Bohater

Jan zasiadł do maszyny.
Jego koledzy dawno już korzystali z komputerów, ale on wolał starą, wysłużoną olympię. I co z tego, że literę zet musiał dopisywać piórem. Po prostu lubił ten stukot i zapach tuszu. Uspokajało go to i pomagało zebrać myśli.
…Był jasnym blondynem o pociągłej twarzy i wysokim czole. Na szczęście bujna czupryna kamuflowała zakola…
- Zwariowałeś? Nie musisz zaraz paplać, że łysieję…
- Ale łysiejesz… – mruknął Jan i powrócił do przerwanej na moment pracy.
…Kolor oczu uwydatniały grube, cylindryczne szkła…
- No tak! Na dodatek zrób ze mnie ślepca!
Tym razem Jan nie zareagował.
…Okulary spoczywały na siodełkowatym nosie, a pod nim plewił się rzadki ryżawy wąsik…
- Siodełkowaty nos? Chcesz ze mnie zrobić syfilityka w trzecim pokoleniu?! I to jeszcze gówniarza! Nie mogłeś dać mi wyglądu smagłego bruneta, zniewalającego kobiety spojrzeniem turkusowych oczu?
Jan skrzywił się.
- Jesteś pisarzem, nie żigolakiem – mruknął.
- To pisarz nie może mieć egzotycznej urody?
- Chyba zbirzej – warknął Jan i nagle zapatrzył się w dal. Po chwili pochylił się nad maszyną.
…Usta miał pełne i zawsze lekko ściągnięte, przez co sprawiał wrażenie trochę nieporadnego…
- Nie chcę być safandułą!
- Kobiety to lubią… – mruknął podstępnie Jan.
- Naprawdę?
- No… Pewien typ kobiet… – wymamrotał Jan, nie chcąc plamić się kłamstwem.
- Pewien typ? To znaczy jaki?
- Nie nudź!
- Jaki typ? – Jan posłyszał nutki histerii. Westchnął ciężko.
- No…
- Pewnie jakieś hetery?
- Czemu zaraz hetery? – oburzył się nieszczerze Jan. – Po prostu… kobiety o specyficznych aspiracjach życiowych… – ucieszył się, że udało mu się wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.
- Aspi… racjach? Znaczy, że co?
- Później ci wyjaśnię – zniecierpliwił się Jan.
…Był wysoki i szczupły, co nadawało jego sylwetce młody, niemal chłopięcy wygląd. Nosił się z tak zwaną nonszalancką elegancją – w niebieskich dżinsach, jasnej koszulce polo i stalowoszarej marynarce. Zamiast krawata wiązał pod szyją jedwabny, kwiecisty fular…
- Nie podoba mi się…
- Co ci się nie podoba?
- Ten fular. Wyglądam jak pedał…
- Gej – poprawił automatycznie Jan. – Nie wyglądasz jak gej. Masz klasę i jesteś trochę ekstrawagancki.
- Ekstrawagancki? W fularze w kwiaty? To może dorzuć jeszcze wiśniowe pantofle z cielęcej skóry.
- Pantofle będą w odcieniu ciepłego brązu.
- Do fularu w kwiatki?
- Wolisz lakierki? – Jan z zadowoleniem skonstatował zaległą nagle ciszę.
…Cenił sobie wygodę, więc preferował pantofle z miękkiej skórki w ciepłym brązowym odcieniu…
- Ciepły brązowy odcień gówniano się kojarzy…
Jan posłyszał mściwe brzmienia.
- Nie bądź wulgarny – fuknął odruchowo, ale pochylił się nad maszyną, odczytał ostatnie zdanie ponownie, po czym z ciężkim westchnieniem cofnął wałek z kartką i kilkakrotnie nacisnął palcem czcionki M, N i O, zakrywając końcówkę -płym. Zaklął, bo zbyt mocno uderzony klawisz z O wybił w kartce dziurę.
…Całkiem niedawno jego poetycka powieść o znamiennym tytule „chrzęmstrząca grzęszczałość” odniosła niebywały sukces. Nie spodziewał się, że poezja lingwistyczna może wzbudzić takie zainteresowanie. Był tym szczerze zdziwiony, ale nie przyznawał się do tego i wśród znajomych obnosił minę „nie mogło być inaczej”. Tak naprawdę czuł nawet pewne rozczarowanie, ponieważ uważał, że jego wcześniejsze utwory były o wiele lepsze. To napawało go goryczą, której starał się nie eksponować. Skupił się na tym, co przyczyniło się do jego popularności i nawet pracował nad drugą częścią…
- Czemu powieść nie była dobra?
- Odczep się. Nie będę ci tłumaczył.
- Czemu?
Jan wzruszył ramionami.
- Czemu?
…choć to sprawiało mu dużą trudność. Właściwie o poezji lingwistycznej nie miał bladego pojęcia. Po prostu, spędzając codziennie ileś tam czasu w ubikacji, zabawiał się smarowaniem nieistniejących słów. Nie potrafił zrozumieć, co takiego genialnego zobaczył w tym wydawca.
Prawdę mówiąc – mało go to obchodziło do czasu, gdy zaproponowano mu kontynuację…
W gruncie rzeczy był człowiekiem rzetelnym i starał się sprostać zadaniu, ale wszystko, co prezentował wydawnictwu okazywało się być kiepskie, złe, mało odkrywcze…
Powoli sukces przestał cieszyć. Stawał się przyczyną frustracji i chronicznego niezadowolenia… Zamiast…

- Nie mogę po prostu odcinać kuponów od sławy?
- Nie.
- Bo co?
- Bo nie.
- Wielu genialnych artystów stworzyło tylko jedno dzieło.
- Nie jesteś genialnym artystą – warknął Jan.
- Jestem.
- Nie.
- Zazdrość z ciebie wyłazi!
- Nie bądź idiotą. Nic ze mnie nie wyłazi!
- Po prostu jesteś małostkowy, bo sam…
Jan nachmurzył się i pochylił nad maszyną. Zaiksował słowo Zamiast.
…Całe dnie spędzał przy biurku, starając się coś z siebie wykrzesać. Nie szło mu. Coraz częściej sięgał po jedyny dostępny mu wspomagacz. Którejś nocy doszedł do wniosku, że wszystkiemu winne jest otoczenie i przeniósł się ze swoim kajetem do ubikacji. Po jakimś czasie ścierpły mu nogi, a wypocił zaledwie parę linijek. Zniechęcony – poszedł spać.
Rano zbudził się z potwornym bólem głowy. Kiedy chciał wstać – złamało go wpół. Wezwany lekarz stwierdził, że to ischias. Dał jakąś receptę, której nawet nie miał mu kto wykupić…

- Nie mam dziewczyny?
- Nie.
- Przecież mówiłeś, że podobam się kobietom.
Jan milczał.
- To przez ten fular w kwiatki…
Jan nie raczył odpowiedzieć.
- Nie mam żadnych przyjaciół? Kolegów?
- Nie.
- ???
- Przyjaciół sam poobrażałeś, a koledzy z zazdrości obrazili się na ciebie.
- Wszyscy?
- Wszyscy… – bąknął Jan, po czym dodał usprawiedliwiająco – Przecież wiesz, jak to jest…
- Jak?
- Daj mi w końcu spokój! – wrzasnął nagle Jan.
…Wreszcie ulitował się nad nim sąsiad, którego zawsze uważał za chama i prymitywa. Zrealizował mu receptę i nawet zrobił jakieś zakupy, a następnego dnia przyniósł pół garnka zupy, co tak go rozczuliło, że zaproponował sąsiadowi kielicha.
Od tego dnia było już tylko gorzej. Wydobrzał wprawdzie dość szybko, ale cała radość życia uleciała z niego wraz z korzonkowym bólem. Zaniedbał się…

- Nie zrobisz mi tego!
- Czego? – Jan udał, że nie rozumie.
- Wiesz – czego.
- Nie, nie wiem – wycedził Jan wściekle.
- Nie każesz mi być…
- No? Dokończ! – powiedział ze złośliwą satysfakcją Jan, słysząc nutki przerażenia.
A ponieważ wokół zaległa cisza, kontynuował:
…Najpierw przestał dbać o ubiór, snując się z kąta w kąt w powyciąganych spodniach dresowych i spranej bluzeczce. Potem zrezygnował z golenia. Na koniec przestał nawet się czesać…
Nie odbierał telefonów, nieotwartą korespondencję rzucał niedbale na stolik w przedpokoju.
Nie zdziwiło go, gdy pewnego dnia usłyszał trzask wyważanych drzwi i trzech osiłków wywlekło go z wynajmowanej kawalerki…
Jakiś czas, zupełnie otępiały, siedział na schodach. W końcu podniósł się i ruszył do wyjścia.
Na zewnątrz świeciło słońce. Był piękny lipcowy poranek. Mało go to obeszło. Sunął przed siebie noga za nogą, szurając poplamionymi kapciami. Nagle przystanął, obejrzał się i w oknie na parterze wypatrzył ciemniejszy kształt…

- Świnia… – raczej wyczuł niż usłyszał Jan.
Wzruszył ramionami. Nalał sobie do szklanki czystej, dopełnił sokiem z kartonu z promocji, łyknął i ponownie zasiadł do maszyny.
…Miała piękne włosy w niespotykanym odcieniu starego miodu. Leciutki zez tylko dodawał jej fiołkowym oczom uroku…
- Zez? Nie mam żadnego zeza! Co ty sobie w ogóle wyobrażasz! – zawibrował mu w uszach piskliwy głosik.
Na usta Jana wypełzł sadystyczny uśmiech…