Z piątku na niedzielę. Lelum Polelum.

Poganin jestem! Poganin!
Dwurogie chwalę księżyce!
I lutą słowiańską Panię,
Marzannę-Bogurodzicę!

Lel_i_Polel

Zapuszczanie się w mitologię przedchrześcijańską zawsze niesie za sobą niebezpieczeństwo przekłamań i posądzania o wodolejstwo. Nic jednak nie można poradzić na to, że pod cienką politurą biblijnego natrysku w każdym drzemie chęć poznania tożsamości. Można by sądzić, że ideologia Księgi [choć właściwszym byłoby użycie nazwy Ksiąg…] miała na naszą kulturę wpływ nieograniczony i niszczący wszelkie niedomówienia. W istocie jest tworem obcym, sztucznie przeszczepionym na słowiański grunt, pozbawionym rzeczywistej przyczynowości. Oparta na niej obrzędowość wchłonęła i zasymilowała kultury politeistyczne, zabrała z nich to, czego zdeprecjonować nie była w stanie, wypaczając i przeinaczając na swoje potrzeby. To zaś, czego nie zdołała sprzeniewierzyć – starała się eksterminować. Poniekąd jej się udało. Poniekąd – ponieważ tęsknota za własną tożsamością mityczną, swojskością atawistycznych archetypów wciąż drzemie w podświadomości Słowian, wypływając co jakiś czas w postaci takiego czy innego dzieła.
Oczywiście tłumaczenie wszystkiego potrzebą określenia własnej przynależności kulturowej jest spłycaniem tematu. W grę wchodzi – powiedziałabym – pewna atrakcyjność nieznanego czy może raczej – wstydliwie przemilczanego i zapominanego.
Nie bez znaczenia dla wciąż odradzających się dociekań jest dewaluacja pewnych wartości. Gdy stają się one tylko pustymi słowami, nadętymi ideami, zagubiona jednostka zaczyna poszukiwania czegoś, co da jej odpowiedzi.

Lilia Weneda jest jedną z takich prób [pod linkiem znajduje się dwuczęściowe słuchowisko w reżyserii Dariusza Błaszczyka... nie naciskam, ale... najprzyjemniej jest ułożyć się wygodnie, kliknąć i przymknąć oczy...]:

> Lilla Weneda słuchowisko <

Tym, co urzeka w dramacie Juliusza Słowackiego, jest synkretyczne ujęcie tematu: poeta tworzy legendę opartą na estetyce zbliżonej do mitologii celtyckiej, nordyckiej i – całkowicie przecież wymyślonej – idei osjanistycznej…
Oscylujący w granicach groteski świat, oparty na tragedii podbitego przez Lechitów narodu Wenedów, aż iskrzy od symboli i aluzji [jest rok 1839...]. Nie brakuje w nim elementów z pogranicza baśni i ballady:


Lelum polelum…
Niejaki Miechowita uważał, że to dwaj synowie bogini Dzidzileli [bardziej znanej jako Lela albo Łada...] o imionach Lel i Polel. Aleksander Bruckner twierdził natomiast, że Miechowita ich sobie wymyślił, a leli – poleli to pijackie zawołanie, ewentualnie – określenie chwiejnego z charakteru mężczyzny, chwiejnego lub po prostu – pijanego…
Za teorią Miechowity przemawia odnalezienie na wyspie Fischerinsel słowiańskiego posągu dwóch zrośniętych głowami i tułowiami braci:

lelum polelum całe

U pana Słowackiego są to po prostu synowie króla Derwida, skuci łańcuchami i walczący jako jeden wódz…
Echa Brucknerowskiej hipotezy można natomiast odnaleźć w wierszu Jana Rumla:

Światowied mnie ośmiooki
W kontyny ciosanym Chramie
Nauczył patrzeć w szerokie
Słowiańskiej ziemi połanie!

Używiodajnił Swarożyc
I deszczów Lelum-Polelum!

Odniesień do lelum polelum – jak widać – mamy w naszej twórczości niewiele.
Tym większe zainteresowanie wzbudził we mnie jeden z albumów grupy Lao Che.
Koncepcja Guseł jest interesująca – obok niebanalnych rozwiązań muzycznych pojawia się tam wiele nawiązań zarówno do rodzimej literatury, jak i do starotestamentowej tradycji pokazanej w kontekście prasłowiańskich ceremoniałów.
Niestety - Gusła także skupiają się głównie na rytualności Dziadów, nie – Lilii Wenedy. Nawet – wbrew tytułowi – w zaprezentowanym poniżej utworze. Właściwie – godzę się na tę wizję niemal bez zastrzeżeń…
Jedynym, czego mi brakuje, jest… harfa… To ona przecież miała być nadzieją na odrodzenie. Szkoda, że muzycy także ją zagubili…

Na zakończenie nie pozostaje mi nic innego, jak raz jeszcze oddać głos przywołanemu we wstępie poecie:

Słowianin jestem! Słowianin!
Od Światowieda dziedzicem!
I lutej słowiańskiej Paniej,
Marzanny-Bogurodzicy!

Smak jesiennych klonów

Piękne. Po prostu piękne były te różnokolorowe, błyszczące serca, które przywieźliśmy do domu.
Do wtóru szczękającemu zamkowi deszcz rozdzwonił się rytmami baiao; delikatnym drżeniem triangli, trzepotem cekinowych pandeiros. Z otwartego okna tchnęło zmoczonym kararem, rozpełgało pastelowymi oranżami i błękitami Sterlicji, w które wkradało się oczekiwanie dawno nieużywanej kuchni.
Chłonęliśmy ten blask, próbując na powrót udomowić porzuconą na kilka tygodni przestrzeń. Zapełnialiśmy ją nieśpieszną krzątaniną, wybrzuszeniem uwolnionej nagle firanki i wielobarwnym smakiem, posortowanym jeszcze i niewydobytym.
- Zgadnij – powiedziałam, zasłaniając ci ręką oczy i podsunęłam paprykę do powąchania.
- Zielona jalapeno – stwierdziłeś autorytatywnie, a ja roześmiałam się, bo miałeś rację.
Zamykaliśmy oczy i odgadywaliśmy nazwy po zapachu i fakturze, dopóki ostatni owoc nie spoczął na blacie.
Potem przykląkłeś i zacząłeś wyjmować pomidory. Brałam je z twoich rąk, sztuka po sztuce, i zamykałam w swoich. Unosiłam nagrzane słońcem jagody i wpatrywałam się w sztywne szypułki.
Położyłeś jedną z nich na mojej wyciągniętej dłoni i oznajmiłeś:
- Patrz, jaki pająk straszliwy!
Spojrzałam bez strachu, z odwagą, jaką dać może tylko pewność, że nie obdarowałbyś mnie przecież żadnym makabrycznym upominkiem.
Twoje przerażenie dorównywało mojemu, kiedy zbladłam i przysiadłam na ziemi, bo zielony odrostek naprawdę do złudzenia przypominał pająka.
Potem wyjęliśmy szeleszczące cebule i patrzyliśmy, gdy leniwie turlały się po blacie, jakby pragnęły nadążyć za deszczem, który nagle zmienił rytm i rozplumkał się Walcem kwiatów.
Siedliśmy za stołem i delektowaliśmy się synkopami czerwieni przeplecionej zielonością i złotymi refleksami – identycznych jak te w Jesieni… Hansa.
W deszczowy fortepian wplątał się smak chorizo, którą z miną zwycięzcy wydobyłeś z zakamarków lodówki.
Przytargałeś wielki sagan, a ja otworzyłam szerzej okno, pozwalając, by deszcz rozświetlił woskową woń owoców.
Z prawdziwym żalem patrzyłam, jak przekrawasz papryki, usuwasz z nich gniazda i wrzucasz do gara z wrzątkiem, by po minucie wyjąć gnące się łódeczki.
Kroiliśmy je w paski, parząc sobie palce i rzucaliśmy na głęboką ceramiczną patelnię.
Na drugiej skwierczały cichutko cebulowe krążki, które chwilę wcześniej pozbawiłam bursztynowych wdzianek i podałam ci do pokrojenia. Kiedy nad powierzchnią zaczęły pląsać krople soku, odcięłam im dostęp powietrza, wyczekując momentu, gdy zaczną cichutko pojękiwać w gęstym ukropie. Podniosłam pokrywkę i uwolniona melodia przesłoniła deszczową suitę.
Mieszałam szklącą masę, zerkając, jak pochylasz się nad drewnianą stolnicą. Spod noża wychodziły idealnie równe kosteczki kiełbasy. Różowo-purpurowe sześcianiki przywodziły mi na myśl granaty z bransoletki, którą tata podarował kiedyś mamie. Wrzucone w cebulowy ulepek wyglądały jak oprawione w złoto i rzucały identyczne refleksy.
Powoli kuchnię spowijał, widoczny niemal, błękitnawy aromat pimiento.
Osiadał na oparciach krzeseł, blatach i półkach. Osnuwał wielkie malinowe kule, które wieźliśmy z tak daleka tylko po to, by jeszcze raz odtworzyć woń kończącego się lata.
Wrzucałam do ukropu maleńkie czereśniowe pomidorki i patrzyłam, jak delikatna błonka napina się i pęcznieje. Hartowałam je lodowatą wodą i nacinałam czubki, wypatrując chwili, gdy półprzeźroczysta skórka zwinie się w ruloniki i upodobni owoce do dziewięćsiłu o wielkich środkach i filigranowych płatkach.
Czekałam, aż przelejesz cebulowe ragout do paprykowego chutneya, i rzucałam na rozgrzany tłuszcz pozbawione płatków kuleczki, pilnowałam, aż rozchylą się i rozpłyną powoli we własnym sosie. Dodawałam broczące sokiem malinowe cząstki, wdychając szypułkowy zapach smażonych pomidorów. Przyglądaliśmy się fluoryzującym złotem nasionkom, pobłyskującym w amarantowej masie i wyczekiwaliśmy chwili, gdy stanie się na tyle gęsta, by połączyć ją z cebulowo-paprykowym wywarem…
Leczo kląskało cichutko.
Eksplodowało gejzerami flamenco: uderzeniami podeszew, klekotem kastanietów i łopotem karminowej sukni tancerki. Finiszowało bazyliowym łkaniem skrzypiec i nerwowymi szarpnięciami gitarowych strun…
Siedzieliśmy przy stole, delektując się kaszmirowym smakiem.
Zza okna w tempie rubato organowo wtórował nam deszcz Fantazją f moll Mozarta.

Bohater

Jan zasiadł do maszyny.
Jego koledzy dawno już korzystali z komputerów, ale on wolał starą, wysłużoną olympię. I co z tego, że literę zet musiał dopisywać piórem. Po prostu lubił ten stukot i zapach tuszu. Uspokajało go to i pomagało zebrać myśli.
…Był jasnym blondynem o pociągłej twarzy i wysokim czole. Na szczęście bujna czupryna kamuflowała zakola…
- Zwariowałeś? Nie musisz zaraz paplać, że łysieję…
- Ale łysiejesz… – mruknął Jan i powrócił do przerwanej na moment pracy.
…Kolor oczu uwydatniały grube, cylindryczne szkła…
- No tak! Na dodatek zrób ze mnie ślepca!
Tym razem Jan nie zareagował.
…Okulary spoczywały na siodełkowatym nosie, a pod nim plewił się rzadki ryżawy wąsik…
- Siodełkowaty nos? Chcesz ze mnie zrobić syfilityka w trzecim pokoleniu?! I to jeszcze gówniarza! Nie mogłeś dać mi wyglądu smagłego bruneta, zniewalającego kobiety spojrzeniem turkusowych oczu?
Jan skrzywił się.
- Jesteś pisarzem, nie żigolakiem – mruknął.
- To pisarz nie może mieć egzotycznej urody?
- Chyba zbirzej – warknął Jan i nagle zapatrzył się w dal. Po chwili pochylił się nad maszyną.
…Usta miał pełne i zawsze lekko ściągnięte, przez co sprawiał wrażenie trochę nieporadnego…
- Nie chcę być safandułą!
- Kobiety to lubią… – mruknął podstępnie Jan.
- Naprawdę?
- No… Pewien typ kobiet… – wymamrotał Jan, nie chcąc plamić się kłamstwem.
- Pewien typ? To znaczy jaki?
- Nie nudź!
- Jaki typ? – Jan posłyszał nutki histerii. Westchnął ciężko.
- No…
- Pewnie jakieś hetery?
- Czemu zaraz hetery? – oburzył się nieszczerze Jan. – Po prostu… kobiety o specyficznych aspiracjach życiowych… – ucieszył się, że udało mu się wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.
- Aspi… racjach? Znaczy, że co?
- Później ci wyjaśnię – zniecierpliwił się Jan.
…Był wysoki i szczupły, co nadawało jego sylwetce młody, niemal chłopięcy wygląd. Nosił się z tak zwaną nonszalancką elegancją – w niebieskich dżinsach, jasnej koszulce polo i stalowoszarej marynarce. Zamiast krawata wiązał pod szyją jedwabny, kwiecisty fular…
- Nie podoba mi się…
- Co ci się nie podoba?
- Ten fular. Wyglądam jak pedał…
- Gej – poprawił automatycznie Jan. – Nie wyglądasz jak gej. Masz klasę i jesteś trochę ekstrawagancki.
- Ekstrawagancki? W fularze w kwiaty? To może dorzuć jeszcze wiśniowe pantofle z cielęcej skóry.
- Pantofle będą w odcieniu ciepłego brązu.
- Do fularu w kwiatki?
- Wolisz lakierki? – Jan z zadowoleniem skonstatował zaległą nagle ciszę.
…Cenił sobie wygodę, więc preferował pantofle z miękkiej skórki w ciepłym brązowym odcieniu…
- Ciepły brązowy odcień gówniano się kojarzy…
Jan posłyszał mściwe brzmienia.
- Nie bądź wulgarny – fuknął odruchowo, ale pochylił się nad maszyną, odczytał ostatnie zdanie ponownie, po czym z ciężkim westchnieniem cofnął wałek z kartką i kilkakrotnie nacisnął palcem czcionki M, N i O, zakrywając końcówkę -płym. Zaklął, bo zbyt mocno uderzony klawisz z O wybił w kartce dziurę.
…Całkiem niedawno jego poetycka powieść o znamiennym tytule „chrzęmstrząca grzęszczałość” odniosła niebywały sukces. Nie spodziewał się, że poezja lingwistyczna może wzbudzić takie zainteresowanie. Był tym szczerze zdziwiony, ale nie przyznawał się do tego i wśród znajomych obnosił minę „nie mogło być inaczej”. Tak naprawdę czuł nawet pewne rozczarowanie, ponieważ uważał, że jego wcześniejsze utwory były o wiele lepsze. To napawało go goryczą, której starał się nie eksponować. Skupił się na tym, co przyczyniło się do jego popularności i nawet pracował nad drugą częścią…
- Czemu powieść nie była dobra?
- Odczep się. Nie będę ci tłumaczył.
- Czemu?
Jan wzruszył ramionami.
- Czemu?
…choć to sprawiało mu dużą trudność. Właściwie o poezji lingwistycznej nie miał bladego pojęcia. Po prostu, spędzając codziennie ileś tam czasu w ubikacji, zabawiał się smarowaniem nieistniejących słów. Nie potrafił zrozumieć, co takiego genialnego zobaczył w tym wydawca.
Prawdę mówiąc – mało go to obchodziło do czasu, gdy zaproponowano mu kontynuację…
W gruncie rzeczy był człowiekiem rzetelnym i starał się sprostać zadaniu, ale wszystko, co prezentował wydawnictwu okazywało się być kiepskie, złe, mało odkrywcze…
Powoli sukces przestał cieszyć. Stawał się przyczyną frustracji i chronicznego niezadowolenia… Zamiast…

- Nie mogę po prostu odcinać kuponów od sławy?
- Nie.
- Bo co?
- Bo nie.
- Wielu genialnych artystów stworzyło tylko jedno dzieło.
- Nie jesteś genialnym artystą – warknął Jan.
- Jestem.
- Nie.
- Zazdrość z ciebie wyłazi!
- Nie bądź idiotą. Nic ze mnie nie wyłazi!
- Po prostu jesteś małostkowy, bo sam…
Jan nachmurzył się i pochylił nad maszyną. Zaiksował słowo Zamiast.
…Całe dnie spędzał przy biurku, starając się coś z siebie wykrzesać. Nie szło mu. Coraz częściej sięgał po jedyny dostępny mu wspomagacz. Którejś nocy doszedł do wniosku, że wszystkiemu winne jest otoczenie i przeniósł się ze swoim kajetem do ubikacji. Po jakimś czasie ścierpły mu nogi, a wypocił zaledwie parę linijek. Zniechęcony – poszedł spać.
Rano zbudził się z potwornym bólem głowy. Kiedy chciał wstać – złamało go wpół. Wezwany lekarz stwierdził, że to ischias. Dał jakąś receptę, której nawet nie miał mu kto wykupić…

- Nie mam dziewczyny?
- Nie.
- Przecież mówiłeś, że podobam się kobietom.
Jan milczał.
- To przez ten fular w kwiatki…
Jan nie raczył odpowiedzieć.
- Nie mam żadnych przyjaciół? Kolegów?
- Nie.
- ???
- Przyjaciół sam poobrażałeś, a koledzy z zazdrości obrazili się na ciebie.
- Wszyscy?
- Wszyscy… – bąknął Jan, po czym dodał usprawiedliwiająco – Przecież wiesz, jak to jest…
- Jak?
- Daj mi w końcu spokój! – wrzasnął nagle Jan.
…Wreszcie ulitował się nad nim sąsiad, którego zawsze uważał za chama i prymitywa. Zrealizował mu receptę i nawet zrobił jakieś zakupy, a następnego dnia przyniósł pół garnka zupy, co tak go rozczuliło, że zaproponował sąsiadowi kielicha.
Od tego dnia było już tylko gorzej. Wydobrzał wprawdzie dość szybko, ale cała radość życia uleciała z niego wraz z korzonkowym bólem. Zaniedbał się…

- Nie zrobisz mi tego!
- Czego? – Jan udał, że nie rozumie.
- Wiesz – czego.
- Nie, nie wiem – wycedził Jan wściekle.
- Nie każesz mi być…
- No? Dokończ! – powiedział ze złośliwą satysfakcją Jan, słysząc nutki przerażenia.
A ponieważ wokół zaległa cisza, kontynuował:
…Najpierw przestał dbać o ubiór, snując się z kąta w kąt w powyciąganych spodniach dresowych i spranej bluzeczce. Potem zrezygnował z golenia. Na koniec przestał nawet się czesać…
Nie odbierał telefonów, nieotwartą korespondencję rzucał niedbale na stolik w przedpokoju.
Nie zdziwiło go, gdy pewnego dnia usłyszał trzask wyważanych drzwi i trzech osiłków wywlekło go z wynajmowanej kawalerki…
Jakiś czas, zupełnie otępiały, siedział na schodach. W końcu podniósł się i ruszył do wyjścia.
Na zewnątrz świeciło słońce. Był piękny lipcowy poranek. Mało go to obeszło. Sunął przed siebie noga za nogą, szurając poplamionymi kapciami. Nagle przystanął, obejrzał się i w oknie na parterze wypatrzył ciemniejszy kształt…

- Świnia… – raczej wyczuł niż usłyszał Jan.
Wzruszył ramionami. Nalał sobie do szklanki czystej, dopełnił sokiem z kartonu z promocji, łyknął i ponownie zasiadł do maszyny.
…Miała piękne włosy w niespotykanym odcieniu starego miodu. Leciutki zez tylko dodawał jej fiołkowym oczom uroku…
- Zez? Nie mam żadnego zeza! Co ty sobie w ogóle wyobrażasz! – zawibrował mu w uszach piskliwy głosik.
Na usta Jana wypełzł sadystyczny uśmiech…

tryb niemożliwy

namaluj to powiedziałabym

jesz
bułkę z twarożkiem bo
lubisz lubiłeś na flakon
w oknie zerkniesz i wstaniesz
pyłek kurkumy szepnie
skroni za chwilę
przesuniesz świat i przykucniesz
opowiedz poprosisz

opowiem
pośród tasiemek malachitu
jadeitowa serpentyna
otworkiem milimetrowym
może umyka nagle rozparska
seledynem wokół
howlitowo cierpki berberys

żartowałeś
kiedy będziemy starzy
sprzedam zapaćkane
dżinsy największe dzieło
i popłyniemy na tajmyr
tam nas jeszcze diabli
wtrącałam czekałam

miesisz
barwy bezwstydnie pieścisz
filbert drżący pod lawiną
plam w nocy czuwasz aż
w mój sen wkradnie się
zapach płóciennej tunbergi

i świat wróciłby na swoje miejsce

Z piątku na niedzielę. Taniec szkieletów.

W każdym ziemskim klimacie, pod śniegiem, pod znojem,
Śmierć przygląda się tobie, pocieszna Ludzkości!

Nie bardzo chce mi się już na wstępie wygłaszać średnio nowatorską myśl, jakoby istniały różne skuteczne sposoby oswojenia śmierci [na własny użytek, czy też w kontekście Bliższych i Dalszych...].
Jeśli ktokolwiek twierdzi, że jego ten lęk już nie dotyczy, to… tego… opcje zauważam dwie…
Zawsze są jeszcze takie czy inne sprawy do załatwienia… Ktoś, dla kogo warto… Coś…

Kiedy myślę o paradoksie obłaskawiania śmierci, pamięć niezmiennie podsuwa mi grafikę Michaela Wolgemuta z 1493 roku:

Danse macabre – Michael Wolgemut

i słowa prześmiewczego wiersza Henryka Cazalisa:

Zig et zig et zig, la mort en cadence
Frappant une tombe avec son talon,
La mort a minuit joue un air de danse,
Zig et zig et zag, sur son violon.

[Klekot kości, szczęk, bo dziś śmierci czas
w wieko trumny stuk jedno drugie pas,
o północy śmierć melodię wciąż gra
zygzak, kości szczęk, fidel cicho łka.]

Niełatwo było oddać w tłumaczeniu ten charakterystyczny rytm, który z taką maestrią podchwycił w swoim upiornym walcu Camille Saint-Saens:

Trudno o bardziej efektowny finał danse macabre, powtórzę więc tylko jeszcze za zafascynowanym różnymi aspektami śmierci Charlesem Baudelaire’m:

Beznosa bajadero, wzorze ludzkich ruder!
Powiedzże tym tancerzom, którzy tak się drożą:
„O wy, pyszne wymoczki! Mimo róż i puder
Zalatujecie śmiercią! Kościeje z obrożą,

Antinousy zwiędłe aż do kręgosłupów,
Zwłoki pokostowane, Don Juany niemrawe!
Wszechświatowa parada tańca kościotrupów
Unosi was ryczałtem w nieznaną dzierżawę!”

I dodam, że dziwnym zrządzeniem losu, czterysta lat po Michaelu Wolgemucie [no dobrze – trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć...] Władysław Podkowiński namalował korowód nagich kobiet pląsających ze szkieletami:

szkic szkielety podkowiski

Procesja szkieletów zatoczyła koło… Żadna tam burleska… Raczej [że tak sobie fatalnie zrymuję...] – makabreska…
Brrr…

Obrazki. Leszczyna.

Kusiła. Odkąd tylko Łukasz pamiętał, ta samotna, rozłożysta leszczyna, rosnąca na środku pola sąsiada kusiła wszystkich chłopaków. Ale mało który ryzykował wyprawę po orzechy, bo stary Karwat nogi miał dobre, a jego psy – ostre zęby. Ludzie powiadali, że specjalnie żreć im nie daje, żeby były wredne.

I były. Łukasz pamięta, jak kiedyś wygryzły mu dziurę w spodniach, a i czterech liter nie oszczędziły. Dwa tygodnie nie mógł potem na lewej stronie siadać. A z tydzień w ogóle na kucaka jadał, bo ojciec takie pranie mu za złodziejstwo sprawił, że szkoda gadać. Żeby chociaż jeszcze było za co. Ale Łukasz nawet do tej leszczyny nie doszedł. Tak prawdę mówiąc, to ledwo parę kroków w zbożu zrobił, a już go te kosmate bestie opadły.

Takich pokąsanych i obitych amatorów znalazłoby się we wsi sporo. Najgorsze było to, że Karwat ani myślał sam te orzechy zbierać. Co roku wszystko się marnowało! A co by mu szkodziło, jakby sobie chłopaki trochę pojedli? Nieużyty był i tyle!
Ile to razy przemyśliwali, jak by tu starego przechytrzyć i do tych smakowitości się dobrać. I tak go podchodzili i siak, ale zawsze – bez powodzenia.

Jednak najbardziej ich rozwścieczyło, jak raz zobaczyli, że jakaś smarkula się koło ich leszczyny kręci. Mała była i chuda i ledwo do niższych gałęzi dosięgała. Zrywała sobie te orzechy jakby nigdy nic! Pobiegli wtedy pod obejście i wypatrzyli, że Karwat te swoje paskudy mocno przy sobie trzyma. No to złość ich jeszcze straszniejsza wzięła i postanowili się ze smarkatą rozprawić, jak spod tego drzewa już na drogę wyjdzie.
No, wybić ją chcieli i orzechy odebrać.
Zaczaili się za łanem i czekali. Długo czekali. Aż wreszcie któryś poleciał sprawdzić i okazało się, że małej już tam wcale nie ma.

Ale – co się odwlekło, to nie uciekło!
Jak szkoła nastała, to pierwszy ją Krzysiek wypatrzył. Potem już i inni poznali. Po warkoczach takich śmiesznych, od samej góry plecionych. Tu żadna dziewczynka tak się nie czesała. No to Grzesiek podbiegł i ją za te warkocze jak za lejce pociągnął. Mocno. I jeszcze „wio!” zawołał. Musiało ją zaboleć, bo skrzywiła się jak do płaczu, ale szybko się opanowała i tylko popatrzyła na Grześka przez ramię. I zaraz ją dziewczynki zasłoniły, a ta ruda Jaśka, co większa nawet od niektórych chłopaków była, wyskoczyła do przodu i tak Grześkowi w zęby dała, że aż się zatoczył. Pięknym sierpowym go załatwiła! Z Jaśką to nikt nie zadzierał, bo siedmiu braci starszych miała i bić się musiała nauczyć, żeby jej na głowę nie wleźli.
To i Grzesiek tylko krwią splunął i zrejterował. Ale przed Jaśką – nie wstyd było.

Chłopaki, widząc, że z dziewczynami nie wygrają, postanowili tymczasem odpuścić.
Tym bardziej, że już i pani ich do klasy wołała i wiedzieli, że jak coś teraz zrobią, to któraś na pewno z twarzą poleci. A głupio tak było od pierwszego dnia podpadać…
No i szybko okazało się, że ta mała w ich klasie zostanie, choć nikt i nie pomyślał, że taka mizerota w ich wieku może być. I buzię jakąś dziecinną miała.
Pani powiedziała, że to Karwata wnuczka jest, i że na imię ma Emilka. No to Grzesiek zaraz się zaśmiał szatańsko i zawołał: „Emilka – piłka!”, ale jak Jaśka na niego łypnęła, to tylko się skulił i śmiech w nim zamarł. Łukasz wtedy pierwszy raz widział, co to jest takie śmiechu zamarcie.
Emilka tymczasem usiadła z Anulką, w ławce przed nim i Krzyśkiem.

Cicha ta Emilka była i taka jakby trochę przestraszona. W kłótnie się wdawać nie chciała i zawsze trochę z boku stawała. Do chłopaków to w ogóle się nie odzywała niepytana, ale jak któryś o ołówek poprosił albo o kartkę, to zawsze pożyczyła.
Na początku jej chłopaki różne żarty próbowali robić, ale jak zobaczyli, że ona skarżyć nie chodzi, to trochę przestali. Co nie znaczy, że jej te orzechy darowali.
Zemsta musiała być i kropka!
Tylko okazji trzeba było wyczekać.

A ta nadarzyła się dopiero pod Boże Narodzenie.
Wolne już ze szkoły mieli. Matki z domu przepędzały, że niby przeszkadzają tylko, to i włóczyli się całą bandą po okolicy. No… rozrabiali trochę, ale nie za bardzo.
Ot, starej Matuszkowej chałupę śnieżkami obrzucili, ale jak wyleciała z wrzaskiem, to uciekli.
Później do tej młodej, co tu tylko z dzieciakiem bez męża przyjechała, na ogródek pobiegli i bałwana rozwalili. Bez żadnej złej myśli – dla draki tylko. I znowu zwiewać musieli, bo nie wiedzieli, że ten mały Maciuś w ogródku jest i że tak się rozryczy. Śmiali się pół drogi z tego beku.
A potem jeszcze do komórki z drzewem u listonosza Więcka się zakradli. Grzesiek jeden klinik wyciągnął i się wszystko posypało na podwórko. No to też śmiesznie było.
Wreszcie im się te psoty znudziły i wtedy Darek wpadł na pomysł, żeby na Księży Staw iść. Trochę się wahali, bo jak ktoś by ich złapał, to lańsko murowane, ale…

Na Stawie lód już był. Nawet gruby dosyć, więc wleźli. Nie za daleko, żeby się nie wykąpać… jak by co. Przy brzegu ślizgawkę sobie zrobili i jeździli na butach. A potem zawody urządzili – kto dalej na jednej nodze dojedzie…
I wtedy Łukasz ją zobaczył. Emilkę. Po czapce ją poznał i po kożuszku jasnym. Szła dróżką przy Stawie i tak śmiesznie nogi przesuwała. Ostrożnie. Jakby się bała, że upadnie.

Łukasz to by jej nawet już te orzechy darował, bo wcale taka zła nie była, ale ją i inne chłopaki wypatrzyły i – Grzesiek chyba – zawołał: „Chłopaki! Orzechy!”.
I puścił się biegiem na przełaj. Za nim reszta pobiegła. To i Łukasz – też. Tyle, że buty miał śliskie, więc trochę zmarudził i kiedy już dobiegł, oni właśnie naokoło Emilki biegali i wrzeszczeli. A ona stała pośrodku i nie bardzo rozumiała, co się dzieje. Tylko ręce do uszu podniosła i oczy zamknęła.
Może, żeby się poruszyła, albo i krzyknęła – chłopaki by odstąpili. Może, żeby im nie pokazała, że się boi. Ale bała się i nie umiała tego ukryć. I to chłopaków podbechtało – biegali coraz szybciej i darli się coraz głośniej.

I wtedy Łukasz nie wytrzymał – ślizgając się na tych podeszwach, wpadł między nich, roztrącił Grześka i Darka i zasłonił Emilkę.
I krzyczał coś. Ale dziś nie bardzo już pamięta – co. Chyba, żeby przestali się wygłupiać, że dosyć.
I wtenczas poczuł pierwsze uderzenie. Z początku nie zrozumiał – bardziej go zdziwiło niż zabolało i nie zrobił nic. A potem to było jak na filmie… Chłopaki dobiegali do niego, walili kułakami i odskakiwali. Najpierw stał, to trochę się odbijał. Ale któryś kopnął go w kolano i wtedy Łukasz upadł. A jak już upadł, to posypały się na niego razy i kopniaki. Pod sobą czuł trzęsącą się Emilkę i nawet nie myślał o swoim bólu. Tylko o tym, żeby ją jak najszczelniej osłonić…

Ocknął się, bo poczuł coś mokrego na twarzy. Otworzył oczy i zobaczył zapłakaną Emilkę, która wcierała mu śnieg w policzki. Chciał się zerwać i dalej bić się z chłopakami, ale nie dał rady. Nawet głowy nie mógł podnieść…
Potem chyba znowu zemdlał…

Obudziła go cisza. Wokół było ciepło i jasno, a nad nim pochylała się miła pani w białym fartuchu. Pani miała pomarszczoną twarz i niebieskie oczy. Dopiero po chwili poznał, że to mama. Chciał się do niej uśmiechnąć i powiedzieć, że wszystko dobrze, ale język miał jakiś nieswój, jakby z drewna wystrugany. I usta grube, zdrętwiałe…

Do szkoły Łukasz poszedł przed samymi wakacjami. Najpierw długo był w szpitalu, a potem musiał od nowa nauczyć się chodzić.
Kiedy wszedł do klasy, cisza się zrobiła, jak makiem zasiał i wszyscy obrócili się w jego stronę. Wszyscy – oprócz Grześka, Krzyśka i Darka. Ci siedzieli z głowami wtulonymi w ramiona i z uporem wgapiali się w tablicę.
Łukasz dokuśtykał do swojego miejsca. Usiadł i dopiero wtedy zobaczył, że krzesło obok Anulki jest puste. Zdjął go dziwny strach… Rozejrzał się po klasie i spojrzał na Jaśkę. Na jego nieme pytanie tylko pokręciła głową.

- Emilka wyjechała. – usłyszał na przerwie od dziewczynek. – To nie była prawdziwa wnuczka Karwata. Oni ją wzięli z Domu Dziecka…