Z piątku na niedzielę. Taniec szkieletów.

W każdym ziemskim klimacie, pod śniegiem, pod znojem,
Śmierć przygląda się tobie, pocieszna Ludzkości!

Nie bardzo chce mi się już na wstępie wygłaszać średnio nowatorską myśl, jakoby istniały różne skuteczne sposoby oswojenia śmierci [na własny użytek, czy też w kontekście Bliższych i Dalszych...].
Jeśli ktokolwiek twierdzi, że jego ten lęk już nie dotyczy, to… tego… opcje zauważam dwie…
Zawsze są jeszcze takie czy inne sprawy do załatwienia… Ktoś, dla kogo warto… Coś…

Kiedy myślę o paradoksie obłaskawiania śmierci, pamięć niezmiennie podsuwa mi grafikę Michaela Wolgemuta z 1493 roku:

Danse macabre – Michael Wolgemut

i słowa prześmiewczego wiersza Henryka Cazalisa:

Zig et zig et zig, la mort en cadence
Frappant une tombe avec son talon,
La mort a minuit joue un air de danse,
Zig et zig et zag, sur son violon.

[Klekot kości, szczęk, bo dziś śmierci czas
w wieko trumny stuk jedno drugie pas,
o północy śmierć melodię wciąż gra
zygzak, kości szczęk, fidel cicho łka.]

Niełatwo było oddać w tłumaczeniu ten charakterystyczny rytm, który z taką maestrią podchwycił w swoim upiornym walcu Camille Saint-Saens:

Trudno o bardziej efektowny finał danse macabre, powtórzę więc tylko jeszcze za zafascynowanym różnymi aspektami śmierci Charlesem Baudelaire’m:

Beznosa bajadero, wzorze ludzkich ruder!
Powiedzże tym tancerzom, którzy tak się drożą:
„O wy, pyszne wymoczki! Mimo róż i puder
Zalatujecie śmiercią! Kościeje z obrożą,

Antinousy zwiędłe aż do kręgosłupów,
Zwłoki pokostowane, Don Juany niemrawe!
Wszechświatowa parada tańca kościotrupów
Unosi was ryczałtem w nieznaną dzierżawę!”

I dodam, że dziwnym zrządzeniem losu, czterysta lat po Michaelu Wolgemucie [no dobrze – trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć...] Władysław Podkowiński namalował korowód nagich kobiet pląsających ze szkieletami:

szkic szkielety podkowiski

Procesja szkieletów zatoczyła koło… Żadna tam burleska… Raczej [że tak sobie fatalnie zrymuję...] – makabreska…
Brrr…

Obrazki. Leszczyna.

Kusiła. Odkąd tylko Łukasz pamiętał, ta samotna, rozłożysta leszczyna, rosnąca na środku pola sąsiada kusiła wszystkich chłopaków. Ale mało który ryzykował wyprawę po orzechy, bo stary Karwat nogi miał dobre, a jego psy – ostre zęby. Ludzie powiadali, że specjalnie żreć im nie daje, żeby były wredne.

I były. Łukasz pamięta, jak kiedyś wygryzły mu dziurę w spodniach, a i czterech liter nie oszczędziły. Dwa tygodnie nie mógł potem na lewej stronie siadać. A z tydzień w ogóle na kucaka jadał, bo ojciec takie pranie mu za złodziejstwo sprawił, że szkoda gadać. Żeby chociaż jeszcze było za co. Ale Łukasz nawet do tej leszczyny nie doszedł. Tak prawdę mówiąc, to ledwo parę kroków w zbożu zrobił, a już go te kosmate bestie opadły.

Takich pokąsanych i obitych amatorów znalazłoby się we wsi sporo. Najgorsze było to, że Karwat ani myślał sam te orzechy zbierać. Co roku wszystko się marnowało! A co by mu szkodziło, jakby sobie chłopaki trochę pojedli? Nieużyty był i tyle!
Ile to razy przemyśliwali, jak by tu starego przechytrzyć i do tych smakowitości się dobrać. I tak go podchodzili i siak, ale zawsze – bez powodzenia.

Jednak najbardziej ich rozwścieczyło, jak raz zobaczyli, że jakaś smarkula się koło ich leszczyny kręci. Mała była i chuda i ledwo do niższych gałęzi dosięgała. Zrywała sobie te orzechy jakby nigdy nic! Pobiegli wtedy pod obejście i wypatrzyli, że Karwat te swoje paskudy mocno przy sobie trzyma. No to złość ich jeszcze straszniejsza wzięła i postanowili się ze smarkatą rozprawić, jak spod tego drzewa już na drogę wyjdzie.
No, wybić ją chcieli i orzechy odebrać.
Zaczaili się za łanem i czekali. Długo czekali. Aż wreszcie któryś poleciał sprawdzić i okazało się, że małej już tam wcale nie ma.

Ale – co się odwlekło, to nie uciekło!
Jak szkoła nastała, to pierwszy ją Krzysiek wypatrzył. Potem już i inni poznali. Po warkoczach takich śmiesznych, od samej góry plecionych. Tu żadna dziewczynka tak się nie czesała. No to Grzesiek podbiegł i ją za te warkocze jak za lejce pociągnął. Mocno. I jeszcze „wio!” zawołał. Musiało ją zaboleć, bo skrzywiła się jak do płaczu, ale szybko się opanowała i tylko popatrzyła na Grześka przez ramię. I zaraz ją dziewczynki zasłoniły, a ta ruda Jaśka, co większa nawet od niektórych chłopaków była, wyskoczyła do przodu i tak Grześkowi w zęby dała, że aż się zatoczył. Pięknym sierpowym go załatwiła! Z Jaśką to nikt nie zadzierał, bo siedmiu braci starszych miała i bić się musiała nauczyć, żeby jej na głowę nie wleźli.
To i Grzesiek tylko krwią splunął i zrejterował. Ale przed Jaśką – nie wstyd było.

Chłopaki, widząc, że z dziewczynami nie wygrają, postanowili tymczasem odpuścić.
Tym bardziej, że już i pani ich do klasy wołała i wiedzieli, że jak coś teraz zrobią, to któraś na pewno z twarzą poleci. A głupio tak było od pierwszego dnia podpadać…
No i szybko okazało się, że ta mała w ich klasie zostanie, choć nikt i nie pomyślał, że taka mizerota w ich wieku może być. I buzię jakąś dziecinną miała.
Pani powiedziała, że to Karwata wnuczka jest, i że na imię ma Emilka. No to Grzesiek zaraz się zaśmiał szatańsko i zawołał: „Emilka – piłka!”, ale jak Jaśka na niego łypnęła, to tylko się skulił i śmiech w nim zamarł. Łukasz wtedy pierwszy raz widział, co to jest takie śmiechu zamarcie.
Emilka tymczasem usiadła z Anulką, w ławce przed nim i Krzyśkiem.

Cicha ta Emilka była i taka jakby trochę przestraszona. W kłótnie się wdawać nie chciała i zawsze trochę z boku stawała. Do chłopaków to w ogóle się nie odzywała niepytana, ale jak któryś o ołówek poprosił albo o kartkę, to zawsze pożyczyła.
Na początku jej chłopaki różne żarty próbowali robić, ale jak zobaczyli, że ona skarżyć nie chodzi, to trochę przestali. Co nie znaczy, że jej te orzechy darowali.
Zemsta musiała być i kropka!
Tylko okazji trzeba było wyczekać.

A ta nadarzyła się dopiero pod Boże Narodzenie.
Wolne już ze szkoły mieli. Matki z domu przepędzały, że niby przeszkadzają tylko, to i włóczyli się całą bandą po okolicy. No… rozrabiali trochę, ale nie za bardzo.
Ot, starej Matuszkowej chałupę śnieżkami obrzucili, ale jak wyleciała z wrzaskiem, to uciekli.
Później do tej młodej, co tu tylko z dzieciakiem bez męża przyjechała, na ogródek pobiegli i bałwana rozwalili. Bez żadnej złej myśli – dla draki tylko. I znowu zwiewać musieli, bo nie wiedzieli, że ten mały Maciuś w ogródku jest i że tak się rozryczy. Śmiali się pół drogi z tego beku.
A potem jeszcze do komórki z drzewem u listonosza Więcka się zakradli. Grzesiek jeden klinik wyciągnął i się wszystko posypało na podwórko. No to też śmiesznie było.
Wreszcie im się te psoty znudziły i wtedy Darek wpadł na pomysł, żeby na Księży Staw iść. Trochę się wahali, bo jak ktoś by ich złapał, to lańsko murowane, ale…

Na Stawie lód już był. Nawet gruby dosyć, więc wleźli. Nie za daleko, żeby się nie wykąpać… jak by co. Przy brzegu ślizgawkę sobie zrobili i jeździli na butach. A potem zawody urządzili – kto dalej na jednej nodze dojedzie…
I wtedy Łukasz ją zobaczył. Emilkę. Po czapce ją poznał i po kożuszku jasnym. Szła dróżką przy Stawie i tak śmiesznie nogi przesuwała. Ostrożnie. Jakby się bała, że upadnie.

Łukasz to by jej nawet już te orzechy darował, bo wcale taka zła nie była, ale ją i inne chłopaki wypatrzyły i – Grzesiek chyba – zawołał: „Chłopaki! Orzechy!”.
I puścił się biegiem na przełaj. Za nim reszta pobiegła. To i Łukasz – też. Tyle, że buty miał śliskie, więc trochę zmarudził i kiedy już dobiegł, oni właśnie naokoło Emilki biegali i wrzeszczeli. A ona stała pośrodku i nie bardzo rozumiała, co się dzieje. Tylko ręce do uszu podniosła i oczy zamknęła.
Może, żeby się poruszyła, albo i krzyknęła – chłopaki by odstąpili. Może, żeby im nie pokazała, że się boi. Ale bała się i nie umiała tego ukryć. I to chłopaków podbechtało – biegali coraz szybciej i darli się coraz głośniej.

I wtedy Łukasz nie wytrzymał – ślizgając się na tych podeszwach, wpadł między nich, roztrącił Grześka i Darka i zasłonił Emilkę.
I krzyczał coś. Ale dziś nie bardzo już pamięta – co. Chyba, żeby przestali się wygłupiać, że dosyć.
I wtenczas poczuł pierwsze uderzenie. Z początku nie zrozumiał – bardziej go zdziwiło niż zabolało i nie zrobił nic. A potem to było jak na filmie… Chłopaki dobiegali do niego, walili kułakami i odskakiwali. Najpierw stał, to trochę się odbijał. Ale któryś kopnął go w kolano i wtedy Łukasz upadł. A jak już upadł, to posypały się na niego razy i kopniaki. Pod sobą czuł trzęsącą się Emilkę i nawet nie myślał o swoim bólu. Tylko o tym, żeby ją jak najszczelniej osłonić…

Ocknął się, bo poczuł coś mokrego na twarzy. Otworzył oczy i zobaczył zapłakaną Emilkę, która wcierała mu śnieg w policzki. Chciał się zerwać i dalej bić się z chłopakami, ale nie dał rady. Nawet głowy nie mógł podnieść…
Potem chyba znowu zemdlał…

Obudziła go cisza. Wokół było ciepło i jasno, a nad nim pochylała się miła pani w białym fartuchu. Pani miała pomarszczoną twarz i niebieskie oczy. Dopiero po chwili poznał, że to mama. Chciał się do niej uśmiechnąć i powiedzieć, że wszystko dobrze, ale język miał jakiś nieswój, jakby z drewna wystrugany. I usta grube, zdrętwiałe…

Do szkoły Łukasz poszedł przed samymi wakacjami. Najpierw długo był w szpitalu, a potem musiał od nowa nauczyć się chodzić.
Kiedy wszedł do klasy, cisza się zrobiła, jak makiem zasiał i wszyscy obrócili się w jego stronę. Wszyscy – oprócz Grześka, Krzyśka i Darka. Ci siedzieli z głowami wtulonymi w ramiona i z uporem wgapiali się w tablicę.
Łukasz dokuśtykał do swojego miejsca. Usiadł i dopiero wtedy zobaczył, że krzesło obok Anulki jest puste. Zdjął go dziwny strach… Rozejrzał się po klasie i spojrzał na Jaśkę. Na jego nieme pytanie tylko pokręciła głową.

- Emilka wyjechała. – usłyszał na przerwie od dziewczynek. – To nie była prawdziwa wnuczka Karwata. Oni ją wzięli z Domu Dziecka…

ze zwykłych rzeczy

płot
co przycupnął przy drodze
szaroszary zwyczajnie a
sztachety
ta choćby nos ma tęgi
perkaty i policzek
i oko inna znów przypomina
cietrzewia co z godnością
tokuje dalej trzecia
kosmata jakby książki
połowa grzbietem całkiem
w nią wrosła i te tu
smukłe proste tamte dwie
zwichrowane
oto płot a nad płotem
wiśnie czarne i słodkie
się kroplą

Radosny ptak Drongo

- Kra! Kra! Kra!
Barłóg z kołdry drgnął. Po chwili pośród wojłokowych kłębów łysnęło pofałdowane czoło. Wąskie, zaropiałe szparki odmówiły posłuszeństwa i nie chciały otworzyć się szerzej. Za to spierzchnięte wargi rozwarły się w potężnym ziewnięciu, ukazując mocne zęby i biały język.
Na moment wszystko zamarło, po czym czoło znikło, a reszta opieszale zaczęła supłać się w przepocone zwały grubej materii.
- Kra!
Kołdra zafalowała i znieruchomiała wyczekująco.
- Kra. – rozległo się mniej śmiało, ale jakby bliżej.
Wzorzysta tkanina ani drgnęła.
- Kra?
Kołdra zaniechała nawet tego nieznacznego ruchu, znamionującego oddychanie…
- Kra! Kra! Kra!
Płachta poderwała się, załopotała, a spod niej wyprysnął rozczochrany, brodaty osiłek. W dwóch susach dopadł balkonu, otworzył go i wyskoczył na zewnątrz. Rozejrzał się. Z półotwartych ust buchnął obłoczek pary. Potężna pięść uniosła się w górę i pogroziła z mocą. Wreszcie i oczy rozwarły się szerzej.
Wokół panowała kompletna cisza. Tylko na gałęzi nagiego kasztanowca bujało się obrzydliwe, pozbawione piór, czerwonoskóre ptaszysko.
Było wielkości sępa, miało długą, pofałdowaną szyję i krogulczo zakrzywiony dziób. Żółtawe pazury wbijały się w gruby konar, a jarzące pomarańczowo ślepia wpatrywały się niewinnie w niebo.
Osiłek przyglądał się chwilę ptaszydłu z miną troglodyty, a potem bezwładnie osunął się w zamarzniętą górkę śniegu. Skulił się, zaszczękał zębami i rozpłakał się.
Trząsł się i dygotał, czując, jak pod wpływem rozgrzanego ciała śnieg topnieje i wsiąka w bokserki. Po kwadransie ucichł. Powoli uniósł głowę i siąknął nosem. Ostrożnie rozejrzał się wokół.
Nagle spowił go cień. Poczuł gwałtowny napór powietrza. Coś zatrzepotało i przetoczyło się tuż nad jego głową.
Zamknął oczy…
Gdy je otworzył z naprzeciwka tanecznym krokiem zbliżało się ptaszysko. Podeszło bardzo blisko. Wyciągnęło szyję, trąciło go dziobem i zagaiło przyjaźnie:
- Kra.