcze widno, wychodzi i siada z książką na ławeczce. Czasami czyta. A czasami po prostu myśli o różnych rzeczach. Ale przeważnie stara się czytać, bo myślenie zawsze kończy się tak samo. Przypomina sobie różne sprawy, o których chciałaby zapomnieć. Wie, że tak naprawdę nie da się tego zrobić, ale wciąż próbuje…
Czasem wynosi kredki i szkicownik, który dostała od tatusia i rysuje kwiaty. Bardzo lubi rysować kwiaty. I różne dźwięki. Na przykład gwizdanie kosa, albo tirlikanie skowronka.
*
Kiedy Ola narzeczonego swojego przywiozła przedstawić, uprzejmie go przywitały. Przykrości dziecku nie chciały robić, więc nic nie mówiły, ale nie bardzo im się na początku odpowiednim wydał.
Niemłody był. Postawny, przystojny, kulturalny – zgoda. Ale – lata swoje miał. Przy tym kwiatuszku na ojca bardziej niż na narzeczonego wyglądał.
A przecież wystarczyło, że się odezwał i zrozumiały, co w nim ich Ola-Oleńka zobaczyła.
Dobry był. Zwyczajnie – dobry. Szacunek do innych miał.
I kochał. Tę ich Olę-Oleńkę. Ze wszystkim. Ze starą babką, ciotkami dziwaczkami i siostrą skaleczoną.
Więc jak mogły takiego wyboru nie uszanować…
*
Zaczarowała ją. Od pierwszego spojrzenia, rzutu oka. Dotykała tego kruchego ciałka i pierwszy raz pomyślała: wnuczka.
I zapragnęła, tak bardzo zapragnęła zamieszkać z nimi, by móc patrzeć, jak ten kwiatuszek rozkwita…

*
Gorzej, kiedy zamarudzą z kolacją i na podwórku jest już ciemno. Nie ma zakazu wychodzenia, ale wszystkie myśli, które stara się przeganiać przez cały dzień, napływają jej do głowy. Chyba lubią ciemność.
Więc przeważnie przebiera się w piżamę i idzie za kotarę.
To też jest dziwne – że nie można się umyć. To znaczy – można – buzię i ręce. A przecież jest tu i prysznic i wanna.
Nie wolno jej też oglądać dobranocki. Bo telewizor mogą włączać tylko wujek albo ciotka. A przeważnie ich nie ma. A jeśli nawet są – wujek i tak przełącza na inny kanał. I nawet kiedy na drugim programie jest zły odbiór, o bajce można zapomnieć. Prędzej wujek wyłączy telewizor niż da ją obejrzeć. Na początku dwa razy poszła, ale teraz nawet nie zagląda do pokoju z telewizorem. Po co.
*
Kiedy się Elusi wnuki rodziły – cieszyli się wszyscy. Że zdrowe. Że mądre. Że udane.
Potem Ola córkę urodziła.
Berta jak w amoku żyła.
A potem się nieszczęście straszne u Elusi stało…
*
Elżbieta…
„Jestem jej to winna.” – pomyślała, a serce ściął lód.
Kiedy zobaczyła kotarę, nie przeczuła, że to od tej pory będzie jej kąt. Nawet w najgorszych chwilach nie pomyślała, że zazna czegoś takiego.
Popatrzyła wtedy na Elżbietę, a ta zwiesiła ramiona i odwróciła twarz do okna.
Została…

*
Gdy bardzo jej duszno – wymyka się na podwórko. Zabiera chodniczek, rozkłada go na mokrej trawie, kładzie się i patrzy sobie w niebo. Niebo tu jest bardzo piękne. Więc patrzy i zastanawia się, która gwiazdka najjaśniej mruga. Z daleka słychać rechotanie żab. Na początku nie lubiła tych odgłosów, ale kiedy zamknęła oczy i dobrze się wsłuchała, odnalazła w nich nawet melodię…
Czasami zabiera ze sobą krzemienie, które dawno temu dostała od brata i próbuje krzesać ogień. Tylko tak na niby, bez hubki. Lubi patrzeć na białe iskry. Szkoda, że podczas tej zabawy pojawia się taki niemiły siarkowy zapach. To dlatego rzadko używa krzemieni wieczorem. Ręce jej potem brzydko pachną, a jest kłopot z ich umyciem. A w dzień słabo widać iskierki, więc co ta za przyjemność…
Babcia Berta gniewa się za to wymykanie. Bo czasem zdarza jej się na tym chodniczku zasnąć.
*
Dobrze, że papa tej tragedii nie doczekał. Przed mamą na początku ukrywali wszystko. I byłaby się może nie dowiedziała, gdyby się mąż Elusi nie wygadał. A kiedy upadła na podłogę, myśleli, że już z tego nie wyjdzie. Zawał miała i sam doktor się dziwił, że w takim wieku chorobę przemogła.
Długo nie mogli mężowi Elusi darować, że taki bezwzględny wobec staruszeczki się okazał.
Pogniewali się na niego, bo zamiast ich wszystkich przeprosić, jeszcze do szpitala poszedł, ale go do mamy nie wpuścili, bo bardzo na siostry nakrzyczał…
*
Ten dom to był obraz nędzy i rozpaczy. Ruina. Rozglądała się wokół i nie poznawała tego miejsca.
Zawilgocone ściany, po których pełzły liszaje zacieków. Szpary między deskami, przez które wdzierał się wiatr i śnieg. Zmurszałe i uginające się niebezpiecznie przy każdym kroku podłogi…
I ta góra zwęglona, ziejąca spalenizną i butwą…

Ze ścian zniknęły zdjęcia. I to był jedyny widomy znak tej tragedii…

*
Przeważnie leży w ciemności i mocno zaciska oczy. Czasami przyciska jeszcze powieki palcami i czeka, aż pojawią się tęczowe kręgi. Te kręgi wirują wokół własnych osi tak szybko, że stają się kulami. A potem dzielą się w nieskończoność na coraz mniejsze koła i każde z nich jest inne. Próbuje je liczyć i wtedy najczęściej zasypia.
Chociaż – nie zawsze. Wtedy ma jeszcze inny sposób na odpędzenie smutnych myśli. Wyobraża sobie wielkie, drewniane drzwi. Widziała kiedyś takie w jednym kościele, co się pięknie nazywał: Matki Boskiej Kwietnej. Były naprawdę ogromne.
Wyobraża sobie, jak się zamykają, a potem słyszy opadającą sztabę. Ona stoi sobie w środku, a na zewnątrz harcują świtezianki z przydymionego szkła. Uderzają o drzwi i nie mogą się przebić. Uderzenia są coraz częstsze i silniejsze, aż w końcu zlewają się w jeden szum. Ona wsłuchuje się w ten szum i zasypia.
*
Berta, żeby im pomóc, mieszkanie swoje sprzedała i do nich się wprowadziła, choć nie musiała. Serce jej się w całkiem inną stronę rwało, ale nie mogła przecież Elusi samej w takim nieszczęściu zostawić.
Nie skarżyła się, choć domyślali się, że lekko jej tam nie jest, bo z zięciem wspólnego języka nigdy nie umiała znaleźć…
Jakby jednej tragedii mało było, zaraz nowym okropieństwem los Bertę obdarował. Modlili się wszyscy za pomyślność i o cud prosili, ale chyba pula ich dobrodziejstw nie odnowiła się jeszcze, bo wieści – jedna gorsza od drugiej – docierały do nich.
Mama się chyba najbardziej gryzła,choć po niej tego widać nie było. W dniu swoich urodzin, próżno na Olę czekała. Zasnęła w swoim fotelu i już z niego nie wstała…
*
Na wieść o chorobie tej swojej perełki była gotowa rzucić wszystko. Tak bardzo pragnęła być obok. Modliła się, by cały ból Oli mógł spaść na nią. Ile by dała, gdyby ktoś pozwolił jej się zamienić i leżeć tam zamiast jej maleństwa.
Już nawet się spakowała.
- Choć raz zachowaj się jak matka. Moja matka.
Tak powiedziała Elżbieta. To jedno zdanie sprawiło, że nie wyjechała…

*
Zazwyczaj przebudza się jeszcze w nocy. Przeważnie, gdy babcia kładzie się spać. Babcia chodzi spać ostatnia i wstaje pierwsza. Nigdy jeszcze nie udało jej się obudzić przed babcią. Raz nawet chciała nie spać całą noc i może by jej się udało, ale nie wytrzymała i na chwilę, dosłownie na chwileczkę, zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, miejsce obok było puste.
*
Jak z Bogiem się rozmówić Berta próbowała, że jej chce kolejną najdroższą osobę odebrać, tylko ona wiedziała. Niewiele można było wobec takiego losu okrucieństwa zrobić. Perfidniejsza ta próba chyba jeszcze była niż ich tułaczki wszystkie razem wzięte, bo sensu w niej nijakiego dopatrzeć się nie mogli…
*
Tak bardzo chciała pamiętać tę swoją kruszynkę roześmianą, szczęśliwą. Bez tego przerażenia, z jakim patrzyła na swoją małą córeczkę.
Gdyby szepnęła choć słówko!
Rzuciłaby wszystko.
Ale ona trzymała tylko w przeźroczystych rączkach jej rękę i uśmiechała się oczyma swego ojca.
Kilka razy próbowała zapytać, ale Ola zawsze kręciła głową i ściskała jej palce.
Zupełnie jak ojciec…

*
Teraz już nie próbuje.
Jeśli wybije się czasem ze snu, leży cichutko i nie zamyka oczu. To jej ostatni sposób na przywołanie snu. Stara się nie mrugać, aż do oczu zaczynają napływać piekące łzy. Wtedy na ułamek sekundy opuszcza powieki, unosi je szybciutko i znowu wpatruje się w ciemność. Za którymś razem powieki nie dają się już podnieść i zasypia.
*
A potem wieści najstraszniejsze przyszły.
Nikt nie śmiał pytać, czemu Berta swojej decyzji nie zmieniła i u starszej córki pozostała, choć się domyślali wszyscy, że najgorsza to decyzja w jej życiu być musiała. I najtrudniejsza. Ręki Oli-Oleńki też się w tym dopatrywali, bo zawsze dziecko to o innych bardziej myślało niż o sobie. Nawet w tych ostatnich godzinach…
*
Leżała taka spokojna. Nienaturalnie spokojna. Jej suknia w kolorze écru odbijała się od ciemnego wnętrza. A jej loczki pierwszy raz były zupełnie nieruchome…

*
Dziś jakoś żaden ze sposobów nie chce zadziałać.
Leży na brzuchu i oddechem próbuje poruszyć ciężką kotarę. Obok posapuje przez nos babcia Berta…
Stara się nie wiercić, chociaż to trudne.
Potem próbuje ułożyć zaklęcie, które przywołałoby sen. Ale on nie chce przyjść.
Może to dlatego, że jutro przyjeżdża tatuś i wreszcie pojadą do domu.

Koniec.

Obrazki. Berta (1).

Część pierwsza.

Nasłuchuje. Jeszcze właściwie dokładnie nie wie, czy dochodzące odgłosy to sen, czy naprawdę tuż obok ktoś cichutko oddycha.
Ostrożnie przytwiera oko. Wokół panuje mrok. Delikatnie unosi rękę i bada przestrzeń przed sobą. Natrafia na ciepłe wybrzuszenie. Powoli przesuwa palce wyżej i zanurza dłoń w delikatnej miękkości. Zaczyna rozróżniać kształty i z niedowierzaniem przygląda się długim, czarnym loczkom, rozsypanym na poduszce.
- Mamusia! – woła. Głowa porusza się i odwraca w jej stronę. – A nie… – szepce – To Jagódka…
*
Najmłodsza z dziewczynek Berta była, to i najmniej z tego wszystkiego rozumiała. Bardziej ją zajmowało, kto u kuzynki na wieczorku się pojawi niż inne sprawy. Nawet i nie bardzo wiedziała wtedy, że te wieczorki wcale nie dla tańców i ciastek organizowane były.
Siadała sobie między takimi jak ona dzierlatkami i nie słuchała wcale, o czym się na boku szepce…
*
Pokochała. Miłością, jaką potrafi pokochać tylko nastolatka dwudziestoletniego mężczyznę. Pierwszą, szaloną, bezkompromisową miłością. Taką, co to nie zna przeszkód, granic.
Nie musiała nawet zamykać oczu, by widzieć jego piękną twarz z prostym nosem, pełne usta i mocny podbródek. A gdy przypominała sobie chwilę, w której jego ciemne oczy odpowiedziały na jej nieśmiałe spojrzenie – czuła dziwne drżenie opanowujące jej ciało…

*
Kiedy budzi się ponownie, wokół panuje cisza. Zza kotary dochodzi nucenie babci Berty. Babcia Berta nuci zawsze. Gdy pracuje. Gdy wyszywa. Gdy czyta książkę…
Liczy do trzech i wyskakuje z łóżka. Ubiera się szybciutko i wchodzi do kuchni. Babcia, pochylona nad kuchennym trzonem, próbuje rozpalić mokre szczapy. Wokół jest sino od dymu.
- Całkiem już babka zdurniała, a? – słyszy z oddali koguci głos wujka Heńka. Potem wtacza się on sam.
Patrzy na jego podpuchniętą twarz i – jak zawsze – dziwi się, że skóra może przybrać jagodowy odcień. U nikogo nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała.
Wujek bierze się pod boki i dodaje:
- Spalić nas chce? Mało babce jeszcze? Mało?
Babcia Berta zagryza wargi i mocniej pochyla się nad płytą.
*
Papa z mamą nieufnie się do tych spotkań odnosili, bo własne młodzieńcze pasje pamiętali i trwożyli się o swoje latorośle.
Trochę racji w tych obawach mieli, bo tam nie tylko sami tacy do pląsów chętni bywali.
Pośród miglanców, bawidamków i huncwotów zdarzali się i poważnie myślący młodzieńcy. Bo nieprawdą było, że oni wszyscy pstro w głowach mieli i nie wiedzieli, czemu tak kotłuje się wszędzie. Niejednemu się głowa zapalała i natychmiast chciał świat naprawiać.
A choć rodzice rozumieli, że młodość rządzi się swoimi prawami, spokojniejszego losu dla swych dzieci pragnęli…
*
Nie podszedł wtedy do niej. Nie zamienili ani jednego słowa.
A przecież żyła tym spotkaniem całe dnie, tygodnie…
Aż nadszedł czas zwątpienia. Tajemne porozumienie, znaczące grymasy warg, muśnięcie ramienia wydały się jej wymysłem, pobożnym życzeniem…

*
Widzi trzęsące się babcine ramiona.
„Wuisko-beczysko!” – myśli mściwie. I tak bardzo żałuje, że nie jest dorosła i nie może powtórzyć tych słów na głos. Wzdycha cichutko i odważnie postępuje naprzód:
- Dzień dobry, wujku. – mówi głośno.
Wujek obraca się w jej stronę całym ciałem.
- Węgla babka przyniesie! – rzuca jeszcze w kierunku trzonu i wreszcie racza ją zauważyć:
- O! Nasza hrabinia się obudziła! Babka jeszcze szczap nałupie! – zwraca się znowu do sapiącej z wysiłku babci Berty, która właśnie przyciągnęła zza drzwi wielki pojemnik.
- Śniadanie dziecku muszę zrobić… – protestuje babcia.
- Poczeka! Z głodu nie zdechnie! – mruczy wujek, mierzy babcię wzrokiem i odchodzi.
*
Jedyne, co im zostało, to w rozsądek córek wierzyć.
Chociaż przeczuwali, że w takim wieku trudno wielki poryw serca do okruchów rozumu porównywać. Z góry wiadomym było – co zwycięży.
A że strapionym rodzicom na zgryzotę – to już inna rzecz…
*
Zaplątana w swoją rozpacz, ledwo dostrzegała to, co zaczynało dziać się wokół. Nie obchodziły jej te śmieszne, mało znaczące sprawy: niepokój papy, skamieniała twarz mamy, przerażenie czające się w oczach sióstr. Liczył się tylko on. I jej tęsknota, cierpienie, upokorzenie.
A jednak wciąż miała nadzieję, że przeczucie jej nie omyliło.
Byli przecież dla siebie stworzeni…

*
Siedzi przy stole nakrytym popękaną, plastykową ceratą i dziobie w talerzu. Nie to, że nie smakuje jej zacierka na mleku. Uwielbia babciną zacierkę. Po prostu to miejsce sprawia, że odechciewa jej się jeść. Kuchnia jest taka brzydka! Farba odłazi od ścian i łuszczy się z parapetów. Ciemne plamy sadzy wżarły się w gumoleum i niczym nie można ich odmyć.
Ale najgorszy jest ten smród z wiader.
To zlewki. Każdego wieczora wujek, który jest kucharzem, przynosi z restauracji resztki jedzenia. Rano babcia zalewa je wrzątkiem i nosi świnkom do chlewika.
*
Berta też nie planowała wcale, że takim poważnym uczuciem kogoś w tak młodym wieku obdarzy.
I od tego się nieszczęścia zaczęły.
I nawet pretensji do nikogo nie można było mieć: po to się przecież właśnie panienki w odpowiednim duchu wychowywało, żeby dobrą konkietę zrobić mogły. Bo to i dla samej panny i dla familii splendor był.
Nie Berty to wina była, że tak się źle wszystko od początku potoczyło, tylko – podłych czasów…
*
Nie mogła spać, nie mogła jeść, nie chciała rozmawiać. Wciąż roiła o jakichś schadzkach, czekała na wyimaginowane listy. W zwyczajnych wydarzeniach doszukiwała się znaków.
Na próżno.
Ani modlitwy, ani prośby, ani groźby nie były w stanie sprowadzić go do niej. Zniknął. Odszedł. Nie chciał jej…

*
Świnki są śmieszne. I nawet miłe. Tylko strasznie śmierdzą. Ale to nie szkodzi. I tak lubi je bardziej od wujka Heńka i ciotki Elki.
Czasem przygląda się, jak podbiegają do pełnego korytka i wesołym chrząkaniem witają babcię Bertę. A potem kłócą się między sobą o najlepsze miejsce i zawsze wygrywa jedna, najgrubsza świnka.
Nigdy nikomu tego nie mówiła, ale ta świnka przypomina jej trochę wujka Heńka. Zupełnie tak samo jak on – rozrzuca wszędzie jedzenie i pochrumkuje radośnie. I nawet podobnym głosem.
Rzadko ma okazję dłużej popatrzeć na świnki. Przeważnie wychodzi z chlewika razem z babcią i idą do kuchni szykować obiad.
Bo ciotka Elka też pracuje. W przedszkolu. Jest intendentką. Kiedyś nie umiała powtórzyć tego słowa, ale teraz się nauczyła. Chociaż dalej nie bardzo rozumie, co robi taki ktoś. Wie tylko, że to ma jakiś związek z zamienianiem kartek.
*
Kiedyś z koligaceniem dobrych rodów łatwiej było. Świat spokojniejszym się wydawał, a i młodzież bardziej posłuszną.
Nawet się wtedy mówiło, że obowiązek najważniejszy, a uczucie przyjdzie, kiedy odpowiedni czas nastanie. To się sprawdzało. Role z góry wyznaczone porządku nie burzyły. Wychowanie w poszanowaniu tradycji drogę pokazywało. Urodzenie gwarancje miało dawać, że się w małżeństwie żadna krzywda nikomu dziać nie będzie. I zabezpieczenie też ważne było. Inaczej się wszak życie zaczynało, wiedząc, że dostatek za nim stoi…
*
A przecież nie myliła się – odnalazł ją!
Ich pierwsza rozmowa była bardzo dramatyczna. Pełna jej łez i jego gniewu. Płakała. Najpierw z radości. Potem z przerażenia.
Kochał ją! Powiedział to.
I zażądał, by została jego żoną. Już. Teraz. Natychmiast.
Odeszła wtedy, lękając się jego zaborczości, gwałtowności, bezkompromisowości. Odeszła, bo bała się, że ulegnie, rzuci wszystko…
Płakała, bo wiedziała, że już go nie zobaczy…

*
Babcia Berta jest najukochańszą babcią na świecie i mamusią mamusi. Bardzo żałuje, że babcia nie chce zamieszkać z nimi – z tatusiem i z nią. Ale babcia mówi, że tutaj jest bardziej potrzebna.
I nie przekonuje jej nawet to, że u nich miałaby własny pokój, że mogłaby kąpać się, kiedy chce i jeść tyle, ile ma ochotę. Mogłaby sobie czytać w łóżku i nikt nie zabraniałby jej wieczorami słuchać radia.
Tatuś zawsze przywozi babci baterie, ale ona oddaje je wnuczkom i dalej siedzi w kuchni po cichu. Może to dlatego wciąż coś sobie nuci.
*
Niewiele jednak papa z mamą zrobić mogli, gdy poprzewracało się wszystko. Porządek się zmieniał, stare sprawdzone sposoby zawodziły. Trudno się było rozeznać w tym galimatiasie, odgadnąć, które nowości dobre, a które nie.
O honorze, uczciwości, sumienności w rodzinie trudno było mówić, kiedy z góry przykładu brakowało. W strasznych czasach niełatwo było o swoim myśleć. Inne rzeczy pierwszeństwo zyskiwały…
*
A jednak to on uległ jej.
Choć musiał wiedzieć, jak to się skończy.
Nie spodobał się!
Kiedy przyszedł prosić o jej rękę, wyglądał jak szaleniec. Z rozwianym włosem, gorączką w oczach, rozdygotaniem rąk.
Został wyśmiany! Mama wyszydziła go bezlitośnie, papa rzeczowo udowodnił, że jego córka jest zbyt młoda na małżeństwo.
Złamali go. Uznał ich racje i – pokonany – odszedł, nie śmiejąc podarować jej nawet jednego spojrzenia.
I nie miało znaczenia, że był z ich sfery…
Uznali go za niebezpiecznego obłąkańca, wywrotowca, fantastę.

*
Babcia Berta jest zupełnie siwiutka.
Olga mówiła, że to przez pożar. Że zanim babcia dobiegła do podpalonej stodoły, w której tylko na chwilę ukryła kiedyś malutką ciotkę Elkę – zupełnie osiwiała.
Kiedy ogląda zdjęcia, nie chce jej się wierzyć, że babcia miała takie piękne włosy. Platynowe – tak się nazywa ten odcień blondu.
Kiedy mamusia była małą dziewczynką, też takie miała. Tylko potem jej ściemniały. Za to pięknie pasowały do oczu.
Babcia jest niebieskooka. I za tę niebieskookość kocha babcię jeszcze bardziej. Nigdy u nikogo nie widziała oczu w kolorze uśmiechniętego nieba. Nawet u tatusia.
*
Jeszcze trudniej w tym bałaganie podejmowanie decyzji przychodziło. Szczególnie, kiedy nie miało się punktu odniesienia. Jedynie na własne przeczucia rodzice liczyć musieli, a one podpowiadały im, że nie zazna Berta w takim małżeństwie szczęścia. Afekt do tego mężczyzny jej młodemu wiekowi przypisywali.
Papa powtarzał, że najpierw się na świecie uspokoić musi, żeby można było spokojne życie wieść. Nikt dnia ani godziny pewien nie był. To wokół groźne się wydawało. Za przykład Bercie własną rodzinę stawiał, co z powodu kaprysów losu wciąż się poniewierać z kąta w kąt musi.
Ale niewiele to Bertę obchodziło. Nie chciała mądrych rad słuchać.
*
Znowu płakała.
Coraz częstsze napomykania o wyjeździe nie robiły na niej żadnego wrażenia. Była martwa.
A potem uświadomiła sobie, że go już nigdy nie zobaczy.
To dodało jej sił.
Któregoś dnia po prostu wyszła z domu i poszła do hotelu, w którym mieszkał.
Nie miała planu. Nie wiedziała, po co tam idzie. Jak go wywoła. Nie miała nawet pojęcia, czy on jeszcze tam mieszka…

*
Patrzy, jak babcia krząta się po kuchni i stara się być pomocna. Babcia kroi marchewkę i trze buraczki zupełnie tak samo jak mamusia.
Raz nawet powiedziała to babci i babcia bardzo się śmiała…
W ogóle – lubi być z babcią. Słuchać jej opowieści o rodzinie. Wspomnień.
Najmilsze są te chwile, gdy są w domu same.
Wie, że to nieładnie tak myśleć, ale nie bardzo lubi ciotkę Elkę i jej rodzinę.
Może najbardziej Jagódkę – tę swoją bardzo dorosłą siostrę, która ma takie same sprężynki jak mamusia i bardzo podobny głos.
Ale Jagódka mieszka w innej miejscowości i rzadko przyjeżdża. A jeśli nawet – to tak jak wczoraj – na krótko i przeważnie sama.
Lubi też brata Bercia. Chociaż też trochę się go wstydzi – jest taki duży i zawsze roześmiany. Mieszka z rodziną za płotem i często zagląda, gdy są we dwie.
Kiedy przychodzi, w tej paskudnej kuchni robi się jakoś jaśniej. Żartuje z nimi, a potem wyjmuje organki i wygrywa różne wesołe melodyjki.
*
I zrobiła coś, przez co rodzice prawie nie umarli – uciekła. Papę ledwo z ataku apopleksji odratowano, mama przez kilka dni słowa nie wyrzekła, Jaga i Olga z domu się wstydziły wyjść.
Do mężczyzny przecież Berta uciekła. A to nie do pomyślenia było, żeby panienka sama do mężczyzny poszła. I to jeszcze gdzie – do hotelu!
*
Stał przed wejściem, jakby wiedział, że ona się zjawi. Jeszcze tego samego dnia w maleńkiej cerkiewce przed Bogiem przysięgli sobie wieczną miłość i wierność, a pop pobłogosławił i z zadziwieniem przyjął zapłatę od pary narwańców…
Zamieszkali na obrzeżach miasta, w maleńkim pokoju bez wygód, który zawsze pełen był rozkrzyczanych, zacietrzewionych mężczyzn i rozdokazywanych kobiet. Ze zdumieniem wchodziła w ten świat pozorów, gdzie największy obdartus mógł okazać się prawdziwym księciem, a najwytworniejsza dama – kokotą.
Powoli przerażenie ustępowało miejsca zrozumieniu, fascynacja – sceptycyzmowi.
Po jakimś czasie uznała wszystko za mrzonki.
Zapalczywość nowych znajomych i strach własnej rodziny kwitowała pobłażaniem. Jedni i drudzy wydawali jej się żałośnie śmieszni. Nie wierzyła, że ktokolwiek jest w stanie zatrząść jej światem…

*
Babcia Berta pysznie gotuje. I jest taka mięciutka. Aż chce się do niej przytulać. To przez te sukienki. Są z aksamitu. Wie – mamusia jej kiedyś powiedziała.
Patrzy, jak babcia zagniata ciasto. Obiad musi być bagaty. Tak mówi wujek Heniek. Bo on lubi dobrze i dużo zjeść.
A jak skończy, to nigdy nie mówi „dziękuję”, tylko woła babcię i każe jej zabierać talerze.
Bo one jedzą w kuchni. Nie wie, czemu – ale tak jest. I bardzo dobrze, bo wujkowi ciągle się odbija w trakcie jedzenia. To jest okropne i niekulturalne.
Kiedyś spytała babcię, czemu wujek tak się zachowuje.
I wujek uderzył ją za to łyżką w głowę. Rozpłakała się wtedy. Nie tylko dlatego, że to bardzo bolało. Po prostu nigdy wcześniej nikt jej nie uderzył.
I wtedy babcia wstała od stołu, wzięła wujka za klapy marynarki i wyniosła go z kuchni. Do dziś nie wie, jak babci się to udało. Wujek jest przecież bardzo gruby i ciężki, a babcia malutka.
I ma takie małe ręce.
I stopy. Babcia nosi takie same buty jak ona. A przecież jest już dorosła.
*
Papa, jak już do siebie przyszedł – siłą chciał Bertę do domu sprowadzić i na jej oczach zuchwalca obatożyć, ale się temu mama sprzeciwiła.
Zupełnym łachudrą chyba ten Berty ukochany nie był – choć i obcy – skoro przed ołtarz ją zawiódł i na hańbę głupiego dziecka nie wystawił. A choć nędzny to ślub był i nie taki, jakiego by kochający rodzice swojej pociesze życzyli – to przecież był. Przed Bogiem ona teraz jego żoną była i więcej on już do niej praw miał niż oni.
Papa z głosem mamy bardzo się liczył, więc po krótkim namyśle – uległ…
*
Wśród tego zgiełku, brudu i głodu były jeszcze wypełnione miłością dni i pełne namiętności noce. Już do końca życia zapach podłego tytoniu i taniej wódki miał się jej kojarzyć ze szczęściem…
Kiedy powiedziała mu, że spodziewa się dziecka – oszalał z radości. Wypędził wszystkich i świętowali w jedyny dostępny im sposób – jedząc ciężki, czarny chleb i popijając śmierdzący samogon.
Potem długo przyglądał się jej wychudłej twarzy, sińcom pod oczami i żółtawej skórze. Dotykał zapadniętego brzucha i rozstępów na wciąż kurczących się piersiach.
- Naprawię stosunki z dziadkiem… – oznajmił następnego dnia…

*
A kiedy babcia wróciła do kuchni, miała zupełnie białą twarz.
Tak się tej bladości przestraszyła, że aż przestała płakać. I było jej bardzo przykro, bo nie wiedziała, że wujek to usłyszy…
Kiedy babcia zrobi obiad, wszystko zostawia na płycie. Żeby było gorące. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy wujek wróci z pracy. A bardzo nie lubi czekać. I krzyczy na babcię, żeby szybciej dawała. A przecież wcale nie musi. Babcia bardzo dobrze słyszy. Nawet szeptanie.
*
Ustalili, że się w życie Berty mieszać nie będą, a jedynie sprawdzać, czy im aby ten zięć niespodziewany córki nie krzywdzi.
I to jeszcze sobie obiecali, że pomagać młodym nie będą, póki ci o pomoc nie poproszą. W duchu liczyli, że tej ich wychuchanej Bercie bieda rychło się sprzykrzy i wróci do nich skruszona…
*
Czekała.
Wyglądała jakichkolwiek wieści o nim. Walczyła z dolegliwościami własnego, zmieniającego się ciała. To wtedy pojęła istotę tego bezrozumnego strachu. Paraliżującego strachu nie o siebie…
A potem musiała opuścić mieszkanie. Wyszła tak, jak przyszła – bez niczego…
Dom wciąż tam był.
Mama…
Dopiero po zmroku odważyła się podejść pod tylne wejście…

*
Ciotka Elka wraca zawsze wieczorem. Bo oprócz pracy w przedszkolu, chodzi jeszcze do sprzątania.
Jak przychodzi, to zawsze ma zły humor i opowiada nieładne rzeczy o ludziach, u których pracuje. Bardzo nieładne…
Babcia wysyła ją wtedy za kotarę.
Nie lubi tam siedzieć. Ciemno tam i duszno, bo kotara jest gruba i ciężka i nie przepuszcza światła ani powietrza. Za to bardzo dobrze przepuszcza zapach zlewek.
Na początku wciąż jej było niedobrze. Teraz się już trochę przyzwyczaiła, ale i tak nie może się doczekać przyjazdu tatusia. Chociaż nic nie mówi babci. Nie chce, żeby jej też było smutno.
*
Inaczej jednak się stało.
A choć wiele im zdrowia Berta napsuła, to przecież aż tak jej Bóg srogo za to karać nie musiał.
Wieść o zięcia śmierci zbiegła się z nocą, w której Berta przed drzwiami dla służby stanęła. Wszyscy w domu przykazane mieli, żeby papę albo mamę wołać bez ceregieli o każdej porze dnia i nocy, gdyby się Berta zjawiła, więc mamę obudzono natychmiast, bo papa daleko akurat od domu był…
*
Ta kruszynka miała jego oczy. Była taka maleńka i bezbronna…
Tyle z majaków w chorobie zapamiętała. Kiedy wreszcie przyszła do siebie – nie musiała pytać. Właściwie to ta cisza wokół kusiła, by już nigdy nie otworzyć oczu, przestać oddychać, rozpłynąć się…
Zanurzyła się w to wielkie kolebanie, zawisła wśród dławiącego odoru krwi, potu i ekskrementów. Nieludzkich krzyków, szlochów i huku…

*
Bo tatuś musiał wyjechać i nie mógł zostawić jej samej. Jest jeszcze za mała. A babcia Berta nie mogła przyjechać do nich, bo ciotka Elka bardziej jej potrzebuje.
Więc tatuś przywiózł ją tutaj…
Obiad już jest gotowy.
Babcia nakrywa stół białą ściereczką i stawia talerze z makaronem. Potem nalewa rosół i posypuje wszystko natką pietruszki. Rosół pachnie oszałamiająco. I tak samo smakuje.
Na drugie jedzą kopytka ze skwareczkami i popijają zsiadłym mlekiem. Babcia dosypuje do swojego mleka szczypiorku.
Ona nie może jeść szczypiorku.
Wujek Heniek powiedział kiedyś, że ona się pieści i kazał jej otworzyć buzię. Nie chciała – jest przecież duża i nikt nie musi jej karmić, ale wujek się uparł, więc otworzyła. Wpakował jej do buzi wielką łychę szczypiorku i kazał pogryźć i połknąć. A potem przyjechało pogotowie, bo nie mogła oddychać. Dopiero jak dostała zastrzyk.
Słyszała jeszcze, jak pan doktor rozmawiał z babcią Bertą, a potem strasznie krzyczał na wujka Heńka. Nie wie, co krzyczał, bo w tym czasie zasnęła. Ale od tej pory wujek już ani razu jej nie karmił.
*
Jednego słowa wymówki Berta po powrocie nie usłyszała, chociaż należało się jej za to wszystko.
Choroba się przyplątała i mimo, że coraz gorsze wieści zewsząd nadchodziły, bała się mama w drogę z córką w połogu i maleństwem ruszać.
Niebożątko też słabe bardzo się urodziło i doktor wezwany tak na matkę, jak i na dziecko tylko ręce bezradnie rozkładał.
Patrząc na nie, mama sobie wyrzucała, że nie pomogli jednak, choć i o dziecku nic nie wiedzieli. A chociaż starali się bardzo tę wnuczkę ocalić – nie podołali.
Do ostatniej chwili też z wyjazdem czekali, żeby się Bercie choć trochę poprawiło.
Myśleli, że drogi dalekiej nie przetrzyma, nieszczęściami złamana, ale – przetrwała. Tylko życie się w niej odrodzić nie chciało…
*
Wiadomości o jego śmierci nie zrozumiała.
Miała żal, że wywieźli ją tak daleko.
Zabrali i nie zostawili najmniejszego śladu, by mógł ją odnaleźć.
Zapiekła się w tym swoim gniewie i nienawiści do nich. Nic jej nie obchodzili. Nie mogła słuchać ich głosów, patrzeć na nich.
Nie zauważała upływu czasu. Ale czas płynął i powoli znieczulał przeszłość…

*
Po obiedzie pomaga babci sprzątnąć ze stołu. Potem obie idą na łąki, żeby nazbierać mlecza dla króli. Bo tutaj są jeszcze króliczki. Cudne. Czarne i szare. Z bardzo długimi, puszystymi uszami.
Nie wolno jej samej chodzić do króli, bo może otworzyć klatkę i któregoś wypuścić. Nie otworzyłaby, skoro nie wolno, ale przecież nie będzie się kłócić z wujkiem. To bardzo brzydko kłócić się ze starszymi. Wie – mamusia jej powiedziała.
Mają swoje miejsca, gdzie mlecz jest wyjątkowo dorodny i słodki. Tak mówi babcia. Nie poprawia jej, ale przecież mlecz jest bardzo gorzki. Kiedyś polizała łodyżkę. Nie tutaj. W letnim domu.
Tak naprawdę nie bardzo lubi zbierać mlecz. Przez to białe mleczko, które na rękach czernieje. Potem wszystko się do niego przylepia i bardzo trudno je odmyć.
Ale lubi króle – więc grzecznie zbiera.
*
A choć Bóg pozwolił i po perypetiach różnych znowu – na obcym skrawku ziemi wprawdzie – wszyscy razem zamieszkali, to jakby – oni osobno, a Berta – sobie. Czuli ten jej żal straszny. Mówić nawet nie musiała.
Skrzywdzili ją, więc tym ciężej im było na nią patrzeć…
*
Nawet go nie lubiła. Tego mężczyzny w mundurze. Był stary! Ale w nim odnalazła swoją szansę na ucieczkę. Od rodzeństwa. Od papy.
I od mamy. Do niej miała największy żal.
Przyjęła więc jego oświadczyny i wywiózł ją daleko od nich wszystkich. Od tego życia, w którym nie czuła się żywa…
„Jest taka brzydka i pomarszczona!” – pomyślała ze wstrętem i powtórzyła to głośno.
- Podobna do ciebie. – dodała okrutnie.
Ile razy wyrzucała sobie później te słowa! A przecież nie mogła się przemóc, by pokochać to maleństwo. Bo przypominało jej tamto, najukochańsze, z innego życia…

*
Wujek Heniek mówi, że nie wolno głaskać króli, bo gryzą. To dlatego mają klatki z takiej drobnej siateczki. Ale te króle gryzą tylko wujka. I to naprawdę mocno. Do krwi. Jej i babci Berty jeszcze żaden nie ugryzł. I całkiem chętnie dają się głaskać.
Nawet jak przychodzi do nich sama. Bo ona czasem łamie zakaz i wymyka się do króliczków. Kiedy już nie może wytrzymać ze smutku.
Nie otwiera klatek, ale ma małe palce, więc kiedy króliczek podchodzi, głaska go po nosku, albo uszku. Czasem opowiada im, czemu jest smutna, a czasem nie, bo wystarczy, że dotknie sobie tego mięciutkiego futerka.
*
Nawet się i bardzo jej decyzji nie dziwili, gdy za pierwszego, co się jej oświadczył, za mąż wyszła. Wiedzieli, że od nich uciec pragnie jak najdalej. A choćby w knieje dzikie, gdzie ją nowy mąż uwieźć miał. Byle z oczu ich stracić i wspomnień bolesnych nie rozjątrzać.
Nie sprzeciwiali się temu. W duchu liczyli, że przy starszym, poważnym człowieku zapomni wreszcie i żyć normalnie zacznie. Nie bali się o nią – świata poza nią nie widział i nieba byłby gotów jej przychylić, gdyby chciała.
Co jednak z tego – kiedy – nie chciała…
*
Ochrzcili ją jej imieniem, bo się uparł. Przystała na to – było jej wszystko jedno.
Nauczyła się tego nowego świata: prowadzenia domu, fałszywych uśmiechów, nieszczerych pieszczot. Jego może i oszukała, ale nie ją. Nie tę małą poczwarkę, co garnęła się do niej, łasząc o łaskawsze spojrzenie czy słowo.
A potem umarł i zostały we dwie.
A choć żyła w oderwaniu od świata i w ich nędzną egzystencję wtargnął przecież ten koszmar…

*
Bo króliczki rozumieją, jak to jest. Im też musi być w tych klatkach bardzo smutno. Wie to…
Chociaż nie lubi o tym myśleć… Ale czasem myśli.
Wolałaby tego nie wiedzieć tak na pewno, ale drugiego dnia wujek Heniek zawołał ją do siebie i powiedział, że chce jej coś pokazać. Zgodziła się i poszli do króliczków. Wujek wyjął jednego i pozwolił jej go pogłaskać. A potem powiedział, że zaraz jej coś pokaże, ale ona musi obiecać, że nikomu o tym nie powie, bo to będzie ich tajemnica.
Obiecała. I zaraz potem wujek wyciągnął nóż, złapał króliczka za uszy i podniósł do góry. Króliczek zapiszczał i zamachał tylnymi łapkami.
Dalej nie widziała – uciekła. Ale i tak domyśla się, co się stało. Przez głośny śmiech wujka usłyszała przecież, jak ten króliczek płakał.
Pobiegła wtedy do babci. Nic jej nie powiedziała, ale w nocy bardzo płakała przez sen i krzyczała. I wtedy mogło się jej coś wypsnąć…
A jeśli tak – to sama już nie wie, czy dotrzymała obietnicy… Czy takie wygadanie się przez sen się liczy, czy nie.
Bo jeśli się liczy, to nie wie, co powinna zrobić.
Nie wolno przecież łamać danego słowa…
Kiedyś zapytałaby mamusię…
Ale może jak tatuś przyjedzie, to zapyta jego… Nie tak szczegółowo… tylko… ogólnie.
*
Źle się u Berty od samego początku działo i żeby nie ten mąż oddany i stateczny, pewnie by i drugie dziecko na zatracenie poszło.
A choć rodzice rzadko bywali, widzieli przecież, że serca do swojej rodziny Berta nie ma.
Mała o pieszczoty jak szczeniaczek się łasiła. Na każde dobre słowo rozkwitała. Zabierali ją też czasem do siebie – choć nieczęsto, bo droga daleką i trudną była.
Kiedy pomarło się drugiemu zięciowi, przemyśliwali nawet, czy by Berty i Elusi nie przytulić, ale Berta nie zgodziła się na przeprowadzkę.
A potem znowu czas najczarniejszy chyba nastał…
*
Tułaczka.
Tak chyba mogłaby nazwać ten czas, kiedy z dzieckiem, pozbawiona dachu nad głową i przyjaciół, poniewierała się od miejsca do miejsca.
Przeklinała męża w duchu, że umarł i zostawił je same. I że zataił prawdę o swoich korzeniach. Chociaż była pewna, że to nie miałoby żadnego znaczenia. Nie, kiedy za niego wychodziła.
A przecież nie mogła porzucić Elżbiety. Sprzedawała więc wszystko, co udało się jej spakować, gdy w panicznej ucieczce opuszczały własny dom. Sztuka po sztuce.
Dopiero pod koniec trafiły na ludzi, którzy o nic nie pytali. Nie chcieli pieniędzy. Dali kąt i trochę spokoju. Tam, w tej piwnicy bez okien doczekały wolności…

*
Po karmieniu króliczków przeważnie zostaje na podwórku. Czasami huśta się na starej zardzewiałej huśtawce, która strasznie skrzypi. Albo idzie do ogrodu i patrzy sobie na kwiaty. Nie zrywa ich, bo tu niczego nie wolno zrywać bez pozwolenia. Nawet owoców i warzyw. Nie robi tego, ale smutno jej, gdy owoce spadają i leżą na ziemi, dopóki nie zgniją…
Przyjemnie byłoby czasami zjeść jabłko prosto z drzewa albo pomidorka z krzaczka…
Takie pomidorki z krzaczka są przepyszne. Nagrzane słońcem, jasne z wierzchu i ciemnoczerwone w środku. Słodkie i soczyste. A kiedy oderwie się tę zieloną szypułkę – wydzielają taki ziołowo-gorzki zapach…
Ale skoro nie wolno, to – nie wolno.
*
Długo się zbierali po wszystkim.
Na wieść, że córka z wnuczką żyją, papa z mamą propozycję ponowili, ale wciąż im swojej krzywdy zapomnieć Berta nie mogła i nie chciała z nimi zamieszkać. Tyle, że Elusię czasem przysłała na wakacje. Sama kształciła się, bo na zdolnościach nigdy jej przecież nie zbywało. W czas tylko podły się urodziła. Jak i oni wszyscy…
*
Nawet przez chwilę nie pomyślała, by wrócić do rodziców.
Przytelepały się do dawnego domu, ale w nim nie było już ani jednej wolnej izby.
Znalazła jakiś kąt na początek.
Trochę prała po ludziach, sprzątała. Posłała Elżbietę do szkoły.
Źle im się wiodło.
A potem zaczepiła się w szpitalu. Miała doświadczenie z chorymi, cierpliwość i delikatne ręce, więc za namową doktora wyuczyła się na felczera…
Zrobiło się lżej…

*
Czasami bawi się z Finkiem. Ale Finek nie przepada za zabawami. Jest okropnie brzydki – brudno-żółty i ma taki wyraz mordki, jakby na wszystkich był wściekły. Ma po prostu zawsze wyszczerzone ząbki, bo ta mordka mu się nie domyka. Jest już bardzo stary. Najbardziej lubi sobie leżeć na ciepłym piaseczku. Słabo go wtedy widać i można w niego wdepnąć. Wtedy Finek podnosi głowę i zaczyna rachitycznie szczekać.
Zawsze, kiedy słyszy to szczekanie, ma wrażenie, że on nie ma już siły zaszczekać głośniej. Idzie wtedy do niego i próbuje pocieszyć. A Finek patrzy, jakby wszystko rozumiał i czasami nawet daje się pogłaskać.
Raz szczekał tak żałośnie, że chciała mu zrobić jakąś przyjemność i zabrała go na huśtawkę. Kiedy usiedli, Finek wykręcił się jej z rąk, ugryzł ją w policzek i uciekł. Nie myślała, że taki stary psiak potrafi jeszcze tak szybko biegać.
Ani babcia Berta. Przybiegła wtedy naprawdę przestraszona, bo widziała wszystko z okna. Na szczęście to było tylko draśnięcie. Po kilku dniach nie został po nim nawet ślad.
*
I nie wiadomo, kiedy lata przeleciały i Elusia własne gniazdo postanowiła wić. Zaproszenie na ślub piękne wystosowała.
A choć i potańczyliby może dziadkowie na wnuczki jedynej weselu, to gdzie im tam – starym w taką drogę było ruszać. Tylko Olga się wybrała.
Za to później Elusia ich odwiedziła. Mężem i prawnukiem pochwalić się chciała…
*
Nie spodobał się jej narzeczony Elżbiety.
Jak się jednak miała sprzeciwiać. Komuś życie układać…
Czuła, że sprytem Elżbiecie imponował…
Obrotny był. To on odzyskał ich dom. Dzięki jego znajomościom pozbyły się bezprawnych lokatorów, dostały jakieś środki na remont.
Przepisała wszystko na Elżbietę, zachowując dożywotnie prawo mieszkania. Tak jej podpowiedział notariusz…
I zamieszkali wspólnie w tym domu – ona i Elżbieta z mężem. Dokładała się im do gospodarstwa i nawet myślała, że może się jakoś ułoży, bo choć się z tym Henrykiem nie lubili bardzo, przecież dla Elżbiety był dobrym mężem…

*
Ale najbardziej lubi to miejsce za drogą. Jest tam kilkanaście ogromnych kamieni. Bardzo fajnie skacze się po tych kamieniach. Trzeba tylko uważać, żeby noga się nie omsknęła. I nie można po nich chodzić na bosaka, bo są ostre.
Babcia daje jej szmaciany chodniczek, więc często przesiaduje na tych kamieniach od świtu do nocy. Droga przed domem jest żwirowa, ale rzadko przejeżdża nią jakiś samochód. Ostatnio jechali tędy oni z tatusiem.
*
Dalecy oni wszyscy od oceniania innych byli i rzadko się ze swoimi opiniami ujawniali, ale nie bardzo im ten mąż Elusi do gustu przypadł. Za głośny jakiś był. I taki… delikatny mało. Dosadny. Z nikim i z niczym się nie liczył. Tylko ze sobą. Prawdę w oczy bez pardonu mówił, ale słuchać jej o sobie – nie chciał.
Prawie obrazą się ta wizyta skończyła, choć Elusia – dobre dziecko – łagodziła, jak mogła…
*
Kiedy stanął na progu, myślała, że ducha zobaczyła. Zasłabła, a kiedy się ocknęła, a on nie zniknął i tak nie uwierzyła.
„Nie umarł! – krzyczało w niej wszystko. – Nie umarł!”
Zabrał ją do tego miasta najpiękniejszego na świecie, co kiedyś o nim marzyli oboje, a świat się jakby cofnął i znów miała czternaście lat.
Już nigdzie nie musieli się spieszyć. Znowu byli tylko ze sobą i tylko dla siebie. Mieli tę miłość o smaku pieczonych kasztanów i mokrego betonu…

Koniec części pierwszej.

Obrazki. Grossmutter.

Siedzi między rodzicami i nieuważnie dłubie w pieczeni. Wszystko wokół jest zbyt fascynujące, by zaprzątać sobie głowę jedzeniem.
Na szczęście dorośli są za bardzo pochłonięci rozmową, by zwracać na nią uwagę.
Już to, że pozwolono jej usiąść przy dużym stole, jest niecodzienne. Tak naprawdę nie powinno jej tu być. Tylko, że właściwie nie wiadomo, co z nią zrobić. Jest jedyną osobą w takim wieku.
A wszystko dlatego, że mamusia urodziła się dużo później niż ciocia i wiekiem bardziej pasuje do dzieci swojej siostry.
Mamusia jest młoda i śliczna. Właśnie rozmawia z Grossmutter, która uśmiecha się do mamusi, bo ją bardzo lubi.
*
Kiedy Grossmutter była jeszcze całkiem młodą dziewczyną, musiała opuścić swój rodzinny dom. Miała wyjść za mąż za człowieka, którego wcale nie znała, bo tak zadecydowali jej rodzice. I właściwie Grossmutter nie miała w tej sprawie nic do powiedzenia – musiała ich słuchać. Kiedyś dziewczynki nie mogły sprzeciwiać się starszym, nawet, jeśli myślały inaczej…
*
Grossmutter mówi, że mamusia przypomina jej ją samą.
To prawda – są podobne, chociaż Grossmutter jest już bardzo stara – dziś kończy sto lat. Wszyscy mówią, że wcale nie wygląda na swój wiek, a Grossmutter mruży swoje czarne oczy i patrzy żartobliwie.
Właściwie widzi Grossmutter dopiero trzeci raz w życiu. Teraz już się jej prawie nie boi, ale to pierwsze wrażenie było okropne.
Grossmutter siedziała w fotelu i wyglądała jak wielka lalka. Prawie się nie ruszała i wydawało się, że śpi, więc kiedy nagle wyciągnęła do niej rękę, ona bardzo się przestraszyła. Ale nie wybuchła płaczem, chociaż w gardle stanęła jej gula. Podeszła i dzielnie uścisnęła te zimne palce. Zrobiła tak samo jak wcześniej mamusia. I to się chyba Grossmutter spodobało, bo poruszyła się i powiedziała:
- Dobrze wychowana panienka.
Wtedy mamusia też się uśmiechnęła i pocałowała Grossmutter w policzek.
Na szczęście jej nie kazano tego robić.
*
Dobre było chociaż to, że przyszły mąż nie był jakimś staruchem. Był starszy od Grossmutter o cztery lata.
Po weselu rodzina musiała wracać do domu, a Grossmutter została całkiem sama w zupełnie obcym kraju.
Po ich wyjeździe przepłakała siedem dni, a potem otarła oczy i zaczęła wprowadzać swoje rządy.
W rodzinie mówiło się, że owinęła sobie męża wokół palca.
Grossmutter była bardzo piękna. Podobno taka piękność zdarzała się jedna na całe pokolenie i właśnie Grossmutter nią była.
Grossvater też był przystojny. A chociaż podwładni mówili, że był bardzo twardym człowiekiem, w domu dawał sobie wejść na głowę. Bo Grossmutter była nie tylko piękna, ale i mądra i umiała z nim postępować…
*
Czuje na sobie wzrok ciotki Jagi, więc czym prędzej pochyla się nad talerzem i udaje, że tylko to ją interesuje. Ale tak naprawdę wciąż zerka na innych.
Pamięta, że gdy widziała Grossmutter pierwszy raz, ta podniosła się z fotela i wtedy okazało się, że jest wysoka i szczupła. Miała na sobie suknię w stalowym kolorze i bardzo eleganckie buciki.
Ale największy podziw wzbudzały jej włosy – zaplecione w misterny wianek z tyłu głowy, z którego wymykały się niesforne srebrne loczki.
Grossmutter podeszła do niej i dotknęła jej policzka, a potem wróciła na fotel.
Pokazała mamusi miejsce w drugim fotelu, a kiedy mamusia usiadła – zaczęły rozmowę. Niestety – do dziś nie wie, o czym rozmawiały, bo to było po angielsku.
Pamięta, że była wtedy trochę rozczarowana.
*
Grossvater robił karierę i bardzo rzadko bywał w domu, więc wszystko spadło na barki Grossmutter. Nigdy się nie skarżyła, chociaż do obowiązków doszła jej opieka nad czwórką dzieci – trzema córkami i synem. Rodzili się równiutko co dwa lata, bo tak Grossvater pojawiał się w domu…
*
Unosi nieśmiało głowę i napotyka spojrzenie Olgi. Nie zna jej, ale wydaje się o wiele sympatyczniejsza od ciotki Jagi. Nie ma w twarzy tej złości…
Drugie spotkanie już nie było takie okropne. Grossmutter się nie zmieniła – miała tylko inną suknię, w pięknym, głębokim granacie i inne, lakierowane pantofelki. Do sukni przypięta była broszka – srebrna róża. Na jej płatkach błyszczały trzy perełki, które imitowały krople rosy.
Grossmutter zauważyła wtedy, że ona się tej broszce przygląda, wypięła ją więc i podała. Z bliska klejnocik był jeszcze cudniejszy. Obejrzała go wtedy bardzo dokładnie. Potem podeszła i chciała oddać, ale Grossmuter roześmiała się i powiedziała, że to prezent.
*
Kiedy wujek Albert miał dwa lata, okazało się, że Grossvater dostał przeniesienie. Kiedy urządził dom, dojechała do niego Grossmutter z dziećmi.
Bardzo się cieszyła z tego przeniesienia, bo dzięki temu znowu była blisko swojej rodziny. Grossvater miał teraz jeszcze więcej pracy, ale częściej bywał w domu, bo nie musiał tak daleko wyjeżdżać…
*
Unosi rękę do szyi i muska srebrne cacuszko. Prawie się z nim nie rozstaje. Na początku nawet spała z tą broszką, schowaną pod poduszką. Nigdy wcześniej nie miała własnej biżuterii i nie wiedziała, jaka to przyjemność coś takiego posiadać…
To naprawdę bardzo wytworna rzecz i kiedy jej dotyka, czuje się jak prawdziwa dama. Prawie taka jak Grossmutter, która siedzi u szczytu stołu i rozmawia z córkami.
Głos ma miły, chociaż spółgłoski wymawia trochę twardo, co sprawia wrażenie srogości. Ale w gruncie rzeczy jest dość sympatyczna.
Aż jej się wierzyć nie chce, że babcia Berta wylała kiedyś przez Grossmutter morze łez.
*
Na początku trudno im się było zaaklimatyzować, ale po jakimś czasie Grossmutter znowu ujęła wszystko żelazną ręką. Grossvater wciąż robił karierę, więc to ona musiała troszczyć się o wszystko. Zajmowała się nie tylko wielkim domem i zatrudnionymi ludźmi, ale także dbała o edukację dziewczynek i syna. Wiedziała, że staranne wychowanie zapewni jej dzieciom lepsze perspektywy. Grossvater także był światłym człowiekiem i chciał swojemu potomstwu zapewnić możliwie najlepszą przyszłość…
*
Właśnie wniesiono kolejne danie i wszyscy zajęli się jedzeniem, więc może bezkarnie rozglądać się wokoło. Kilka krzeseł dalej, po drugiej stronie stołu siedzi siostra mamusi – ciotka Elka. Jest szczupła, dość wysoka, ma pomarszczoną twarz i bardzo wysoki głos. Niby zawsze się do niej uśmiecha, ale ona instynktownie czuje w niej jakiś fałsz i niechęć. Nie rozumie, czemu siostra mamusi tak jej nie lubi, ale na wszelki wypadek za bardzo jej nie ufa.
Obraca głowę i przenosi wzrok na siedzącego obok wujka Heńka. Jest mężem ciotki Elki i zupełnym jej przeciwieństwem. Ma okrągłą, zawsze czerwoną twarz, pucate policzki i trzy podbródki. Jego szyja jest tak krótka, że wydaje się, jakby głowa wyrastała ze śmiesznych, tłustych ramionek. Wujek Heniek jest gruby i cały wygląda jak nadmuchany. Zawsze nosi spodnie na szelkach, które zwisają mu z tyłu aż do połowy uda. Ohydnie to wygląda – jakby coś się tam szamotało…
*
Po jakimś czasie Grossvater przywykł do nowych warunków i przestał wciąż powtarzać o powrocie do domu. Wydawało się, że wreszcie ich życie trochę się ustatkuje i będą mogli w spokoju wychować dzieci. Dzięki Grossmutter i jej koneksjom ponawiązywali odpowiednie stosunki i wszystko szło ku dobremu.
Grossvater znowu awansował i mógł spędzać z rodziną już nie tylko urlopy…
*
Szmer rozmów narasta, więc pochyla się nad talerzem, na który mamusia nałożyła jej porcję gołąbków. Lubi gołąbki. A właściwie lubi piękny pomarańczowy sos, w którym są zanurzone. Odkrawa widelcem kawałek i unosi do ust. Żuje powoli, wsłuchując się w rozbawione głosy.
W pewnej chwili tatuś się podnosi i napełnia kieliszki czerwonym winem.
Nagle zalega cisza. Ogląda się i dostrzega Olgę wnoszącą wielki tort. Wszyscy wstają i ciotka Jaga zaczyna śpiewać. Do jej mocnego głosu dołączają po kolei wszyscy członkowie rodziny. Nawet ona pomrukuje coś cichutko. Nigdy nie ma śmiałości śpiewać pełnym głosem, odkąd wujek Heniek powiedział, że trzeszczy jak stara szafa.
Patrzy na Grossmutter, która siedzi na wysokim krześle z rzeźbionym oparciem i uśmiecha się radośnie. Nie bardzo chce jej się wierzyć, kiedy w czarnych oczach dostrzega ślady łez. W rodzinie mówi się, że Grossmutter nigdy nie płacze.
*
Niepokoje zaczęły się wkradać po kilku latach. Niby nigdy nie miało się pewności, ale to było coś innego. Jakby nad wszystkimi zawisło jakieś niebezpieczeństwo. Niejasne i nieuniknione.
Przeczucia Grossmutter nie zawiodły. I nagle musieli zadecydować, co dalej.
Po długich naradach postanowili, że on wróci do siebie, a ona zostanie na miejscu z dziećmi. Rozstawali się i nie wiedzieli wcale, czy jeszcze kiedyś się zobaczą. Grossmutter, żegnając się powtarzała, że „będzie, co Bóg da”.
A potem schroniła się wraz z dziećmi pod skrzydła własnej familii.
Jak się później okazało – ich decyzja była słuszna i być może – uchroniła wszystkich od śmierci…
*
Wsłuchuje się w melodię słów. Wszystko brzmi tak pięknie, że ogarnia ją uczucie wielkiej dumy. Tym większej, że ponad inne wybija się głos mamusi.
Grossmutter patrzy na wszystkich z zadowoleniem i uśmiecha się jeszcze szerzej, nie tając już teraz łez wzruszenia.
Podobno Grossmutter miała kiedyś przepiękny głos o niespotykanej barwie i tak naprawdę to w tym głosie zakochał się najpierw Grossvater, jak już się poznali…
Ciotka Jaga mówiła, że Grossmutter miała taki głos, że gdy śpiewała – gasły świece. Nie bardzo wie, na czym to właściwie polegało, ale z tonu wypowiedzi ciotki wnioskuje, że to musiało być coś niezwykłego.
Teraz Grossmutter już nie śpiewa, ale wciąż uwielbia słuchać muzyki. Szczególnie operowej.
*
Spotkali się dopiero po kilku latach. Grossmutter w podzięce, że się ten czas cierpienia i strachu skończył, cały tydzień spędziła na modlitwach, choć bogobojna nigdy specjalnie nie była.
A chociaż życie po raz trzeci prawie od początku zaczynać musieli, w uczuciach do siebie nie osłabli i to chyba ich rodzinę przed całkowitym zatraceniem musiało uchronić…
*
Kiedy śpiew ustaje, tatuś sięga po swój kielich i wznosi toast. Reszta przyłącza się do tych życzeń.
Ona też dostała kilka kropli, czuje się więc bardzo wyróżniona, że może wraz z dorosłymi wypić za zdrowie Grossmutter.
Mamusia szybko robi miejsce na stole i Olga stawia przed Grossmutter wielki tort z jakąś niebywałą liczbą świeczek.
Grossmutter zaczyna się śmiać. Potem czyni zapraszający gest, i mamusia wypycha ją naprzód. Staje więc obok i czeka aż Grossmutter pomyśli życzenie. Przy okazji ona myśli też swoje. Potem obie nadymają policzki i zaczynają dmuchać. Widzi, że wszyscy członkowie rodziny odruchowo pochylają się i wypuszczają powietrze. Wygląda to dosyć zabawnie, ale nie ma czasu się śmiać. Wszystkie świeczki zostają zdmuchnięte i Grossmutter udaje, że nie zauważyła zbiorowych wysiłków. W znakomitym humorze bierze do ręki szeroki nóż i odkrawa pierwszy kawałek. Olga podstawia talerzyk i łopatką przekłada nań porcję, którą stawia przed Grossmutter.
*
Wtedy nie wiedzieli jeszcze, że to nie ostatni psikus losu i wredny uczynek podłych czasów. Grossmutter, nauczona doświadczeniem, tak się starała żyć, jakby świat się niezadługo miał skończyć i na wszystkie przeciwności losu chciała być przygotowana.
Nie omyliła się bardzo, bo ledwie kilka lat minęło i znowu się zaczęła poniewierka. Kolejny raz musieli się rozstać i znowu nie wiedzieli na jak długo.
Kiedy Grossvater w innej części kraju pełnił swoje obowiązki, Grossmutter z dnia na dzień musiała podjąć decyzję i choć była już niemłoda, zdecydowała się na nieznaną drogę, żeby swoją rodzinę chronić. Ani jej wtedy w głowie postało, że stare życie przyjdzie jej zostawić na zawsze.
Mimo, że w drodze okropieństw się naoglądała i, nie raz, nie dwa, poczuła, do czego głodna, zdziczała siła jest zdolna, wciąż miała nadzieję na powrót…
*
Po podzieleniu tortu wszyscy po kolei podchodzą do Grossmutter i składają jej życzenia, wręczając jakieś drobiazgi.
Jest bardzo ciekawa, co kryje się w paczuszkach, ale rozumie, że to nie jej prezenty. Już nawet godzi się z myślą, że pewnie nigdy się nie dowie, co w nich było, kiedy Grossmutter zaprasza ją drugi raz.
Podchodzi więc i z niedowierzaniem słucha prośby o pomoc. Patrzy na mamusię, a kiedy ta kiwa głową, rozgląda się za jakimś siedziskiem. Znajduje stołeczek, więc przynosi go sobie i siada obok.
- Voici la plus vraie dame! – słyszy cichy głos Grossmutter. Nie do końca rozumie znaczenie słów, ale dostrzega poróżowiałe nagle policzki mamusi. Czuje, że te słowa sprawiły mamusi wielką przyjemność i jest z siebie dumna, że nie przyniosła rodzicom wstydu.
*
Najgorsza była chyba ta niepewność. Grossmutter cały czas miała nadzieję, że burza rychło minie i postanowiła osiąść tymczasowo najbliżej jak się da. Dysponowała bardzo małymi funduszami i musiała rozejrzeć za jakimś lokum, żeby pod gołym niebem z dziećmi nie nocować.
Czekała na pomyślne wieści.
Ale wieści nie nadchodziły. Ani pomyślne, ani – żadne. Ani Grossvater znaku życia nie dawał, ani o zagubionej podczas tej strasznej zawieruchy familii niczego się dowiedzieć nie mogła.
Coraz częściej nachodziły ją myśli, że w tym obcym miejscu trzeba będzie osiąść na dłużej…
*
Rozwija pakunki i każdy przedmiot ostrożnie podaje Grossmutter. Ta ogląda po kolei bibelociki i mówi o nich kilka miłych słów. Wszystkimi zachwyca się jednakowo i próbuje odgadnąć, który jest od kogo.
Kiedy Grossmutter ogląda prezent, który ona własnoręcznie przez kilkanaście ostatnich wieczorów wyszywała, serce bije jej szybko. Bardzo chciałaby, żeby jej serwetka spodobała się Grossmutter. Dostrzega nieco krzywo wyszyte fiołki i zaczynają nią nagle targać wyrzuty sumienia, bo wie, że mogła postarać się bardziej. Na szczęście Grossmutter nie zauważa chyba mankamentów, bo przez chwilę bacznie się jej przygląda, a potem orzeka, że ten prezent podoba się jej najbardziej. Podnosi się z krzesła i podchodzi do komódki ze zdjęciami. Bierze jedno z nich, kładzie serwetkę i ustawia na niej ponownie fotografię w staroświeckiej ramce.
Dopiero później dowiaduje się od Olgi, że to ulubione zdjęcie Grossmutter, na którym widnieje twarz wuja Alberta. Tego samego wuja Alberta, który zginął młodo.
*
Grossmutter, trochę żeby niewesołe myśli rozproszyć, a trochę z potrzeby, znalazła sobie zajęcie. Jako, że biegle władała kilkoma językami, zajęła się przepisywaniem urzędowych dokumentów. Profity z tego były niewielkie, ale na bieżące, bardzo skromne potrzeby wystarczało. Nie narzekała nigdy. Nawet uśmiechała się ponoć dość często, tylko włosy jej coraz bardziej bielały. A jednak jakoś to wszystko ciągnęła…
*
W innych paczuszkach znajdują się istne cudeńka.
Najbardziej podobają jej się maleńkie białe filiżanki ze złotym szlaczkiem. Naczynka są zupełnie proste, ale tak cieniutkie i delikatne, że strach je wziąć do ręki.
Równie piękny jest komplet haftowanych serwetek, na których białe kwiaty układają się w misterne girlandy.
Nie może też oderwać wzroku od trzech rzeźbionych, drewnianych ramek.
*
Nocy, kiedy Grossvater wraz z trzema kompanami zakołatał w drzwi, omal nie przypłaciła Grossmutter zawałem serca. Ledwo w tym chudym, pokrwawionym starcu własnego męża rozpoznała. Kompani do domu go dowieźli i zaraz ruszyli dalej. Ślad po nich zaginął i nigdy już nikt o nich nie słyszał.
Z pomocą znajomego felczera udało się jakoś Grossvatera połatać, choć myśleli, że już kres na niego przyszedł. Kiedy trochę wydobrzał, za pracą się rozglądać zaczął, a że wykształcenie wyższe posiadał i też biegle kilkoma językami mówił – zatrudniono go w magistracie.
Stały dochód – choć niezbyt duży – pozwolił im na w miarę godne życie. Może by i gdzieś w świecie ze swoim wykształceniem lepiej płatną posadę dostał, ale nadzieja go w miejscu trzymała, że jeszcze uda mu się do starego życia wrócić…
*
Kiedy wszystko zostaje dokładnie obejrzane, pochwalone i ustawione, ona może wrócić na swoje miejsce. Siada obok rodziców i zerka na Grossmutter. Do jej uszu dobiega wysoki głos wujka Heńka.
Spogląda na Grossmutter i widzi, jak jej twarz wykrzywia grymas niechęci. Czuje, że Grossmutter też za wujkiem nie przepada. Wcale jej to nie dziwi – wujek Heniek jest bardzo niegrzeczny, a jego ton protekcjonalny. Nie znała wcześniej tego słowa, ale usłyszała, że tak określiła to siedząca niedaleko Olga.
Grossmutter bardzo szybko się opanowuje, odwraca twarz i w połowie zdania wujka Heńka zwraca się do tatusia.
Tatuś odpowiada coś po rosyjsku, czego ona nie rozumie. Ale Grossmutter rozumie świetnie, bo zaczyna się śmiać.
Patrzy na wujka Heńka i pierwszy raz widzi, że jego twarz traci swój buraczany odcień. Widzi jeszcze, jak wujek nabiera powietrza i unosi ramiona, a ciotka Elka pośpiesznie dotyka jego ręki i szepce mu coś do ucha. Na te słowa wujek Heniek wypuszcza powietrze i przysiada, choć wcale nie wydaje się przez to mniej nadmuchany.
*
Wieści zewsząd szły, że na tej tłuszczy strasznej odwet im się uda wziąć.
Czekali więc, lepszego jutra wyglądając.
Lata mijały i powoli nadzieja w nich gasła. Okrzepli. Przywykli do nowych warunków. Jakoś się próbowali kolejny raz w nowej rzeczywistości odnaleźć.
Za rodziną Grossmutter tęskniła bardzo, ale wywiedzieć się niczego nie sposób było, bo tamten świat zamknął się za nimi bardzo szczelnie.
I znowu uwierzyli, że może zaznają choć trochę spokoju…
*
Za oknem zapada zmrok, więc ciotka Jaga zapala światło. W jego blasku wszystko wygląda jakoś inaczej. Bibeloty na komódce rzucają długie cienie, a białe kwiaty na tłoczonym obrusie wyglądają jakby były wypukłe.
Przygląda się siedzącym za stołem kobietom i – mimo że są bardzo różne – dostrzega w nich podobieństwo. Nie umie powiedzieć, na czym ono polega. Może wszystkie mają podobne ruchy. Takie ładne, płynne. Zastanawia się, czy ona też jest podobna do mamusinej rodziny.
*
Tyle już razy pod kołem byli, że nawet ich zbyt kolejna odmiana nie zdziwiła. Choć i w najśmielszych snach nie myśleli, że takich okropieństw przyjdzie im doświadczyć.
Kiedy się nowa zawierucha zaczęła, ktoś tam sobie o Grossvatera wykształceniu przypomniał i powołanie dostał. A właściwie to – ultimatum. Pochodzenie i nazwisko bardzo przeciw niemu świadczyły, ale doświadczenie – przeważyło.
Z powodu wieku i uszczerbku na zdrowiu już się do czynnej służby nie nadawał, ale wiedzą służyć mógł.
Została więc Grossmutter znowu sama. Niemłoda już była, a jednak na pierwsze naciski, by się po jedynej słusznej stronie opowiedzieć, kolejny raz życie swoje zostawiła i na nieznane poszła…
*
Trochę już ją nudzi to siedzenie. Dotyka ręki tatusia i pyta, czy może wstać od stołu. Tatuś patrzy na mamusię. Mamusia kiwa głową, więc wstaje i odchodzi. Idzie do kuchni i rozgląda się ciekawie. Nigdy nie widziała takiego białego kredensu z maleńkimi szybkami i śmiesznymi porcelanowymi gałkami. Wie, że są porcelanowe, bo przed chwilą ich dotknęła. Przykłada nos do szybki i przez płatki kwiatów zagląda do środka. Nie otwiera drzwiczek, bo to nieładnie grzebać w czyichś rzeczach bez pozwolenia.
*
Rozdzielić się znowu musieli i te lata straszne, w których o najbliższych nic nie wiedziała, sprawiły, że Grossmutter całkiem posiwiała. Zaprzyjaźnieni ludzie miejsce jej na zabitej dechami wsi znaleźli, gdzie od świtu do nocy pracowała. Nie dlatego, że musiała. Za wikt, dach nad głową i jakie takie bezpieczeństwo odwdzięczyć się pragnęła z całych sił.
A gdy w polu plecy zginała, myśl o rodzinie nawet na chwilę jej nie opuszczała. Najwięcej się o najmłodszego Alberta martwiła, bo się na ochotnika zaraz na początku tego wszystkiego zaciągnął…
*
Przenosi wzrok na półeczki, na których stoją maleńkie dzbanuszki. Są prześliczne. Mamusia powiedziała jej, że to kolekcja Olgi. Nie dotyka niczego, chociaż ma na to ogromną ochotę. Powstrzymuje się, bo boi się, że mogłaby coś niechcący pobić. Liczy dzbanuszki, ale słyszy za plecami jakiś ruch, rozprasza się i gubi w rachubach. Próbuje jeszcze raz, ale do kuchni wchodzą Olga z ciotką Elką.
Ciotka Elka omiata ją wzrokiem i każe pokazać ręce.
Nie rozumie, po co miałaby to robić, ale wyciąga puste dłonie przed siebie. Ciotka Elka każe jej wywrócić kieszenie.
Nie ma żadnych kieszeni w sukience, więc zaczyna się śmiać. Wtedy Olga podchodzi do niej, podaje jej rękę i prowadzi do innego pokoju.
*
Od świata odcięta Grossmutter na początku wiary nie dawała, że się to wszystko szczęśliwie skończyło.
Do domu na piechotę wracała, do różnych grup się po drodze przyłączając czasami. Że to niby bezpieczniej, choć nie raz modliła się, żeby prędzej inną kompanię znaleźć, widząc, jak to się niektórzy po cudzym dobytku opuszczonym panoszą, kąty przewracają. Ale ślepa i głucha na wszystko była, prąc naprzód.
Tego się jeszcze bała, żeby jej kto za brak papierów nie zastrzelił, bo dokumentów nijakich nie miała prócz tej podrobionej nieudolnie metryki…
*
To dziwne miejsce.
Zupełnie inne niż salonik. Jasne i wesołe. Na żółtej podłodze leży kolorowy, szmaciany chodniczek. W oknie powiewa biała firanka i delikatne, muślinowe zasłonki w kolorze waniliowego budyniu. Nie wiedziała, że ten zwiewny materiał nazywa się muślin. Olga jej powiedziała przed chwilą. Ta nazwa jest śmieszna i miła dla ucha, więc powtarza ją kilka razy półgłosem i parska śmiechem.
Na ścianie dostrzega obrazek. Przygląda się śmiesznym, nagim bobasom ze skrzydełkami, które nazywają się amorki. Mają łuki i strzały i zabawne różowe pupy. Mierzą z tych łuków do ładnej bladej pani, która ma smutne oczy i drobne, brązowe loczki. Pani trzyma się za serce i opiera o poręcz mostka. Za mostkiem płynie sobie kawałek zielonej rzeczki.
Dalej stoi etażerka z książkami. Olga powiedziała, że może sobie wybrać coś do czytania. Podchodzi do regaliku, przesuwa szybkę i wybiera ciężki album.
*
Kiedy Grossmutter tak szła przed siebie, byle co jedząc i byle gdzie śpiąc, samochód się raz przy niej zatrzymał. Już myślała, że i na tym się jej powrót zakończy, ale chyba niegroźnie wyglądała, bo ją młode żołnierzyki spytały, czy nie podwieźć. Zgodziła się chętnie i od słowa do słowa zgadało się o różnych akcjach. Serce jej jakoś wtedy mocniej nie wiedzieć czemu zabiło, ale się nie zdradziła.
Za to, kiedy ją do punktu postoju dowieźli, bacznie się rozglądała i okazało się, że przeczucie znowu jej nie omyliło.
Ledwo swojego męża poznała – taki chudy był. Ale żył. I już się nawet poprawił trochę. Mówił, że wcześniej dużo gorzej wyglądał.
Niewiele wtedy opowiadał, ale wymiarkowała, że tylko dzięki dobrze podrobionym dokumentom – jak go złapali – ocalał. Nie zorientowali się i o zdradę wybranego narodu nie oskarżyli i nie powiesili na pierwszym drzewie, tylko uwięzili. Tam końca koszmaru czekał.
Od tego czasu razem się dalej telepali. Jakoś Bóg dopomógł i nogi, i do tego miasteczka, co je od tylu już lat domem nazywali – dotarli…
*
Otwiera oczy i czuje chłód. Chyba musiała na chwilę zasnąć. Rozgląda się i przypomina sobie, że jest w pokoju Olgi. Nasłuchuje. Zza drzwi dobiega ją szmer rozmowy. Odkłada album na miejsce i wychodzi z pokoju. Przemierza ciemny przedpokój i wchodzi w blask salonu. Mruży oczy. Kiedy bolesne szczypanie przechodzi, rozgląda się i dostrzega rodziców. Podchodzi do stołu. Grossmutter siedzi teraz w fotelu, który ustawiono zamiast krzesła i rozmawia z ciotką Elką i tatusiem. Mamusia słucha opowieści ciotki Jagi.
Podchodzi i dotyka mamusinej ręki. Mamusia odwraca się, uśmiecha i wraca do przerwanej rozmowy.
Ona niewiele z tego rozumie, więc przysiada na swoim krześle i opiera czoło o plecy mamusi.
*
Straszny list Grossmutter spaliła, a blaszkę rzuciła na dno szuflady. Bo niby na co się komu takie żelastwo przydać miało. A łez jej nikt nie zobaczył, kiedy o Albercie zawiadomienie przyszło. Tylko twardo jej się tak w piersiach zrobiło i sucho. I już ta suchość w niej pozostała.
Żeby nie ta Olga – iskierka – już nijak żyć by nie szło. Ale była. Przywitała. Ręce ucałowała.
Berta też się odnalazła. Daleko. Ale – żyła.
Najwięcej o Jagusi Grossmutter myślała. Wieści żadnych nie było, ale w sercu czuła, że żyje. Czasami tylko coś ją tak kłuło i niemoc ją zupełnie czarna ogarniała. A płakać nie mogła. Choć czuła, że się tej pierworodnej jakaś krzywda dzieje…
*
Lubi zapach mamusi. Wszystkie jej rzeczy pachną różami. Mamusia używa perfum, które nazywają się Chanel 19.
Kiedy będzie dorosła, też będzie takich używać. I będzie miała takie piękne ręce i pomalowane paznokcie. Będzie chodziła w obcisłych czarnych spódnicach i eleganckich bluzeczkach. A do tych bluzeczek będzie przypinać różyczkę, którą dostała od Grossmutter. I zawsze będzie miała na nogach piękne buciki na wysokich obcasach.
Próbuje wyobrazić sobie siebie jako dorosłą osobę, ale nie udaje jej się, więc – zniechęcona – potrząsa głową i stara się wyłowić z rozmowy chociaż kilka znajomych słów.
*
Ledwo to niebożątko odchuchali, kiedy do domu wróciło. A kiedy Grossmutter tę swoją córkę zobaczyła, to jej kawałek serca umarł.
Grossvater niby udawał, że wszystko jest jak dawniej, ale też się w sobie gryzł i to Grossmutter sen z powiek spędzało.
Może tylko ta wiadomość o wnuczce zdrowej trochę ich oboje pocieszała…
A potem to już lata biegły jak szalone i ani się obejrzała, jak kostucha jej męża zabrała. Dobrze chociaż, że pod koniec spokoju trochę zaznał. Należało mu się, bo dobry był z niego mąż i ojciec…
*
Przy stole znowu robi się małe zamieszanie, bo Olga wnosi lody.
Dostaje swój pucharek. W nozdrza wwierca się orzeźwiający, przyjemny aromat. Zanurza łyżeczkę i nieufnie unosi nieco mrożonej słodkości do ust. Próbuje koniuszkiem języka i rozpłaszcza zimną grudkę na podniebieniu.
Pycha!
Nigdy jeszcze nie jadła lodów z prawdziwą kawą, ale już wie, że będą jej ulubionymi.
Znad pucharka ze smakołykiem zerka na Grossmutter. Dopiero teraz dostrzega w jej oczach zmęczenie i pierwszy raz myśli sobie, że sto lat to bardzo dużo. Cały wiek. Można czuć się zmęczonym, jeśli żyje się na świecie już cały wiek.
I zaczyna zastanawiać się, jak będzie wyglądała mamusia, gdy będzie miała tyle lat. Nie umie sobie tego wyobrazić, ale dochodzi do przekonania, że na pewno nadal będzie taka sama piękna i młoda.
Na tym kończy rozmyślania na ten temat i ponownie skupia się na jedzeniu lodów.
*
Niby niewiele się w niej zmieniło. Tylko śpiewać już Grossmutter nie chciała. Ostatni raz na pożegnanie, kiedy Grossvater, taki dostojny, z ustami ułożonymi w delikatny uśmiech leżał, mu ulubioną piosnkę zanuciła.
Potem to już coraz większą słabość i niezdarność w sobie czuła. Zrobiła się powolna i miała wrażenie, że jest coraz lżejsza.
Całe dnie spędzała na czytaniu, bo – dziękować Bogu – wzrok miała całkiem dobry, albo na słuchaniu muzyki.
Lubiła zdjęcia przeglądać i pamiątki, których się niemało nazbierało przez życie…
*
Przyjęcie powoli dobiega końca. Goście wstają od stołu, podchodzą do Grossmutter i żegnają się z nią. W końcu zostają tylko oni z mamusią i tatą, Olga i Jaga.
Mamusia zamienia jeszcze parę zdań z Grossmutter i na chwilę wychodzi do kuchni. Tatuś podaje jej płaszczyk, więc ubiera się bez marudzenia.
Grossmutter wygląda, jakby drzemała w swoim fotelu, więc podchodzi na paluszkach i patrzy na nią przez chwilę. Wtedy Grossmutter otwiera oczy i uśmiecha się do niej porozumiewawczo, a kiedy ona podchodzi bliżej, Grossmutter wyciąga rękę i dotyka jej policzka. Ma chłodne palce, ale dotyk jej skóry jest przyjemny. I wtedy ona pochyla się nagle, obejmuje Grossmutter delikatnie za szyję i przytula swój policzek do jej policzka. A kiedy zwalnia uścisk i odsuwa się, zawstydzona tą poufałością, Grossmutter przygląda się jej i zaczyna się śmiać.
I wtedy, w tym śmiechu, wygląda jak zupełnie młoda dziewczyna.

Obrazki. Marcel.

Czegóż to się Hanuśka nie imała, żeby tej im złej doli ulżyć ździebko i ancyjasa nieczystego z obejścia przegnać!

A przecie kiedy się z Bożkiem na śródleśną zgrzempę wyprowadzali, wszystko im do wtóru grało.
I te ołoble poskrzypujące przy wozie, i janczarki u koniczkowych grzywek, i nawet trzask bacika, co to nim Bożek dla fantazji nad głowami wywijał.
Podśpiewywało w nich wszystko i pobrzękiwało.
Trochę z radości, że się wokół tak udatnie kwieci i zieleni, ale bardziej jeszcze z tego kochania, co to nim ich młode serca przepełnione były.
Bo też i jak w zachopieniu od lat dziecińskich byli i nawet największym niedowiarkom w głowach nie postało, że się to inaczej, jak najświętszym sakramentem w niedalekim kościele zakończy.
Tak i się stało – kiedy stosownego wieku dotrwali, po weselisku hucznym Hanuśka się z dumą Bożkową przezwać wreszcie mogła.

Z początku we wszystkim im darzyło.
I te bieli im się zieloniście maiły i bielaski bajkowato ku uciesze wielkiej bołbotały.
Pólko ziarnem złotym sypało jak należy i w ogródku też cudnie obradzało.
Krasna mleka nie skąpiła, siucheńki cichutko pobekiwały, a w zagródce nawet porsuk urodny jerczał nad wieczorem. Oczy cieszyły tłuste koktuchy wodzące kurczęta, a i jeden jendorek im się po dworze dziarsko prowadzał.

Złe się od tej miecielicy – z przeproszeniem Pana Boga i ludzi – przeklętej zaczęło. Wtedy to dach im zerwało i cały żywy dobytek na całkowite zatracenie poszedł. Którne zaś stworzenie od mrozu nie okargolało, choróbskiem jakimś nieznajomym trawione, żywota swego bydlęcego wnet – jakby natos – dokonywało.
I stało się, że zimę chudziej zakończyli niż najgorsze bebła w okolicy – loso, cienko i z długiem.

A choć wiosny nadziejnej jak zbawienia wypatrywali – już im tylko gorzej się wiodło.
Jakby zrujnowanego gospodarstwa nie dosyć było – pólko, tego ostatniego żywiciela, przy odlidze im zalało, a że słoneńko opieszale jakoś na świat wyglądać raczyło – nie zeszły w porę wody i obsadzić go Bożek nie zdołał.
Kręcili się tam niby jeszcze jak te muraśki ochajne, łatając, co się dało, ale nawet las jakiś nieprzychylny im był i ani owocem, ani ziołem poratować nie chciał.

Głodzisko z chłodziskiem się w chałupinie nieszczęściami nadwyrężonej rozpanoszyły.
Wtedy to właśnie sobie Hanuśka o Mądrej przypomniała. Co już czynić, nie wiedząc – ostatnie grosiki w utajeniu przed mężem z bońki wyciągnąwszy – w bór poszła.
Stara życzliwie ją przyjęła, a o różniste różności wypytawszy, orzekła, że nic innego – tylko Bieda im się w obejściu zalęgła. Potem – w miłe dla ucha monet brzęczenie się wsłuchując – rad kilku nad wyraz skutecznych udzieliła i – ziół jakichś tajemnych w solaczek upakowawszy – nazad Hanuśkę wyprawiła. Dobrze się też jej namyślić kazała, w czym by osobliwym taką złą niemoc do domu przywlec mogli, od tego bowiem cały plan przegnania piekielnicy zależeć miał.

Droga daleką była, to i czasu wiele na domyśliwanie, kiedyż tę chudotę nieprzystojną ku sobie przywabić mogli, Hanuśka miała.
A choć i z początku za nic sobie przypomnieć żadnej osobliwości nie mogła, to zanim do chałupy doszła, o korzeniu pokręconym dziwacznie, co to go Bożek z lasu przytargał, pomyślała. W nim to ani chybi zarazę przytachać musiał.
Zaraz też po powrocie – wciąż się do Mądrej stosując nakazów – w piec niefortunne znalezisko rzuciła, bacznie pisku nasłuchując, ale zmora przekuratna w coś innego już wleźć musiała, bo nie tylko bez jęku jednego korzeń spłonął, ale jeszcze tej samej nocy myszy im ten ostateczek ziarnka spaskudziły.

Od tego dnia wiele czasu Hanuśka przepędzała na poszukiwaniach sprzętów, w których się plapera paskudna kryć mogła. A kiedy co jej się podejrzanym wydało – zioła od Mądrej dostanięte w ogień sypała i Biedowe siedlisko bez litości paliła, pilnie każdego następnego ranka polepszenia losu wypatrując.

Bożek na te brewerie milczał, choć mu nie raz w duszy z żalu za takim czy innym przyporządem zawierciło. Godził się też na wszystko, póki mu Hanuśka kapsiuka z tabaką ulubionego w palenisko nie rzuciła. Wtedy dopiero z siebie wyszedł i po rozum do głowy poszedł, a potem – do Wielebnego.

Wielebny – pilniejszą widać robotę jakąś mając – niechętnie ucha na Bożkowe bajędy nastawiał. Na koniec jednak, widząc, że się upartego chłopa nie pozbędzie – cudu się spodziewać nie radząc – domostwo nawiedzić obiecał, i niewiasty duszyczkę płochą spróbować przed pogańskim zatraceniem uratować.

Bożek pełen dobrych myśli do domu powrócił.
Humor mu dopisywał, więc nawet barzdo Hanuśki za spalenie skórzni nie zbeształ. Choć obersztyny potatulowe – co to je, suto pierwej omaściwszy, tylko raz do roku na pasterkę zakładał, trochę ze szkodunku, a bardziej, że to ciasnowate, niemożebnie go piły – całkiem jeszcze akuratne były.
Ale czas mijał, a Wielebnemu jakoś nieśpieszno było do Bożkowego frasunku. Hanuśka tymczasem raz jeszcze do Mądrej się wymknęła, a powróciwszy do domu – z żerczością, o którą wcześniej by swojej łagodnej żony Bożek i nie podejrzewał – na wróble się zasadzać zaczęła, pękając w nie gruźlami, a i resztką domowego sprzętu nierzadko, coby profę w którym może ptaszysku niegodnym zaklętą odegnać.

Wreszcie stwierdził chłop znękany, że tak dalej być nie może i postanowił się z kobietą swoją poważnie rozmówić. Ale, że to głowę czym innym zawróconą miał – wciąż apramandę przekładał, aż Hanuśka zupełnie nagle przeganiania wróbli zaniechała. Odetchnął i nie wiedząc nawet, że po kolejnej u Mądrej wizycie żona Biedę na głos zacznie wabić, po całym obejściu z flaszeczką się snując, usłyszawszy, że ostatnią deską ratunku jest zmory straszliwej w naczyniu uwięzienie i zakopanie na rozstajnych drogach.

Nie wiedzieć, czym by się to skończyło, gdyby pewnego ranka w progi ich mocno już podupadłego domostwa – bo od dbania oń gospodyni, próbująca się wszelkimi sposobami Biedy pozbyć, odstąpiła – nie zawitał dziadyga jakiś chamchaty. Zastawszy białkę na dziwacznych wielce akrobatykach, żywo się zainteresował, a siorbnąwszy sobie wodnistej barlugi i przegryzłszy bondką twardego chleba, o dokukach zaś cierpliwie posłuchawszy, nachylił się i coś Hanuśce do ucha giełgotać począł.

Kiedy Bożek z pola wrócił, nigdzie też swojej Hanuśki znaleźć nie mógł. Dopiero hałasy jakieś w głąb podwórka go zwabiły.
Nałożony do żoninych fanaberii, nawet się nie zadziwił, że zamiast biegać po obejściu, ściboli coś z ościonów i kijaszków jakichś. Chyłkiem się z komóreczki wycofał, a pojadłszy w domu lebiodowej zupiny, strudzony zległ na posłaniu i zasnął.

Przecknął się Bożek z ranka, a słoneczko jakoś tak świergotliwie mu w oczy przez dubeltowe szybki zaglądało. Raźności dziwnej nabrał i weselej niż zwykle z posłania się zwlókł. Na Hanuśkę posapujcą zerknął i cicho na podwórek wyszedł. Po swoim gospodarstwie nieśpiesznie wędrował i pierwszy raz od dawna jakoś mu się lekko po tej ziemi stąpało. Otucha na niego niespodziewana, sam i nie wiedział skąd – przyszła. Do bramy podszedł i na drogę, co na to pólko jego niewielkie prowadziła, się zagapił. Znał tu każdy kamień, mamory wszystkie woźlanymi kołami wybite, drzewo najlichsze. Wracać już miał, kiedy mu się w oczy coś nieznajomego rzuciło. Wychylił się i siedzisko jakieś powykręcane, o płot przy bramce oparte, dojrzał. Ślepia przetarł, ale cudactwo nie znikło wcale. Już miał wyjść za bramę i szkaradka, co go chyba na urągowisko ludzkie ktoś postawił, kopniakiem na cztery wiatry roznieść, gdy coś go powstrzymało. Wzruszył ramionami, pokiwał nad komścią głową i zawrócił.
Rychło też o niej zapomniał.

Pogoda się znośniejsza zrobiła, co dnia więc o świtaniu na pólko strapiony chłop gnał, licząc, że może ta wiosna zmianę na lepsiejsze przyniesie, bo już i jemu niedostatek nadojadł. Harując od świtu do nocy niewielkie miał na żoniną krzątaninę baczenie, a przecie dostrzegł, że się zmieniła. Zamiast, jak do niedawna w tę i nazad bez naroku ganiać, o dom zaczęła większe staranie mieć, a i jego pogodniejszą twarzą witała. Więcej mu się też teraz do jego dawnej Hanuśki podobną wydawała niż kiedy niby jaka plachandra nad łbem mu pirlikała.
W serce, kropla po kropli otucha mu się wlewała nieśpieszna, że może jeszcze nie całkiem im sczeznąć przyjdzie…

Nadszedł przecież dzień taki, gdy się kłosy na pólku zazłociły nieśmiele, a sieducha żółciznę swoją na spacer wywiodła. Wtedy też, na ławie obok żony zasiadłszy, w oczach jej ujrzał Bożek dawno zapomniany uśmiech. A gdy, jak dawniej ze sobą rozmawiać zaczęli, opowiedziała mu coś, co go do śmiechu najpierw pustego przywiodło, później do zadziwienia, a na koniec do rzewności niespodzianej.

Wyszli potem razem aż na drogę i z niedowierzaniem się chłopina na pokrakę z badyli, co już ściemnieć od deszczu i rozeschnąć się od słońca zdążyła, zamerwił.
Jakoś wierzyć mu się nie chciało, żeby to z patyków sklecone paskudztwo los ich na dobre odmieniło.

A choć podśmiechiwał się gospodarz z dziadowskich gadek zwodzieckich i z tej swojej żoneczki łojmowatej, przecież na następną wiosnę, gdy ostatni dług oddał, kulśtyna pokracznego w tajemnicy przed Hanuśką zgrabnie podrychtował i najmięksiejszą poduchą siedzisko w nim wymościł.

A kiedy mu dziandziawerek zdrowo we łbie zahuczał, bajdurzył Bożek czasem, jakoby nie raz i nie dwa na ławeczce owej jakiegoś chłopysia widywał, co się na miękiźnie z lubością kokosił, i gębusię wielce radą do słoneńka wystawiał.

Marcel to miał być – anioł po świecie sobie wędrujący, co ponoć za wytchnienie kulapetom swoim zdrożonym ofiarowane, pięknie się uprzejmym gospodarzom opieką nad dobytkiem wszelkim wywdzięczyć umiał…

Obrazki. Bartek.

Kocham ją – myśli i z nienawiścią wsłuchuje się w posapywanie siedzącej obok Agaty. Nawet na nią nie patrzy. Przez te piętnaście lat małżeństwa dość się naoglądał jej chytrych oczek i garbatego nosa. Bartek uśmiecha się złośliwie. Przymyka oczy i próbuje przegonić z myśli obraz żony. Patrzeć już na nią nie może. Na tą pomarszczoną szyję z małymi brązowymi plamkami, na te porowate policzki, na których pod światło wyraźnie widać rosnące włoski. Na ten jej szpiczasty, lekko asymetryczny podbródek.
Stare próchno – prycha i stara się przywołać twarz Ramony. O, bo Ramona…
Poznał ją kilka miesięcy temu… Mieli spotkanie służbowe i ona podeszła z dzbankiem wody i szklankami na tacy. Był zaaferowany nowym kontraktem, co nie przeszkodziło mu dostrzec jej ślicznej buźki i figlarnych oczu. Spojrzał na nią z zainteresowaniem i podziękował, a ona uśmiechnęła się radośnie i odeszła na tych swoich, sięgających nieba nogach, kolebiąc biodrami…
Po spotkaniu natknął się na nią w windzie i – zagaił. Nie była przeciwna spotkaniu, co nawet trochę niemile go zaskoczyło, nie zaprzątał sobie tym jednak długo głowy, zerkając w komórkę, na którą puściła mu strzałkę. Tak właśnie powiedziała, gdy poprosił o numer telefonu: „Puszczę ci strzałkę.”…
Bartek uśmiecha się i do jego uszu dochodzą szmery z zewnątrz.
Foka się rusza – domyśla się i odczuwa wielką irytację, że Agata przerwała mu rozmyślania.
Zaraz się zacznie – sarka w myślach. Istotnie – po chwili słyszy jej głos.
- Ale jestem zmęczona. – stwierdza Agata i śmieje się wesoło.
Idiotka… I z czego ona tak się cieszy? Zauważa, że gdy Agata się śmieje, wokół jej ust pojawiają się drobne zmarszczki. Uznaje je za obrzydliwe.
- A co u ciebie? – zagaja go, kładąc na pufie nogi.
- Dobrze… – mruczy, bo musi coś powiedzieć i patrzy z niesmakiem na jej lekko opuchnięte kostki. – Malicki bąkał coś o premii… – dodaje i sięga po pilota.
- Gratuluję! – śmieje się znowu.
O Boże! – krzyczy Bartek w myślach, bo zmarszczki opanowały też okolice oczu i nosa. Na szczęście – ekran telewizora migoce i może z czystym sumieniem odwrócić wzrok od jej starej twarzy.
- Cieszysz się, co? – Nawet jej głos jest irytujący. Jakiś taki skrzypiący, zbyt wysoki.
- Cieszę… – warczy i zatapia wzrok w ekranie.

Agata wróciła do domu zmęczona ale zadowolona. W przedpokoju z ulgą zrzuciła szpilki i przemknęła w płaszczu do kuchni.
- Jesteś? – zakrzyknęła po drodze. Odpowiedziała jej głucha cisza.
Zamęcza się – pokiwała głową, porządkując przyniesione zakupy. Zerknęła raz i drugi na wiszący nad drzwiami kuchni zegar i stwierdziła, że Bartek powinien być w domu już od godziny.
Pewnie znowu ten Malicki coś na niego zwalił – pomyślała ze współczuciem. – Nic to! Przetrwamy!
Postanowiła ugotować coś dobrego. Ostatnio ona też miała w pracy gonitwę i trochę zaniedbała domowe obowiązki.
Może owoce morza? – pomyślała, zerkając na porcję krewetek. Uśmiechnęła się i raźno zabrała do pracy.
Dobra kolacja, jakieś wino, a potem… – rozmarzyła się. Westchnęła. Schowała do lodówki przygotowane porcje i poszła do łazienki. Z lustra nad zlewem uśmiechały się do niej usta trzydziestoczterolatki.
Nie jest źle – skonstatowała, patrząc na jędrne jeszcze policzki, błyszczące, zielone oczy i pełne usta. Szybkim ruchem przeczesała krótką rudą czuprynkę i uśmiechnęła się do swojego odbicia.
No jasne, że nie wyglądam już jak nastolatka – stwierdziła, przyglądając się ledwo widocznej, poziomej zmarszczce na czole – ale przecież nie to jest w życiu najważniejsze…
Usłyszała trzaśnięcie drzwi i po chwili witała się z Bartkiem.
Po kolacji szybko sprzątnęła ze stołu i wróciła do pokoju. Bartek bezsensownie obracał pilota i wpatrywał się w tak zwaną siną dal. Nie zaniepokoiło jej to. Nigdy nie należał do szczególnie rozmownych, a po posiłku lubił sobie pomilczeć.
„Trawię, Aguś.” – mawiał, a ona śmiała się i nazywała go swoim udomowionym wężem, co im obojgu przywodziło na myśl dość frywolne skojarzenia…
Agata zamyśliła się. No właśnie… Kiedy właściwie ostatni raz się kochali?
Pytanie wypłynęło tak nieoczekiwanie, że aż się żachnęła.
Dawno. Niepokojąco dawno… pół roku temu? Osiem miesięcy?
To prawda, że oboje byli ostatnio przemęczeni, ale kiedyś to im nie przeszkadzało…
- Bartek… – zagaiła nagle. Nie usłyszał. – Bartek! – powtórzyła głośnej. – Spojrzał nieprzytomnie. – Jak w pracy? – spytała, żeby od czegoś zacząć.

Jezu! Jaka ona jest piękna – myśli Bartek i nie może opędzić się od wspomnienia wilgotnych warg Ramony.
Zadzwonił do niej już po dwóch dniach. Ucieszył się, bo poznała go od razu. Od razu też umówili się na wieczór i – po paru kieliszkach wina – poszli do łóżka.
No, nie spisał się wtedy za bardzo, ale tak podniecił go jej twardy brzuch i młode piersi, że… Na szczęście nowa fala pożądania napłynęła dość szybko, więc mógł się zrehabilitować i zetrzeć jej z twarzy ten zawiedziony grymas…
Kochali się z przerwami całą noc i sam był zdumiony tym swoim wigorem. Na drugi dzień poszedł do pracy niewyspany ale szczęśliwy. Agacie nakłamał, że miał nagły wyjazd na jakieś zadupie. Wysłał krótkiego smsa i wyłączył telefon. Nie dzwoniła, zresztą, do niego, ufała mu…
Znowu czegoś chce – irytuje się, patrząc nieprzytomnie na Agatę. – A! Że późno…
Stoi tuż przed nim i znowu się uśmiecha.
Co ona na siebie włożyła? – wykrzywia się w duchu. – Czerwona, atłasowa koszulka! Czy ona naprawdę nie zdaje sobie sprawy, jak w tym wygląda? Te kościste ramiona, chude ręce… Ten obwisły biust… Obrzydliwość… I jeszcze te twarde kolana wystające spod czerwonego rąbka… Ohyda…
Bartek nie może patrzeć na te jej kretyńskie usiłowania, by zaciągnąć go do łóżka. Czy ona nie rozumie, że takie stare baby powinny grzecznie czekać na faceta w sypialni, szczelnie okryte kołdrą i przy zgaszonym świetle…
- Zaraz się kładę… – burczy.
Agata odchodzi, a on siedzi jeszcze, mając cichą nadzieję, że jak co noc ona – zmęczona – zaśnie…
W końcu decyduje się położyć. Na palcach skrada się pod sypialnię i wsłuchuje w równy oddech Agaty.
Wraca do dużego, wyłącza telewizor i zrzuca z siebie ubranie. Potem przemyka do sypialni i ostrożnie wsuwa się do łóżka. Agata mruczy coś przez sen i wolno wyciąga rękę. Bartek kurczy się i po chwili czuje bezwładne uderzenie opadającej na kołdrę ręki. Oddycha z ulgą. Odwraca się do żony plecami i próbuje zasnąć…

Po kolacji Agata szybko uporała się z porządkiem w kuchni i na palcach przemknęła do łazienki. Wzięła długą, relaksującą kąpiel i odprężona wyszła z wanny. Wytarła się szorstkim ręcznikiem i stanęła nago przed dużym lustrem. Spojrzała na siebie krytycznym wzrokiem.
Figurę miała jeszcze całkiem całkiem. Była szczupła, miała ładny płaski brzuch i niezbyt duże piersi. Czas obszedł się z nimi dobrze – wciąż były kształtne i jędrne. Miała ciemną karnację, którą podkreślała lekka opalenizna. Nawet skóra była gładka i delikatna, a po kąpieli zaróżowiona i pachnąca. Do nóg Agata nie miała szczególnych zastrzeżeń – problem z celulitem jej nie dotyczył, może tylko uda były trochę zbyt szczupłe, ale takie się właśnie zawsze Bartkowi podobały.
Nad pośladkami można by trochę popracować – pomyślała z uśmiechem. – Ale i tak nigdy nie będą pełne i okrągłe.
Nałożyła balsam i zaczekała, aż się wchłonie. Potem zdjęła z wieszaka koszulkę i przymierzyła. Obejrzała się w lustrze z każdej strony i orzekła, że wygląda naprawdę seksownie. Przeczesała jeszcze włosy, użyła kilku kropel perfum, które dostała od Bartka i postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce…
Weszła do pokoju. Miała wrażenie, że Bartek drzemał w fotelu, więc nachyliła się. Wtedy nagle otworzył oczy. Przestraszył ją ich nieobecny wyraz.
- Kładź się. Późno już… – powiedziała cicho.
Nie odezwał się, więc po chwili wyszła.
Kładła się z postanowieniem, że tym razem na niego zaczeka…

Nieznośny jest ten zapach – myśli Bartek, przewracając się z boku na bok. Nie może spać. Nie może też marzyć o swojej Ramonie, bo perfumy, których użyła Agata nie pozwalają przenieść się do małego mieszkanka tamtej…
Od pamiętnej pierwszej nocy spotykali się co kilka dni. Nie rozmawiali za wiele. Przeważnie od razu przechodzili do rzeczy, co Bartkowi bardzo odpowiadało. Nigdy nie miał zbyt wiele czasu. Ramona zdawała się to rozumieć i nie robiła fochów. Nie słyszał też od niej wymówek na temat żony, o której powiedział jej jeszcze tamtej pierwszej nocy. Oznajmiła wtedy, że to jej nie przeszkadza…
Kochał w niej właściwie wszystko, była idealna…
Bartek wyobraża sobie jej półotwarte usta, które dają mu tyle rozkoszy i nieopatrznie przekręca się na łóżku. Trafia na chude ramię Agaty i kolejną wizję diabli biorą. Wścieka się. Ma ochotę szarpnąć to nagie ramię i zepchnąć Agatę z materaca… Opanowuje się w ostatniej chwili, gdy nagle w mrok pokoju wdziera się błysk reflektorów z ulicy. Oświetla Agatę. Śpi z rozrzuconymi rękoma. Nogi ma lekko rozchylone, krótką koszulkę zadartą. Agata jest bez bielizny, dostrzega więc jej zupełnie nagi wzgórek.
Ogoliła się – myśli i wstrząsa nim obrzydzenie. – Co za kretynka!
Jakich jeszcze sposobów zamierza się imać, by zaciągnąć go do wyra. Jest żałosna. Po prostu żałosna! Czy ona nie rozumie, że nigdy… nigdy już nie dorówna Ramonie… to jej ciało w stanie rozkładu… skóra cuchnąca starością… szorstkie łokcie i pachy… Pomarszczony dekolt i obwisłe piersi…

Agata długo nie mogła zrozumieć, czemu obudziła się w szpitalu. Jedyne, co czuła, to potworny ból głowy…
Pamięć wracała powoli… Na początku były to tylko urywki, zupełnie niezborne okruchy, które wydawały jej się fragmentami jakiegoś kiepskiego kryminału…
Jedno tylko nie chciało się zgadzać – bohaterami tych scen byli ona i Bartek…
Ona – wyrwana ze snu… Jakaś kłótnia… Wrzaski… Szarpanina…
A potem dziwna miękkość całego ciała i coś ciepłego zalewającego twarz… Trzaśnięcie drzwi… Ogromny wysiłek przy sięganiu po telefon…

*
Bartek leży w łóżku i wsłuchuje się w rzężący oddech foki. Te charkoty przeszkadzają mu wywołać w pamięci obraz twarzy Wiktorii. Z nienawiścią zerka na Ramonę. Światła przejeżdżającego samochodu rzucają blask na jej półotwarte usta. Bartek krzywi się, siada na łóżku i ostrożnie sięga po nocną lampkę…