Obrazki. Andzula.

Kiedy się Kasieńka rodziła, jasne słoneczko na niebie przyświecało i cisza była taka, że ni jeden listeczek nie drgnął nawet, ni jedna trawka się nie skłoniła. Tylko te ptaszyny w gaiku słodko kwiliły. Tylko te pszczółeczki robotne mięciuchno brzęczały. I zdało się matuchnie, że w kasieńkowych oczkach modrych cały ten piękny dzionek się odbija.
Radości też w chałupie co niemiara było…
Kasieńka, niby ten skowronek na pociechę ludziom śpiewający, słodka i wesoła była…

Inaczej całkiem sprawy się miały trzy lata nazad, kiedy matuchna Andzulę powiła. Dzień, choć z rana słonkiem błysnął, kiedy co do czego przyszło, chmurzyskami się zasnuł, a na pierwsze małanki trzaśnienie z bezlistnych drzew wroniska czarne się zerwały i łopotem skrzydeł złowieszczym, a krakaniem paskudnym przyjście na świat Andzuli obwieściły.
Takaż i ona była – posępna, niemowna, czarnooka…

Jak słońce i księżyc obie córy bartkowe były, choć z matki jednej i z ojca tegoż…
Kasieńka jak dzwoneczek szczerozłoty po obejściu się kręciła. Andzula niby ten wór pokutny po gumnie się snuła.
Kiedy podrosły panny – obie piękne i nadobne – Kasieńka zaraz moc kawalerów na usługi miała. Każden jeden z ochotą w oczęta zaglądał, za pulchne rączki ściskał i choć uśmiechu czekał. Nie skąpiła też tych uśmiechów Kasieńka, a i słowo dobre do wszystkich miała, choć serce w skrytości już dawno tylko dla jednego Jędrusia.
Bo i piękny ten Jędruś od sąsiadów był jak sokół jaki w niebie latający. Wysoki, w ramionach rozrosły, a od białych włosów jego aż jasno się pod powałą robiło…
I on nie od tego był, żeby za Kasieńką rozmiłowanym wzrokiem nie wodzić, w drobnej robocie nie ulżyć albo i w poważniejszej. Rodzice tako że przychylnie na Jędrusia patrzyli, choć przychylniej może i na tego Kubę, co to też na Kasieńkę łasym okiem spozierał. Matusine serce może i tam to jędrusiowe kochanie w tej swojej młodszej córce czuło, ale przecie nie jej było Bartkowi rady dawać. Mądry był z niego chłop, gorzałeczki częściej niż dwa razy na tydzień nie tykał, a i dla domu się starał, to co mu miała Marychna nad uchem brzęczeć…

A tak, jak Kasieńka się od zalotników opędzić nie mogła – Andzula – ni jednego nie miała. Może tam i w jej sercu jakiś nieborak się zawieruszył, ale tak po prawdzie najprawdziwszej, któren by do takiego dziewuszyska odwagę miał, choć i piękne było i robotne. Uśmiechała się Andzula mało, żeby nie powiedzieć, że wcale. A język ostry miała, jak, nie przymierzając, tatulowa brzytwa na pasku ostrzona. Żaden też tam nie śmiał do niej przemówić, żeby nie nazbierać i pośmiewiskiem na całą wieś nie zostać. Bo nie miała Andzula szacunku dla niczego – ani dla godności urzędowej, ani dla uczycielskiego rozumu, ani nawet dla skroni posiwiałej. A z zemsty, że sobie w kaszę dmuchać i przy robocie się podszczypywać nie dawała, przechrzcili ją chłopy Jędzulą. Za oczami, bo w oczy każdy jeden małmazjami usta plamił, licząc że może co uszczknie z panieńskiego wianka…

Zdarzyło się też pewnego razu, że Kuba, co to jedynakiem na tatulowych włókach był, zebrał się na odwagę i do Bartka o Kasieńkę wybrał się prosić. Rzecz nieobgadaną jeszcze była, chciał się więc na zaś w przychylności przyszłych teściów rozeznać, choć tu i ówdzie słyszał, że Bartek niechętny jemu nie jest.
Jak raz, Kasieńka z matuchną i ojczulkiem na wielki targ się wybrali, Andzulę na włościach zostawiając, coby dobytku pilnowała. Andzula nie od tego była, żeby po świecie się w niewygodach włóczyć i obce kąty wycierać, więc chętnie nawet została.
A że to na drogach niebezpiecznie w tamtych czasach bywało, syn sąsiadów – Jedruś towarzyszyć się im ofiarował.
Kuba tymczasem galanto przyodziany, coby teściowie przyszli wiedzieli, że nie na pludry bylekto przychodzi, ale poważny do ręki ich córy konkurent, w obejściu się zjawił.
Wypatrzyła też go Andzula z okna, jak przed chałupą stanął i w gałganek popluwszy, buty sobie do błysku glancował.
Uśmiechnęła się złośliwie, warkocze czarne przez plecy przerzuciła i na ganek nieśpiesznie wyszła.
Kuba, nie tę, której spotkać się spodziewał, ujrzawszy, stropił się nieco na początek. Zaraz jednak dwa głębokie wdechy wziąwszy, śmiało na Jędzulę popatrzył i zagaił:
- Witam pannę Annę najpiękniej.
Andzula główką mu wprawdzie na powitanie kiwnęła, ale w jej czarnych oczyskach ogniki jakieś złośliwe dojrzał. Jednako, że to chłop – jak powiadają – odwagą grzeszyć powinien, brnął dalej, choć skóra mu na karku cierpła:
- A tatulo doma?
- Nie. – odparła lakonicznie Andzula, o wierzeje się opierając.
- To może matusia szanowna? – dopytywał, choć może lepiej by zrobił, gdyby się na pięcie zawrócił i umknął. Ale znowu niechwacko mu było przed babą rejterować. Choćby i przed samą Jędzulą.
- Nie. – odparła po raz drugi Andzula i czekała, przypatrując mu się spod przymrużonych powiek.
Kubę zimny pot od tych ślepiów wiercących w duszy zalał, ale chęć ujrzenia Kasieńki ukochanej zwyciężyła i zagaił po raz trzeci:
- A panna Kasieńka może?
- Nie. – Po raz trzeci odparła Andzula.
Kuba sapnął głośno. Sam nie wiedząc – z rozczarowania bardziej, czy z desperacji.
- A kiedy będą?
- Nie wiem. – Padła kolejna odpowiedź, bo choć Andzula pewna była, że dopiero nazajutrz z wieczora powrotu rodziny może się spodziewać, interesu żadnego nie miała, żeby o tym całkiem obcowatemu człowiekowi paplać.
- To ja może zaczekam. – Odrzekł mocnym nagle głosem Kuba, bo już i w nim złość się powoli gotować poczynała. Wiedziała przecież Kasieńka, że dziś się tu wybierał, bo jej o tym napomknął na ostatnich tańcach w gospodzie.
Andzula bez słowa do ogródka go zawiodła i na ławeczce pod kasztankiem posadziła. A że to nieładnie było gościa samego zostawiać, przycupnęła po drugiej stronie na brzeżku i skromnie spuściła oczęta, od czasu tylko do czasu na Kubę zerkając.
Ten niecierpliwił się bardzo. Po sadku się rozglądnął, chałupę ze cztery razy od góry do dołu obejrzał. Z butów błoto znalezionym naprędce patykiem oskrobał. Nudno mu za Kasieńką było, co to jej się różowe usteczka nigdy ze śmiechu i świergotania nie zamykały.
- A jeśli pan Jakub pozwoli – odezwała się nagle niespodziewanie dziewczyna, której już może i ta cisza nadojadła – to się zapytać bym chciała, co to dziś taki aligancki zawitał. Nie szkoda to w dzień powszedni świątecznej odzieży łachmacić?
Może i Kuba jaką prześmiewczość w głosie Andzuli usłyszał, ale, że już w krańcowej frustracji był, tonu urągliwego udał, że nie rozpoznaje i żale, co się w nim z dawna zapiekły, wylewać przed Jędzulą począł.
Słuchała też tego skawęczenia babskiego Andzula czas jakiś, aż wreszcie nie strzymała i drobną piąstką w stół huknęła. Na to się Kubie usta zamknęły i zaraz na powrót w wielkim zadziwieniu otworzyły.
- Ja panu Jakubowi coś powiem od serca. – zaczęła Andzula niegłośno. – Kasieńka żoną pana Jakuba nie zostanie, choćby i panienką sczeznąć miała, bo serce dla kogo innego chowa, a uparta jest i ani tatulo, ani – z przeproszeniem – sam bies nie pomoże. Wszyscy to wiedzą i już się z pana Jakuba po bokach podśmiechują. A jak jeszcze wymiarkują, że panu Jakubowi panna przed oświadczynami z innym na jarmark uciekła, to żyć nie dadzą i chyba aż przyjdzie stąd panu Jakubowi uciekać… – popatrzyła na niego uważnie, a że słuchał w milczeniu, dodała – Ja dla pana Jakuba radę mam. Niech się pan Jakub mnie oświadczy i o moją rękę, jak tatulo jutro wrócą, poprosi, a to zamknie ludziom gębiska na zawsze… Ja panu Jakubowi obiecuję, że żoną dobrą będę i nudy przy mnie pan Jakub nie zazna…

Właściwie tak do końca sam Kuba nie pamiętał, jak to się stało, że – ocknąwszy się – przed Jędzulą klęczał i, za rączkę ściskając, o to, by jego żoną została, prosił.
Słowa też dotrzymał i na trzeci dzień z całą galanterią do rodziców Andzuli się wybrał i o jej rękę, jak poczciwemu kawalerowi przystało, poprosił, którym to uczynkiem trzy inne jeszcze serca uszczęśliwił, nie wiedząc i nawet o tym…

Ludziska we wsi czas jakiś ujadali, dziwując się też niemało takiemu konkurów zakończeniu, ale, że stadłu nieoczekiwanemu wiodło się nad wyraz pomyślnie – rychło przestali.

Lat też z Andzulą statecznych dożyli, doczekawszy się gromady wnuków i prawnuków, a Kuba – w cichości sobie takie losu obrócenie bardzo chwaląc – ani pary nigdy do nikogo z gęby nie puścił, że to jemu się Andzula pierwsza oświadczyła, a nie – on jej…

10 Komentarze

  1. Ależ historia ;-) Nie do końca jednak mnie dziwi, bo po pierwsze – trochę oświadczyny Baśki wobec pana Michała przypomina, po drugie – ze mną podobnie było ;-), po trzecie – o charakterności Anny to świadczy, wzięła po prostu los w swoje ręce, wstydu kawalerowi oszczędzając.
    Starannie język do opowieści dobrałaś, Leno, podziwiam :-)

    • Witaj, Jotko.

      Bo to asertywna kobieta była:)

      Historia pochodzi od wiktorynowego Dziadunia.
      Bardzo lubię wszelkie oksymoronowe sformułowania: „grzeszyć odwagą”, „plamić małmazjami” i tę swoistą wytworność w damsko-męskich rozmowach, której teraz już nie uświadczysz:)
      To taki inny, zapomniany smak, trochę zabawny, ale i wzbudzający małe tęsknotki:)

      Pozdrawiam :)

    • Witaj, Wojtku.

      Wiesz, ile to samozaparcia wymaga:)
      Trzeba te historie spisać, poprawić, ułożyć w logiczną całość, poszukać graficznego „oprawcy”, wydawnictwa, ło matko;)

      Pozdrawiam :)

    • Witaj, Stokrotko.

      Właściwie problem sprowadza się do tego, że nic się nie chce zrobić samo:(
      By wrzucić na bloga, wystarczy tylko napisać:)
      Myśl, że miałabym przedsięwziąć jakieś dodatkowe czynności bardzo mnie zniechęca:)

      Pozdrawiam :)

  2. Witaj, chyba łatwiej jednak wydać książkę, niż prowadzić na jakim takim poziomie bloga, bo jest to czynność jednorazowa i wymaga właściwie tylko pieniędzy. Tak mi się przynajmniej wydaje, patrząc na odloty blogowych autorów. To tak a propos komentarzy. Natomiast co do opowieści, warto wspomnieć gdzieś tam na marginesie o zdaniu Napoleona Bonaparte, że małżeństwo to coś w rodzaju nakłaniania do zbrodni :-)
    Serdeczności

  3. Witaj, Szczurku.

    Tak naprawdę to trudno mi powiedzieć. Wydawałam tylko wiersze. Nad krótkimi formami łatwiej zapanować. Jeśli miałabym wydawać coś większego, nie chciałabym, żeby to się rozłaziło w szwach. Ja z tych bardziej perfekcyjnych jestem:)

    Toteż często efektem małżeństwa jest coś w rodzaju kary:)

    Pozdrawiam :)

  4. Takie historie pisze życie. Ważne, że po kobiecych oświadczynach małżeństwo Andzuli należało do udanych, skoro doczekali się wnuków i prawnuków.
    Zasyłam serdeczności

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.