w myślach

bywam
drobniutką blondyneczką o turkusowych zwierciadłach
jęczą groty złamanych obietnic
odgarniam z czoła złoty kosmyk
i śmieję się perliście
rudowłosą pięknością w malachitowej otchłani
toną zachwyty napotkanych zdarzeń
potrząsam głową sypiąc skry
i wykrzywiam cynobrem
płochą chimeryczką pod granatowym aksamitem
szamocą się przerażone wspomnienia
zbieram w supeł żałobne pasma
i różowię wargi
naprawdę
blaknę

Obrazki. Dominika.

- Zawsze byłaś pomylona! – wrzasnął. Potem zakręcił się na pięcie i tyle go widziała…

Siedziała przy kuchennym stole i tępo wpatrywała się w niebieską serwetę.
Co miała mu powiedzieć? Że seks z nim przeważnie był do niczego?
Urodziła mu przecież trójkę dzieci…
Wzruszyła ramionami.
„Czego on chce? Kretyn! Naoglądał się głupawych filmów i zapragnął akrobacji…”
Wydęła pogardliwie usta.
Szkoda, że wygibasy miała robić tylko ona…
„Udzielny książę chciał leżeć i pachnieć. Niby szybko załapał, że kobieta ma do zaoferowania coś więcej… Ale jakoś nie przyszło mu do głowy, że i facet posiada różne… możliwości.”

„Nigdy nie byłam zadowolona… – sarknęła, naśladując jego głos. – A nie byłam! Bo żeby być dobrym w te klocki, wcale nie trzeba oglądać pornoli. To trzeba mieć we krwi… I wyobraźni trochę – ot, co!”
Przed oczyma stanął jej Jacek.
Jej pierwszy facet. I jedyny, który potrafił zrobić wszystko jak trzeba.
Jeszcze dziś na najlżejsze skinienie poleciałaby do niego, nie zważając na nic.
A przecież minęło już dwanaście lat…

Rozejrzała się po kuchni.
„Sernik upiekłam. Karpatka nie opadła… – próbowała zagłuszyć tamte myśli. – Mam pieczeń i dwie sałatki. Nie – trzy. Bo jeszcze ta z krewetkami… Obrzydlistwo – wzdrygnęła się nagle. – Ciekawe, kto to coś będzie jadł? No, ale przecież chciałam się trochę pokazać… Wódka kupiona… Napoje też… Idiota!”
Nigdy! Nigdy go nie zdradziła! On jej chyba też nie? Chociaż… diabli go tam wiedzą…
„Nie myśleć! – przywoływała się do porządku. – Nie myśleć… Nie nakręcać się…”
Była zazdrosna. Piekielnie zazdrosna. Sen z powiek spędzały jej wizje Tymka z innymi kobietami. Ale – trzymała się w ryzach. Nigdy nie zrobiła mu sceny. Nie zrobiła, bo wiedziała, że gdyby raz zaczęła…
Tak przecież skończyło się z Jackiem… Powiedział, że dusi go swoją zazdrością. I odszedł…
Co tam! Młoda wtedy była i głupia. A Jacek wydawał się jej prawie jakimś bóstwem… Zawsze taki elegancki, pachnący…
„Nie myśleć…” – powtórzyła.

- Seks jest ważny. – powiedział kiedyś Tymek z mądrą miną.
„Pewnie, że jest ważny. Jeśli którakolwiek kobieta twierdzi inaczej, to albo nigdy nie była z prawdziwym facetem, albo… kłamie.”
Na początku szło jeszcze jako tako. Była młoda – podniecało ją byle co. No i nie chciała Tymkowi robić przykrości, więc trochę udawała… Łudziła się, że on się podszkoli… nauczy…
Tia!
Jak tylko się pobrali – przestał się starać. Zaklepał sobie i spoczął na laurach… A koleżanki ją ostrzegały!
„Cholerna obrączka zapomnienia!”

„A może to przez dzieci?” – pomyślała nagle.
Po Andzi jeszcze się bardzo nie zmieniła. Nie przytyła prawie… Miała ładny brzuch i pośladki… Tylko piersi jej trochę zmiękły. Od mleka.
Uśmiechnęła się. Kiedyś słyszała, jak jakaś młoda babka żaliła się koleżance, że więcej przyjemności ma przy karmieniu dziecka niż przy pieszczotach męża.
Z nią tak źle nie było…
Andźka ssała boleśnie, łapczywie…
Jasio jak motylek… W ogóle chorowity był i delikatny… I tak pozostało do dziś…
„Może jakiś artysta z niego wyrośnie… Bo… czemu nie? Teraz artystów się szanuje… I zarabiają nieźle…”
Po Jasiu siadł jej brzuch. Nie przytyła, ale długo nosiła fałdę skóry przed sobą. Potem się wchłonęło. Tylko rozstępy zostały…
Po Gubci było najgorzej. Utyła. Piersi zrobiły jej się jak worki.
Takie… juki na wodę… Widziała kiedyś na filmie kowbojskim.
I uda jej się rozlazły…
Próbowała trochę się odchudzać… Ale – gdzie tam! Czy to ona miała czas na diety i ćwiczenia! Czas i pieniądze.
Jedna głupia dietetyczka w programie radziła kiedyś: „Bananik, szyneczka, chrupkie pieczywko…” Od razu znać, że nie miała dzieci. Ani problemów finansowych. Co to za matka, co sama żre szynkę, a dzieci karmi zwyczajną? Albo kupuje sobie banany? Idiotka i tyle!

Dopiero, jak najmłodsza poszła do szkoły, mogła wrócić do pracy.
Wtedy zaczęła wyglądać lepiej. Musiała o siebie trochę zadbać. Pofarbowała włosy, kupiła trochę ciuchów, schudła.
W ubraniu wyglądała jeszcze jako tako, ale pod?
Nie. No nie było aż tak tragicznie.
Zerknęła na odbicie w szybie. Przejechała ręką po brzuchu. Uniosła rękoma piersi.
Inne po jednym dziecku wyglądają gorzej. Albo to nie widziała na plaży…
„Wyglądam jak wyglądam! – zaopiniowała. – Nie w tym rzecz…”
Tymek chyba stracił do niej ciekawość…
Nagle parsknęła śmiechem.
Przypomniało jej się, jak parę lat temu przycięła się na serduszko. Myślała, że to może Tymka zachęci…
Tia…
Włożyła ładną koszulkę, nawet się poperfumowała… A on…
Oglądał jakiś thriller… Kręciła się i udawała nawet, że się trochę boi, przytulała się, żeby zwrócił na nią uwagę.
No i zwrócił… Tak ją obezwał od idiotek i głuptaków, że jej się wszystkiego odechciało.
A potem jeszcze odrastające włoski podrażniły jej pachwiny, bo się nieopatrznie parę razy podrapała… Myślała, że się wykończy… Igraszki całkiem wywietrzały jej z głowy. Modliła się, żeby czegoś gorszego z tego golenia nie było…
Nie było.

Kiedyś zobaczyła, że oglądał się za taką czarnulą z osiedla. Starsza od Dominiki była, ale ładna – to fakt. Zadbana…
No to się przefarbowała na czarno i postanowiła zahodować włosy. Niewiele z tego wyszło – cierpliwości nie miała. Po dziesięciu dniach plunęła na wszystko i pobiegła do fryzjera.
Więc postanowiła się chociaż opalić, bo farba za cholerę nie chciała się zmywać i przy tej swojej bladej cerze wyglądała jak trup. Zima akurat była, więc poszła na solarium.
Chyba za szybko chciała efektów i przedobrzyła, bo na trzeci dzień zlazła jej skóra. W same Święta! Teściowie przyszli i braciszek Tymka z żoną. Tylko przykrości się najadła, bo ta Monisia zawsze taka jak z igiełki…
Snuła się po chałupie jak cielak. I jeszcze musiała uważać, żeby nie nasypać czegoś do jedzenia, bo złaziło płatami….

Na czarnulę jej to rozkochiwanie Tymka nie wyszło, ale wyczytała, że dobra jest kozieradka. Ile się za tym nachodziła! Znalazła w jakiejś drogerii, na rozwagę, to kupiła kilo…
A potem sypała do wszystkiego, licząc, że temperament Tymkowi skoczy…
Rzeczywiście – kochali się wtedy częściej, ale umiejętności dzięki kozieradce nie pogłębił…
A potem dostał strasznego uczulenia i musiała Dominika kozieradkę z jadłospisu wykreślić na stałe…
Do tej pory uczulony jest – sprawdza od czasu do czasu…

Złość jej trochę przeszła.
W sumie nie jest taki najgorszy – nie pijak i nie cham. Pracuje. Dzieciom w lekcjach pomaga. W domu coś zrobi czasem. O kwiatkach na imieniny i rocznicę pamięta…
Nie, no najgorszy nie jest.
„I co mu nagle dziś z tym seksem odbiło? – zdenerwowała się znowu. – Jak to on powiedział? Że… mało urozmaiceń… Kretyn! A może ja też mam swoje upodobania? Może ja na przykład lubię czerwone bokserki?”
Lubiła. Tymek fajnie wyglądał w czerwonym.
No to mu raz kupiła na urodziny. Myślała – włoży…
I nałożył. A jakże! Do roboty na drugi dzień. A po powrocie do domu ją sklął, bo upał był i mu slipki ulubione dżinsy pofarbowały, jak się spocił…
Widać ta baba na bazarze kłamała, że markowe.
A i dżinsy się nie wyprały i musiała wyrzucić.
Gniewał się wtedy na nią ze trzy dni…

I ten ostatni jej pomysł też nie był za fortunny…
No ale skąd mogła wiedzieć, że ten żel intymny tak na niego podziała? Jej nic się nie stało…
Tyle wstydu się najadła, idąc do tego sklepu. Modliła się, żeby jej nikt znajomy w takim miejscu nie wypatrzył.
„Na przedłużenie erekcji” – było napisane. I żeby – godzinę przed.
A skąd ona niby miała wiedzieć, kiedy będzie „godzina przed”? I tak ledwo zdążyła na chwilę wyskoczyć do łazienki, żeby się nasmarować, jak zobaczyła, że Tymek nabrał ochoty…
Oj! Wtedy to ją naprawdę zbluzgał!
Że jak mu instrument utną, to ją chyba zabije. Sama się wystraszyła niewąsko…
Nie przyznała się, że to od żelu. Znaczy – Tymkowi się nie przyznała. Bo lekarzowi – musiała.
Pojechali wtedy w nocy na Pogotowie. Taksówką.
Ludzi dużo na szczęście nie było…
Za to – lekarzy! Chyba z sześciu przybiegło. Aż jej szkoda Tymka było, że tak go oglądają jak jakieś dziwadło.
Na strachu się skończyło i na tygodniu zwolnienia, bo od tej opuchlizny chodzić nie mógł za bardzo. I tylko w szlafroku…
Nawet fajnie wyglądał, ale co z tego, jak akurat popsute było… Nawet nie zaczepiała…

„Jutro mam urodziny… – pomyślała. – A ten… zamiast się cieszyć, że dzieci u teściów, zamiast korzystać… Eee… Szkoda gadać! I o co?”
Że mu zmianę miejsca zaproponowała! Dla niego przecież! Żeby urozmaicić właśnie! Najpierw to się nawet ucieszył jakby. I trochę nie uwierzył chyba… Ale poszedł za nią… Nawet mu się podobało, jak się tak wygięła parę razy…
No dobrze. Może i przedobrzyła. Może nie powinna była… Ale skąd, do cholery, mogła wiedzieć, że ten fotel już taki stary jest i nie wytrzyma, jak ona skoczy z rozbiegu… Przecież nie na fotel chciała, a na Tymka w tym fotelu…
Czy to jej wina, że fotel się połamał i Tymek się zaklinował całkiem na amen? Bo ona to tylko trochę…
No to wylazła i najpierw próbowała sama go uwolnić… Dopiero potem po tego Jakubka pobiegła i wspólnie Tymka wydostali…
I żeby jeszcze miał pretensje o coś poważnego! To – nie! O to tylko, że właśnie Jakubka!
I jak to wrzeszczał!
- Chłystka tego do domu wprowadziłaś! Żeby mnie ratował! Żebym dług u niego miał! Wroga największego! Ty wiesz, kobieto głupia, komu on kibicuje!?
A niby skąd Dominika miałaby to wiedzieć. Ona się poważnymi sprawami zajmuje, a nie sportowymi durnotami…

„Trzeba spać. Nie będę przecież całą noc na amanta czekała…”
Usłyszała chrobot klucza. Jej wzrok znowu spoczął na niebieskiej ceracie. Najpierw obojętnie. Potem jakaś myśl błysnęła jej w głowie, a usta rozciągnęły się w tajemniczym uśmiechu…

marzenia

woń niezawisła
mogą pachnieć jak różana herbata
albo właśnie skończony obraz

wzór nieutkany
dopiero musną jak płatek popiołu
czy też rzęsy młodej dziewczyny

głos niewezbrany
zaczną łkać jak kryształowe kielichy
lub figlarny smyczek po pile

toń niedojrzała
kiedyś zastygną jak bita śmietana
czy morze tyrreńskie w letni dzień

smak nieroztarty
będą drżeć na koniuszku języka
i w grudkach lutowego śniegu

Obrazki. Swietłana.

Historia Swiety zaczęła się pewnego wiosennego dnia. Po prostu obudziła się i stwierdziła, że jest. Nie pamiętała niczego, co przed tym przebudzeniem miało miejsce.
W ogóle nic nie pamiętała. Nie wiedziała kim była, czy miała jakąś rodzinę, przyjaciół, pracę.
Była jak czysta karta, gotowa do wypełnienia jej dowolną treścią.
Z drugiej strony… wiedziała…
Wiedziała, że drzewa to drzewa, kwiaty to kwiaty, ptaki to ptaki…
Umiała nazwać chleb i wodę. Znała smak pomarańczy i czekolady. Wiedziała, jak pachnie róża i ser. Czuła wilgotność mąki i chłód śniegu…

Z argentowego świata uśmiechała się do niej łagodna twarz o fiołkowych oczach. Smukłe palce nieustannie zanurzały się w powodzi błękitnawych pasem, usiłując ułagodzić nieład. Drobne usta układały się w wyraz dziecinnego nadąsania…
Długo trwało, nim Swietłana zrozumiała tajemną więź łączącą ją z widmem z lustra. Gdy już ją pojęła – uczuła rozczarowanie i przestała tam bywać….

Później zaabsorbował ją ruch za taflą. Przyglądała się białej drodze wijącej się wśród krzaczastej zieleni, snującym się po niej od czasu do czasu zjawom. Początkowo sądziła, że są wymysłem, kolejną projekcją jej osamotnionej wyobraźni. Gdy dotarło do niej, że istnieją naprawdę i nie ma żadnego na to istnienie wpływu – przeraziła się.
A potem nagle – przypomniała sobie. Przypomniała sobie wszystko, co było jej potrzebne, by wreszcie zrozumieć…

On był taki piękny. Miał dobre ręce i Swieta tak właśnie o nich myślała. Koiły ją dotykiem. Sprawiały, że czuła się bezpieczna i potrzebna.
Miał miękkie usta, które przykładał do jej czoła i tym symbolicznym gestem zbierał wszystkie troski i zmartwienia.
Miał mądre oczy, które patrzyły na nią, rozumiejąc i tłumacząc każdą wątpliwość…

Kiedy kładli się obok siebie i odnajdowali swoje ręce, Swieta czuła, że nic nie jest ważniejsze od tego dziwnego porozumienia.
Codziennie wieczorem zamykali oczy i śnili wspólny błękitnoszary sen. Pływali w nim – zupełnie przeźroczyści, lekcy, pergaminowi.
Każdego ranka po przebudzeniu ich pierwsze słowa dotyczyły tej wspólnej, onirycznej podróży. Przeżywali na jawie każdy moment, opowiadając sobie o napotkanych tam rzeczach, wymieniając się spostrzeżeniami, które okazywały się być niemal identyczne…
Można powiedzieć, że po przebudzeniu odbywali tę swoją wędrówkę jeszcze raz i te wspólne doznania stanowiły podstawę ich jestestwa…

Byli tak – nienaturalnie blisko, połączeni myślą, oddechem.
Karmił ją i poił, kąpał i ubierał. Pozwalała na to, widząc, ile radości daje mu możliwość podejmowania za nią każdej decyzji. Nie przeszkadzało jej to – przecież i tak byli jedną ideą, jednym czynem…

Swieta nie pamiętała, kiedy wdarł się w nią strach, ale gdy o tym myślała, przed oczyma stawał jej pokój z fantomami, od których biły chłód i obojętność.
Zrozumiał, że ona lęka się tamtego miejsca i starał się, by nie musiała przebywać w nim zbyt często. Początkowo czuła wdzięczność za tę empatię, później w jej umysł wkradło się podejrzenie… Było irracjonalne i nieuzasadnione, ale im bardziej próbowała się go pozbyć – z tym większą siłą w niej pęczniało…
W końcu zdominowało ją do tego stopnia, że zaczęła się z nim utożsamiać – stała się wielkim, zmaterializowanym podejrzeniem.

Od tego czasu ich wspólne sny zaczęły zakłócać coraz odleglejsze, obce obrazy. Rozpoczęła się między nimi walka, w czasie której każde próbowało podążyć w swoją stronę, pociągając za sobą to drugie…
Przeważnie ona jeszcze mu ulegała i po krótkiej szamotaninie podążała posłusznie za nim, wierząc w zapewnienia, że następnym razem to on ulegnie jej… Mimo, iż miała przeczucie, że tak nie stanie się nigdy, wciąż jeszcze nie przychodziło jej do głowy, by po prostu rozewrzeć uścisk i odejść samej…
A chociaż wciąż jeszcze wędrowali razem, ich wrażenia bywały coraz odleglejsze…

Nie zdziwiło jej, gdy pewnego ranka zbudziła się, a jego nie było. To właśnie tamtego dnia zrozumiała, że on oddala się od niej, bo coś wrogiego jej ciągnie go do trupiego pokoju…
Pobiegła pod drzwi i zajrzała do środka. Dostrzegła jego szerokie plecy i ręce wykonujące czynności, których nie pojmowała… Podeszła bliżej i doznała wstrząsu. Przed nim stała tamta. Była dumna, wyniosła, wroga. I taka piękna! Swieta przeczuła, że to do niej wymykał się w każdej wolnej chwili, to z tamtą chciał teraz spędzać życie, odbywać senne podróże i dzielić łoże…

Ogarnęła ją rozpacz. Szarpnęła się, podbiegła do tamtej i, odpychając go na bok, zaczęła okładać rywalkę pięściami, z coraz większą i większą zaciekłością. Nie czuła jego ramion, próbujących ją odciągnąć. Nie rozumiała słów, którymi próbował ułagodzić, nie słyszała kłamstw, którymi chciał oszukiwać. Wreszcie – zmęczyła się. Dysząc ciężko, przysiada obok i wpatrywała się w znienawidzoną w ułamku sekundy twarz tamtej. A potem podniosła się i z zadziwiającym nawet ją samą spokojem zaczęła chodzić od fantomu do fantomu i zdzierać białe płachty. Po jakimś czasie znalazła się wśród wielu pięknych, kamiennych postaci. Ich martwe spojrzenia kumulowały się na niej z taką siłą, że zakręciło się jej w głowie…

Nim jeszcze rozchyliła powieki, doznała niesamowitego wrażenia. Pierwszy raz poczuła się naprawdę wolna. Tej nocy to ona wybierała drogę. To on podążał za nią. Słuchał jej. Oglądał senność jej oczyma. Powtarzał melodię jej ustami. Zaprowadziła go do miejsc, które wielekroć przeczuwała jako piękne, ale nie miała odwagi sprawdzić. Pokazała mu światy, które wydawały się znajome, ale wcześniej bała się do tego przyznać. Aż wreszcie utożsamiła się z somnambuliczną rzeczywistością, zlała się z nią, pozwoliła przeniknąć. I zaprosiła go w siebie, otworzyła się i obdarowała tak, jak tylko posiadający obdarować potrafi…

Otworzyła oczy. Chłód przeczucia owionął jej ciało. Opuszki natrafiły na twardość i nieprzychylność. Zacisnęła palce i nie stało się nic. Powoli odwróciła głowę…
Leżał tam… Tuż obok… Zimny i martwy… I nagle pojęła… W uszach pierwszy raz słyszała szum krążącej krwi… Płuca filtrował strumień powietrza… Ręce i stopy emanowały przyjemnym ciepłem…
Patrzyła w jego oczy bez źrenic, alabastrową twarz bez śladu rumieńca, wyciągnięte ku niej marmurowe ramiona…

Historia Swiety zaczęła się pewnego wiosennego dnia. Po prostu obudziła się i stwierdziła, że jest. Nie pamiętała niczego, co przed tym przebudzeniem miało miejsce.
Była jak czysta karta, gotowa do wypełnienia jej dowolną treścią.
Z drugiej strony… wiedziała.
Wiedziała, że niebo to niebo, słońce to słońce, liście to liście…
Umiała nazwać sól i chleb. Znała smak poziomek i brzoskwiń. Wiedziała, jak pachnie pieprz i cynamon. Czuła gorycz wanilii i ciepło drewna…

motyl

motyl niecnota po łąkach się błąkał
wśród traw żywot pędził nietrwały
rosą poiła go słodka poziomka
złocienie chłodu mu użyczały

gdy macierzankę uwodził płochliwą
dumną azalię rozlśniło słońce
zapałał motyl uczuciem prawdziwym
wyszeptał słowa miłością tchnące

dzwonki kielichy uniosły beztrosko
samotny rumian pobladł zazdrośnie
nachyłek przytaknął zgorszonym groszkom
mokrzycznik rozszlochał się żałośnie

hen za opłotki wysiały się plotki
bławatki paplały i konwalia
niecierpek z przekąsem rzekł do tymotki
kto by pomyślał – taki azalians

Z piątku na niedzielę. Szewcy.

Historia rzemiosła w naszym pięknym kraju sięga okresu wczesnopiastowskiego, a pierwsze cechy powstały w XIII wieku. Samo szewstwo także ma długą tradycję. Mądre źródła podają, że rzemieślnik zajmujący się szewstwem nazywa się szewc, a jeszcze mądrzejsze, że słowo szewc pochodzi od starocerkiewnosłowiańskiego szьwьcь, w którym w późniejszym okresie nastąpiło wyrównanie analogiczne tematu Mianownika do przypadków zależnych.
Podaję te wszystkie informacje, ponieważ nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek mógł żyć bez powyższej wiedzy i natychmiast przechodzę dalej.

Wal go! Pier go! Niech stare ścierwo wie, po co żył! Męczennik, pludra jego cioć!!

Witkacy Dwojga Imion Czysta Forma nie jest łatwym w odbiorze twórcą. Kontemplując jego artystyczne poczynania łatwo wpaść w pułapkę twierdzenia, że był dramatopisarzem płytkim i banalnym, korzystającym z trywialnej poetyki, ponieważ innej nie znał. Śmiem twierdzić, że znał, a wszystko, co umieszczał w swoich dziełach, czynił z wielkim wyczuciem i jeszcze większą rozwagą.
I – nie, to spostrzeżenie nie stoi w opozycji do jego koncepcji sztuki. Nigdy przecież nie twierdził, że dzieło ma być wypełnione przypadkowymi, pozbawionymi sensu elementami. Po prostu zauważył, że dotychczasowe środki wyrazu się zużyły i pora wyjść wreszcie z bezpieczniutkiego kręgu konwencji.
Na kim bowiem – jeśli nie na artyście – spoczywać miałaby odpowiedzialność za ten tak przez Romantyków hołubiony rząd dusz…

Dawno, dawno temu natknęłam się podczas wyłączania telewizora na coś, co sprawiło, że moja dłoń zawisła w powietrzu, a palec mocniej nacisnął plus klawisza zwanego popularnie volume:

Jest to fragment Witkacowskich Szewców w wykonaniu Natalii Sikory.

Tak. Tej od Cry Baby:

Obrazki. Berta (2).

Część druga.

Najczęściej bawi się sama. Nie przepada za towarzystwem swoich kuzynów.
Nie o to chodzi, że są niemili. Raczej… trudno jej się z nimi rozmawia. O książkach nie lubią, o muzyce też nie bardzo. Zazwyczaj trenują na sobie ciosy karate podpatrzone na filmach. Ale tylko takie najprostsze.
Kiedyś powiedziała im, że robią to tylko na niby, to się obrazili. A potem chcieli, żeby zrobiła coś naprawdę, jak jest taka mądra. To im pokazała szpagat turecki i kilka figur ze swojego programu gimnastycznego.
Nie chciała ich zawstydzać ani się przechwalać. Myślała, że oni wiedzą, że ona trenuje gimnastykę artystyczną.
Nie wiedzieli i niefajnie wyszło.
*
A potem całkiem się u Berty odmieniło.
Nikt się nie spodziewał, że miłość młodzieńcza jakiś dalszy ciąg będzie miała. Pogrzebali go już przecież wszyscy. Za wyjątkiem samej Berty może. Nikomu przez myśl nie przeszło, by po tych zawieruchach rzetelność informacji potwierdzać.
Raz, że nie bardzo było jak się do tamtego zatrzaśniętego świata dostukiwać. Dwa – ocalenie to cudem wszyscy nazywali.
Bo jak inaczej takie szczęście nazwać, że w tamtym lesie nawet dobrze nie sprawdzili, czy pierwszy mąż Berty naprawdę nie żyje. I kiedy w stercie wśród innych ciał do pochowania leżał – ocknął się i wyczołgał. W gąszczu go dopiero jacyś dobrzy ludzie znaleźli i chociaż nie rozumieli, co mówił, ukryli i pielęgnowali, póki nie wydobrzał i do domu nie odjechał.
Z familią się pogodził i Berty od początku szukał, ale dopiero po latach odnaleźć mu się ją udało…
*
Uznała, że to cud. Że Bóg podarował jej jeszcze raz to, co dawno temu odebrał.
I kochali tę istotkę, jak nikogo na świecie. I rozpieszczali tą miłością. I psuli.
Patrzyła na to cudo i nie mogła uwierzyć, że jest takie piękne, takie kochane…
Mogli godzinami siedzieć w salonie i wsłuchiwać się w jej radosne szczebiotanie. Posłali ją do szkoły i nauczyciele nadziwić się nie mogli jej talentowi.
Czegóż więcej potrzeba było jej – kobiecie – niż ukochanego mężczyzny u boku… jej – matce – niż mądrego i dobrego dziecka…

*
Z tymi kuzynami to w ogóle ciężka sprawa. Nietypowa.
Bo ona, mimo, że jest od nich młodsza, jest ich ciocią.
Na początku próbowali jej dokuczać i przezywać „ciotką”, ale wtedy babcia Berta powiedziała, że każdej cioci trzeba we wszystkim słuchać. Więc przestali.
Przecież to nie jej wina, że mamusia urodziła się później niż dzieci ciotki Elki.
*
Dużo wody upłynęło, nim na ślad Berty trafił, a jeszcze więcej, nim mógł ją do siebie zabrać. Rodzina przez to, że się Berty mąż z nieodpowiedniego kraju wywodził, niczego przyjemnego nie zaznała.
Ale nikt się nie skarżył. Właściwie to dopiero wtedy odetchnęli, a mama powiedziała do papy, że im Bóg choć część winy tym Berty szczęściem odkupić pozwolił.
Wiadomość o dziecku, co miało przyjść na świat, przyjęli z radością przemieszaną z lękiem. Nie najmłodsza Berta już wtedy była i martwili się, żeby się to na kondycji przyszłej matki i spodziewanego maleństwa nie odbiło.
Ale się wszystko dobrze skończyło i choć wieści przychodziły nieczęsto – wiedzieli, że obie są całe i zdrowe…
*
Nie pokochały się. A właściwie Elżbieta nie pokochała tej swojej siostry. Zobaczyła tę nienawiść w oczach starszej córki, gdy tylko we troje przekroczyli próg domu. Przeraziła się. Nie myślała, że ktokolwiek zdolny jest do takiej zapiekłości.
- Nas nigdy nie kochałaś. – powiedziała jej na pożegnanie Elżbieta. Twardo i okrutnie.
Nie zaprzeczyła. A może Elżbieta właśnie na to zaprzeczenie czekała. Nie zaprzeczyła jednak…

*
Przeważnie więc bawi się sama. Nie przeszkadza jej to. Siedzi sobie na swoich kamieniach i czyta. To bardzo przyjemne zajęcie.
Nie rozumie, jak ktoś może żyć bez czytania.
Któregoś razu ciotka Elka zabrała jej książkę i powiedziała, że zamiast bez sensu psuć oczy, powinna zrobić coś pożytecznego. I kazała jej wypleć kawałek ogródka. To wypełła. Ciotka Elka myślała chyba, że ona nie wie, co to jest zielsko, bo stała nad nią jak kat nad grzeszną duszą. Wypełła dwie długie grządki i nie wyrwała ani jednej sadzonki.
Myślała, że ciotka się ucieszy, ale ona się pogniewała.
Nie mogła zrozumieć, czemu, więc poprosiła babcię Bertę, żeby sprawdziła, czy jednak się nie pomyliła i nie wyrwała czegoś pożytecznego. Babcia przebrała chwasty i orzekła, że nie, więc dalej nie rozumie, o co ciotce chodziło.
*
Kiedy tę swoją wnuczkę pierwszy raz dziadkowie zobaczyli, małe to było i zupełnie do siostry niepodobne. Radość i szczęście aż się z Oli-Oleńki wylewały. I z rodziców.
Mamę nawet coś w sercu ścisnęło, a i papa nietęgą minę na początku miał…
Ale dziecko pokochali od razu.
Wobec męża Berty też się jak należy znaleźli.
Długa to była rozmowa i dziwna, bo wszyscy najwięcej o własnych winach mówili, przepraszając się nawzajem i o wybaczenie prosząc.
I ciężka bardzo – niełatwo przecież dumnym ludziom do własnych błędów się przyznawać było…
*
Pielęgnowały go, jak mogły. Nie odchodziły od jego łóżka.
Berta przyciskała do ust jego pokłute, przeźroczyste ręce, głaskała po błękitnych policzkach. Błagała i klękała. Groziła i przeklinała.
Na nic. Na nic…

*
Czasami sobie rysuje. Nie umie rysować tak pięknie, jak na przykład tatuś. I pewnie już się nie nauczy, bo do takich rzeczy trzeba mieć talent. Ona – widać – takiego talentu nie ma. Ale to nie szkodzi. I tak rysowanie sprawia jej frajdę. Nawet, kiedy ciotka i wujek nazywają te jej rysunki bohomazami.
Raz nawet usłyszała niechcący, jak wujek mówił, że ona jest nienormalna. I jej obrazki też są nienormalne. Do babci krzyczał i ciotka Elka też wtedy powiedziała, że trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby coś takiego wymyślać i że to trzeba leczyć, a nie chwalić.
Nie rozumie, co złego jest w rysowaniu muzyki. Bo oni mówili o obrazku, który narysowała po powrocie z kościoła.
Pan organista strasznie fałszował, grając Ave Maria i ona to narysowała. I jeszcze głos pani, która przepięknie śpiewała. To wyglądało, jakby ze sobą walczyli. Było trochę śmieszne, a trochę smutne. Bo to bardzo piękna pieśń i szkoda, że pan organista ją popsuł.
*
Potem znowu wszystko się odwróciło.
Żałowali, że tak niedługo to szczęście Berty trwało, chociaż się po powrocie nigdy nie poskarżyła. W wielkim mieście zamieszkała, żeby Ola się kształcić mogła. A papę i mamę i wszystkich radość rozpierała, że się dziecku wiedzie.
I że w Bercie dobra zmiana zaszła.
Oprócz smutku po stracie, miała w sobie jakąś pewność. Jakby się w końcu z życiem pogodziła…
I nawet w ten spokój uwierzyli wreszcie…
*
Nie chciała tam żyć bez niego. Podjęła decyzję o powrocie.
Kupiły małe mieszkanko.
Dobrze im było we dwie. W tym cichym smutku. Ich własnym. Rozumiały się prawie bez słów. Nie musiały ze sobą rozmawiać i wcale wiele nie rozmawiały. O studiach. O muzyce. O planach.
To były ich drobne radości w tej rozpaczy, o której nie potrafiły mówić. Nigdy.
Może nie musiały…

*
Trochę jest jej przykro, gdy tak jej dokuczają, ale babcia mówi, żeby się nie przejmować, bo oni nie znają się na prawdziwej sztuce.
I jest jej odrobinkę lżej, chociaż rozumie, że babcia mówi tak, żeby ją pocieszyć.
Na początku w ogóle trudno jej było. Teraz już przywykła, że tutaj wszyscy są dla siebie tacy niemili.
Nigdy nie mówią normalnie tylko krzyczą. I nie podoba jej się, że o tatusiu mówią „ojciec”, o mamusi „matka”, a babcię nazywają „babką”. Szczególnie wujek Heniek i ciotka Elka. Przecież babcia Berta nie jest ich babcią tylko mamą.
Do niej też zwracają się bardzo niegrzecznie. Wujek Heniek nazywa ją „hrabinią”, a ciotka Elka „te”.
Mają też taki specjalny ton, który wyraża lekceważenie. A przecież nikogo nie powinno się lekceważyć tylko dlatego, że jest jeszcze mały.
*
Nieczęsto się widywali, bo lata nie sprzyjały i okazji zbyt wielu nie było.
Przeważnie podczas tych spotkań radość mieszała się ze smutkiem, bo Bóg nie tylko dawał, ale i zabierał.
Kiedy na papę czas przyszedł, wszystkie przybyły, bo dla każdej z nich był podporą. Bo każdą z nich kochał, choć tak mało im o tym mówił. Ale one wiedziały.
Nawet ta najmłodsza, co dopiero wchodziła w życie.
Stały wtedy w kręgu i żegnały go cicho. Każda po swojemu.
Mama nuciła ulubioną piosenkę.
Jaga wciąż poprawiała coś przy mundurze.
Olga zakryła jego dłoń swoją dłonią.
Berta cichutko „papoczka, papoczka” szeptała.
Elżbieta skuliła ramiona i oparła ręce o brzeg.
Oleńka wygrywała w powietrzu niewidzialną melodię.
Każda – bez łez…
*
Z tego pierwszego wielkiego koncertu nie pamiętała prawie nic. Tylko kolistą smugę światła spowijającą ogromny fortepian i siedzącą przy nim wiotką figurkę. Potem odpłynęła i wydało jej się, że są tu we dwoje i trzymają się za ręce. Obudziła ją burza oklasków i spocone, szorstkie palce Elżbiety splecione z jej palcami.
Przez chwilę siedziały tak, spłoszone, jakby nie wiedząc, co robić z tą nagłą, spóźnioną bliskością. Nie popatrzyły na siebie, tylko z ociąganiem rozplotły ręce i przyłączyły się do oklasków…

*
Ale najdziwniejsze, co tu zobaczyła, to zaglądanie do walizek i branie sobie cudzych rzeczy bez pytania.
Parę dni po odjeździe tatusia ciotka Elka otworzyła jej walizkę i wszystko z niej powyjmowała. Naśmiewała się z jej ubrań, a najbardziej z bielizny. Nie wie, czemu tak bardzo rozzłościły ją jej majteczki i koszulki. Wymachując nimi, powiedziała, że to przechodzi wszelkie pojęcie, żeby kupować dzieciakowi takie ciuchy, a wujek Heniek dodał, że rośnie im „mała…” i użył bardzo brzydkiego słowa. Za takie słowa myto kiedyś dzieciom usta mydłem, żeby nigdy więcej ich nie powtarzały. Czasami, gdy słucha wujka Heńka, myśli sobie, że jego mamusia nigdy mu chyba tych ust nie myła…
Nie rozumie, co tak zdenerwowało ciotkę Elkę. Przecież to były zwykłe majteczki.
Potem przyszła babcia Berta i kazała ciotce wszystko pozbierać i zapakować do walizki.
Nie wie, o czym później rozmawiały, bo babcia wysłała ją do ogródka po koperek.
*
Nie wiadomo kiedy Ola-Oleńka największą pociechą się stała.
I tą nicią niewidzialną, co ich serca znowu związała.
Kiedy przyjeżdżała z Bertą, mogły godzinami słuchać, jak gra. Patrzyły na jej palce i odchyloną głowę. Na ramiona kulące się i prostujące.
I było w tej muzyce coś takiego, co przywoływało dawno zapomniane twarze, ciepłe uśmiechy, dobre chwile. Choć niewiele ich było w porównaniu do złych. Ale – wiele. Może więcej niż u innych…
*
Nie. To zdecydowanie nie był mężczyzna o jakim marzyła. Zbyt zaborczy. Manipulował tą jej łaknącą męskiej opieki kruszynką.
Wtedy znowu ogarnął ją strach. Nie wiedziała, co robić. Bała się, by jej słowa – trzeźwe, okrutne – nie obróciły się przeciw nim obu…
Gryzła się i marniała. Każdego samotnie spędzanego wieczoru walczyła z lękiem. A kiedy słyszała zgrzyt klucza, napinała się jeszcze bardziej i czekała na nieuniknione.
Doczekała się.
Ale inaczej.
- Nie martw się. Tam nic nie było i nigdy nie będzie. Słyszysz, mamuś? Nigdy. To tylko przyjaciel…
- Nie jest przyjacielem… – odważyła się powiedzieć wtedy.
- Więc – znajomy.
Więcej o tym nie rozmawiały.
A jednak odetchnęła, gdy zniknął z ich życia…

*
A następnego dnia zobaczyła na szyi ciotki apaszkę mamusi.
Babcia też poznała tę apaszkę.
Po kilku dniach znalazła ją, ładnie złożoną, na swojej poduszce. Co z tego, skoro została wyprana. Wzięła ją przecież z domu tylko dlatego, że pachniała mamusią…
Tak naprawdę, dopiero wtedy znielubiła ciotkę Elkę i przestała się starać ją polubić. Bo wcześniej to się jednak starała.
*
Kiedy Ola edukację zakończyła i życie na własny rachunek zaczęła – niełatwo Bercie było. Przywyknąć nie mogła, że córka stała się kobietą i wciąż widziała w niej tę kruszynkę nieporadną, zdaną na ich opiekę i troskę.
Przypatrywała się Oli uważnie i, choć szczęście od dziewczyny biło, przeczuwała Berta, że niejedną ofiarą okupione…
*
Nigdy wcześniej nie rozstawały się na tak długo. Cieszył ją ten sukces. Takie wyróżnienie. Ale nie mogła się doczekać jej powrotu. Pocztówki przychodziły regularnie, ale co można napisać na takim kartoniku…
Patrzyła na kolorowe obrazki i na niektórych łowiła migawki szczęśliwego czasu. Wtedy robiło się jej jeszcze smutniej…

*
Kiedy zza lasu słychać gwizd kolejki, babcia woła ją na kolację. Składa wtedy swój chodniczek i przebiega przez drogę. I chociaż wie, że prawie nigdy nic tamtędy nie przejeżdża, zawsze się na wszelki wypadek rozgląda. Wie też, że nie powinno się przebiegać przez jezdnię, ale często o tym zapomina.
Za to nigdy nie zapomina o umyciu rąk przed jedzeniem. Potem siadają z babcią przy stole i jeśli tylko nikogo jeszcze nie ma – bawią się w savoir vivre.
- Czy mogłabyś podać mi sól? – pyta na przykład babcia.
- Proszę uprzejmie. – odpowiada wtedy ona i podaje babci sól, która tak naprawdę stoi zupełnie blisko.
To fajna zabawa. Czasami bawią się w nią też po rosyjsku, albo po francusku.
*
Wszystkie dumne z Oli były, tylko martwiły się trochę, czy jej ktoś w tym wielkim świecie – takiej ufnej – nie skrzywdzi.
Różni się wokół dziecka naiwnego kręcili, a ona na każdego serce otwarte miała. Za dobra była na ten świat, za serdeczna.
Ale, że jakoś Bóg ją chronił – myślały sobie, że może za te Berty krzywdy, dziecku niewinnemu wynagrodzi…
*
Pojawił się ktoś nowy.
Był przystojny. Nie mogła zaprzeczyć. I biło od niego jakieś ciepło. Kiedy się uśmiechał i patrzył na tę jej perełkę.
Mimo to, długi czas zastanawiała się, czy to ona popełniła jakiś błąd. Nie mogła zrozumieć, co takiego zobaczyła jej córka w tym mężczyźnie. Przecież mógł być jej ojcem!
Obawiała się, że ją zniewoli, zamknie w czterech ścianach, zapędzi do życia, któremu nie sprosta.
Pomyliła się.
A patrząc na rozpromienioną Olę, zrozumiała, że on kocha ją miłością dojrzałą. Pragnie, by to ona była szczęśliwa…

*
Po kolacji może sobie robić co chce, byle przy zgaszonym świetle. Jeśli na dworze jest jeszcze widno, wychodzi i siada z książką na ławeczce. Czasami czyta. A czasami po prostu myśli o różnych rzeczach. Ale przeważnie stara się czytać, bo myślenie zawsze kończy się tak samo. Przypomina sobie różne sprawy, o których chciałaby zapomnieć. Wie, że tak naprawdę nie da się tego zrobić, ale wciąż próbuje…
Czasem wynosi kredki i szkicownik, który dostała od tatusia i rysuje kwiaty. Bardzo lubi rysować kwiaty. I różne dźwięki. Na przykład gwizdanie kosa, albo tirlikanie skowronka.
*
Kiedy Ola narzeczonego swojego przywiozła przedstawić, uprzejmie go przywitały. Przykrości dziecku nie chciały robić, więc nic nie mówiły, ale nie bardzo im się na początku odpowiednim wydał.
Niemłody był. Postawny, przystojny, kulturalny – zgoda. Ale – lata swoje miał. Przy tym kwiatuszku na ojca bardziej niż na narzeczonego wyglądał.
A przecież wystarczyło, że się odezwał i zrozumiały, co w nim ich Ola-Oleńka zobaczyła.
Dobry był. Zwyczajnie – dobry. Szacunek do innych miał.
I kochał. Tę ich Olę-Oleńkę. Ze wszystkim. Ze starą babką, ciotkami dziwaczkami i siostrą skaleczoną.
Więc jak mogły takiego wyboru nie uszanować…
*
Zaczarowała ją. Od pierwszego spojrzenia, rzutu oka. Dotykała tego kruchego ciałka i pierwszy raz pomyślała: wnuczka.
I zapragnęła, tak bardzo zapragnęła zamieszkać z nimi, by móc patrzeć, jak ten kwiatuszek rozkwita…

*
Gorzej, kiedy zamarudzą z kolacją i na podwórku jest już ciemno. Nie ma zakazu wychodzenia, ale wszystkie myśli, które stara się przeganiać przez cały dzień, napływają jej do głowy. Chyba lubią ciemność.
Więc przeważnie przebiera się w piżamę i idzie za kotarę.
To też jest dziwne – że nie można się umyć. To znaczy – można – buzię i ręce. A przecież jest tu i prysznic i wanna.
Nie wolno jej też oglądać dobranocki. Bo telewizor mogą włączać tylko wujek albo ciotka. A przeważnie ich nie ma. A jeśli nawet są – wujek i tak przełącza na inny kanał. I nawet kiedy na drugim programie jest zły odbiór, o bajce można zapomnieć. Prędzej wujek wyłączy telewizor niż da ją obejrzeć. Na początku dwa razy poszła, ale teraz nawet nie zagląda do pokoju z telewizorem. Po co.
*
Kiedy się Elusi wnuki rodziły – cieszyli się wszyscy. Że zdrowe. Że mądre. Że udane.
Potem Ola córkę urodziła.
Berta jak w amoku żyła.
A potem się nieszczęście straszne u Elusi stało…
*
Elżbieta…
„Jestem jej to winna.” – pomyślała, a serce ściął lód.
Kiedy zobaczyła kotarę, nie przeczuła, że to od tej pory będzie jej kąt. Nawet w najgorszych chwilach nie pomyślała, że zazna czegoś takiego.
Popatrzyła wtedy na Elżbietę, a ta zwiesiła ramiona i odwróciła twarz do okna.
Została…

*
Gdy bardzo jej duszno – wymyka się na podwórko. Zabiera chodniczek, rozkłada go na mokrej trawie, kładzie się i patrzy sobie w niebo. Niebo tu jest bardzo piękne. Więc patrzy i zastanawia się, która gwiazdka najjaśniej mruga. Z daleka słychać rechotanie żab. Na początku nie lubiła tych odgłosów, ale kiedy zamknęła oczy i dobrze się wsłuchała, odnalazła w nich nawet melodię…
Czasami zabiera ze sobą krzemienie, które dawno temu dostała od brata i próbuje krzesać ogień. Tylko tak na niby, bez hubki. Lubi patrzeć na białe iskry. Szkoda, że podczas tej zabawy pojawia się taki niemiły siarkowy zapach. To dlatego rzadko używa krzemieni wieczorem. Ręce jej potem brzydko pachną, a jest kłopot z ich umyciem. A w dzień słabo widać iskierki, więc co ta za przyjemność…
Babcia Berta gniewa się za to wymykanie. Bo czasem zdarza jej się na tym chodniczku zasnąć.
*
Dobrze, że papa tej tragedii nie doczekał. Przed mamą na początku ukrywali wszystko. I byłaby się może nie dowiedziała, gdyby się mąż Elusi nie wygadał. A kiedy upadła na podłogę, myśleli, że już z tego nie wyjdzie. Zawał miała i sam doktor się dziwił, że w takim wieku chorobę przemogła.
Długo nie mogli mężowi Elusi darować, że taki bezwzględny wobec staruszeczki się okazał.
Pogniewali się na niego, bo zamiast ich wszystkich przeprosić, jeszcze do szpitala poszedł, ale go do mamy nie wpuścili, bo bardzo na siostry nakrzyczał…
*
Ten dom to był obraz nędzy i rozpaczy. Ruina. Rozglądała się wokół i nie poznawała tego miejsca.
Zawilgocone ściany, po których pełzły liszaje zacieków. Szpary między deskami, przez które wdzierał się wiatr i śnieg. Zmurszałe i uginające się niebezpiecznie przy każdym kroku podłogi…
I ta góra zwęglona, ziejąca spalenizną i butwą…

Ze ścian zniknęły zdjęcia. I to był jedyny widomy znak tej tragedii…

*
Przeważnie leży w ciemności i mocno zaciska oczy. Czasami przyciska jeszcze powieki palcami i czeka, aż pojawią się tęczowe kręgi. Te kręgi wirują wokół własnych osi tak szybko, że stają się kulami. A potem dzielą się w nieskończoność na coraz mniejsze koła i każde z nich jest inne. Próbuje je liczyć i wtedy najczęściej zasypia.
Chociaż – nie zawsze. Wtedy ma jeszcze inny sposób na odpędzenie smutnych myśli. Wyobraża sobie wielkie, drewniane drzwi. Widziała kiedyś takie w jednym kościele, co się pięknie nazywał: Matki Boskiej Kwietnej. Były naprawdę ogromne.
Wyobraża sobie, jak się zamykają, a potem słyszy opadającą sztabę. Ona stoi sobie w środku, a na zewnątrz harcują świtezianki z przydymionego szkła. Uderzają o drzwi i nie mogą się przebić. Uderzenia są coraz częstsze i silniejsze, aż w końcu zlewają się w jeden szum. Ona wsłuchuje się w ten szum i zasypia.
*
Berta, żeby im pomóc, mieszkanie swoje sprzedała i do nich się wprowadziła, choć nie musiała. Serce jej się w całkiem inną stronę rwało, ale nie mogła przecież Elusi samej w takim nieszczęściu zostawić.
Nie skarżyła się, choć domyślali się, że lekko jej tam nie jest, bo z zięciem wspólnego języka nigdy nie umiała znaleźć…
Jakby jednej tragedii mało było, zaraz nowym okropieństwem los Bertę obdarował. Modlili się wszyscy za pomyślność i o cud prosili, ale chyba pula ich dobrodziejstw nie odnowiła się jeszcze, bo wieści – jedna gorsza od drugiej – docierały do nich.
Mama się chyba najbardziej gryzła,choć po niej tego widać nie było. W dniu swoich urodzin, próżno na Olę czekała. Zasnęła w swoim fotelu i już z niego nie wstała…
*
Na wieść o chorobie tej swojej perełki była gotowa rzucić wszystko. Tak bardzo pragnęła być obok. Modliła się, by cały ból Oli mógł spaść na nią. Ile by dała, gdyby ktoś pozwolił jej się zamienić i leżeć tam zamiast jej maleństwa.
Już nawet się spakowała.
- Choć raz zachowaj się jak matka. Moja matka.
Tak powiedziała Elżbieta. To jedno zdanie sprawiło, że nie wyjechała…

*
Zazwyczaj przebudza się jeszcze w nocy. Przeważnie, gdy babcia kładzie się spać. Babcia chodzi spać ostatnia i wstaje pierwsza. Nigdy jeszcze nie udało jej się obudzić przed babcią. Raz nawet chciała nie spać całą noc i może by jej się udało, ale nie wytrzymała i na chwilę, dosłownie na chwileczkę, zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, miejsce obok było puste.
*
Jak z Bogiem się rozmówić Berta próbowała, że jej chce kolejną najdroższą osobę odebrać, tylko ona wiedziała. Niewiele można było wobec takiego losu okrucieństwa zrobić. Perfidniejsza ta próba chyba jeszcze była niż ich tułaczki wszystkie razem wzięte, bo sensu w niej nijakiego dopatrzeć się nie mogli…
*
Tak bardzo chciała pamiętać tę swoją kruszynkę roześmianą, szczęśliwą. Bez tego przerażenia, z jakim patrzyła na swoją małą córeczkę.
Gdyby szepnęła choć słówko!
Rzuciłaby wszystko.
Ale ona trzymała tylko w przeźroczystych rączkach jej rękę i uśmiechała się oczyma swego ojca.
Kilka razy próbowała zapytać, ale Ola zawsze kręciła głową i ściskała jej palce.
Zupełnie jak ojciec…

*
Teraz już nie próbuje.
Jeśli wybije się czasem ze snu, leży cichutko i nie zamyka oczu. To jej ostatni sposób na przywołanie snu. Stara się nie mrugać, aż do oczu zaczynają napływać piekące łzy. Wtedy na ułamek sekundy opuszcza powieki, unosi je szybciutko i znowu wpatruje się w ciemność. Za którymś razem powieki nie dają się już podnieść i zasypia.
*
A potem wieści najstraszniejsze przyszły.
Nikt nie śmiał pytać, czemu Berta swojej decyzji nie zmieniła i u starszej córki pozostała, choć się domyślali wszyscy, że najgorsza to decyzja w jej życiu być musiała. I najtrudniejsza. Ręki Oli-Oleńki też się w tym dopatrywali, bo zawsze dziecko to o innych bardziej myślało niż o sobie. Nawet w tych ostatnich godzinach…
*
Leżała taka spokojna. Nienaturalnie spokojna. Jej suknia w kolorze écru odbijała się od ciemnego wnętrza. A jej loczki pierwszy raz były zupełnie nieruchome…

*
Dziś jakoś żaden ze sposobów nie chce zadziałać.
Leży na brzuchu i oddechem próbuje poruszyć ciężką kotarę. Obok posapuje przez nos babcia Berta…
Stara się nie wiercić, chociaż to trudne.
Potem próbuje ułożyć zaklęcie, które przywołałoby sen. Ale on nie chce przyjść.
Może to dlatego, że jutro przyjeżdża tatuś i wreszcie pojadą do domu.

Koniec.

Obrazki. Berta (1).

Część pierwsza.

Nasłuchuje. Jeszcze właściwie dokładnie nie wie, czy dochodzące odgłosy to sen, czy naprawdę tuż obok ktoś cichutko oddycha.
Ostrożnie przytwiera oko. Wokół panuje mrok. Delikatnie unosi rękę i bada przestrzeń przed sobą. Natrafia na ciepłe wybrzuszenie. Powoli przesuwa palce wyżej i zanurza dłoń w delikatnej miękkości. Zaczyna rozróżniać kształty i z niedowierzaniem przygląda się długim, czarnym loczkom, rozsypanym na poduszce.
- Mamusia! – woła. Głowa porusza się i odwraca w jej stronę. – A nie… – szepce – To Jagódka…
*
Najmłodsza z dziewczynek Berta była, to i najmniej z tego wszystkiego rozumiała. Bardziej ją zajmowało, kto u kuzynki na wieczorku się pojawi niż inne sprawy. Nawet i nie bardzo wiedziała wtedy, że te wieczorki wcale nie dla tańców i ciastek organizowane były.
Siadała sobie między takimi jak ona dzierlatkami i nie słuchała wcale, o czym się na boku szepce…
*
Pokochała. Miłością, jaką potrafi pokochać tylko nastolatka dwudziestoletniego mężczyznę. Pierwszą, szaloną, bezkompromisową miłością. Taką, co to nie zna przeszkód, granic.
Nie musiała nawet zamykać oczu, by widzieć jego piękną twarz z prostym nosem, pełne usta i mocny podbródek. A gdy przypominała sobie chwilę, w której jego ciemne oczy odpowiedziały na jej nieśmiałe spojrzenie – czuła dziwne drżenie opanowujące jej ciało…

*
Kiedy budzi się ponownie, wokół panuje cisza. Zza kotary dochodzi nucenie babci Berty. Babcia Berta nuci zawsze. Gdy pracuje. Gdy wyszywa. Gdy czyta książkę…
Liczy do trzech i wyskakuje z łóżka. Ubiera się szybciutko i wchodzi do kuchni. Babcia, pochylona nad kuchennym trzonem, próbuje rozpalić mokre szczapy. Wokół jest sino od dymu.
- Całkiem już babka zdurniała, a? – słyszy z oddali koguci głos wujka Heńka. Potem wtacza się on sam.
Patrzy na jego podpuchniętą twarz i – jak zawsze – dziwi się, że skóra może przybrać jagodowy odcień. U nikogo nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała.
Wujek bierze się pod boki i dodaje:
- Spalić nas chce? Mało babce jeszcze? Mało?
Babcia Berta zagryza wargi i mocniej pochyla się nad płytą.
*
Papa z mamą nieufnie się do tych spotkań odnosili, bo własne młodzieńcze pasje pamiętali i trwożyli się o swoje latorośle.
Trochę racji w tych obawach mieli, bo tam nie tylko sami tacy do pląsów chętni bywali.
Pośród miglanców, bawidamków i huncwotów zdarzali się i poważnie myślący młodzieńcy. Bo nieprawdą było, że oni wszyscy pstro w głowach mieli i nie wiedzieli, czemu tak kotłuje się wszędzie. Niejednemu się głowa zapalała i natychmiast chciał świat naprawiać.
A choć rodzice rozumieli, że młodość rządzi się swoimi prawami, spokojniejszego losu dla swych dzieci pragnęli…
*
Nie podszedł wtedy do niej. Nie zamienili ani jednego słowa.
A przecież żyła tym spotkaniem całe dnie, tygodnie…
Aż nadszedł czas zwątpienia. Tajemne porozumienie, znaczące grymasy warg, muśnięcie ramienia wydały się jej wymysłem, pobożnym życzeniem…

*
Widzi trzęsące się babcine ramiona.
„Wuisko-beczysko!” – myśli mściwie. I tak bardzo żałuje, że nie jest dorosła i nie może powtórzyć tych słów na głos. Wzdycha cichutko i odważnie postępuje naprzód:
- Dzień dobry, wujku. – mówi głośno.
Wujek obraca się w jej stronę całym ciałem.
- Węgla babka przyniesie! – rzuca jeszcze w kierunku trzonu i wreszcie racza ją zauważyć:
- O! Nasza hrabinia się obudziła! Babka jeszcze szczap nałupie! – zwraca się znowu do sapiącej z wysiłku babci Berty, która właśnie przyciągnęła zza drzwi wielki pojemnik.
- Śniadanie dziecku muszę zrobić… – protestuje babcia.
- Poczeka! Z głodu nie zdechnie! – mruczy wujek, mierzy babcię wzrokiem i odchodzi.
*
Jedyne, co im zostało, to w rozsądek córek wierzyć.
Chociaż przeczuwali, że w takim wieku trudno wielki poryw serca do okruchów rozumu porównywać. Z góry wiadomym było – co zwycięży.
A że strapionym rodzicom na zgryzotę – to już inna rzecz…
*
Zaplątana w swoją rozpacz, ledwo dostrzegała to, co zaczynało dziać się wokół. Nie obchodziły jej te śmieszne, mało znaczące sprawy: niepokój papy, skamieniała twarz mamy, przerażenie czające się w oczach sióstr. Liczył się tylko on. I jej tęsknota, cierpienie, upokorzenie.
A jednak wciąż miała nadzieję, że przeczucie jej nie omyliło.
Byli przecież dla siebie stworzeni…

*
Siedzi przy stole nakrytym popękaną, plastykową ceratą i dziobie w talerzu. Nie to, że nie smakuje jej zacierka na mleku. Uwielbia babciną zacierkę. Po prostu to miejsce sprawia, że odechciewa jej się jeść. Kuchnia jest taka brzydka! Farba odłazi od ścian i łuszczy się z parapetów. Ciemne plamy sadzy wżarły się w gumoleum i niczym nie można ich odmyć.
Ale najgorszy jest ten smród z wiader.
To zlewki. Każdego wieczora wujek, który jest kucharzem, przynosi z restauracji resztki jedzenia. Rano babcia zalewa je wrzątkiem i nosi świnkom do chlewika.
*
Berta też nie planowała wcale, że takim poważnym uczuciem kogoś w tak młodym wieku obdarzy.
I od tego się nieszczęścia zaczęły.
I nawet pretensji do nikogo nie można było mieć: po to się przecież właśnie panienki w odpowiednim duchu wychowywało, żeby dobrą konkietę zrobić mogły. Bo to i dla samej panny i dla familii splendor był.
Nie Berty to wina była, że tak się źle wszystko od początku potoczyło, tylko – podłych czasów…
*
Nie mogła spać, nie mogła jeść, nie chciała rozmawiać. Wciąż roiła o jakichś schadzkach, czekała na wyimaginowane listy. W zwyczajnych wydarzeniach doszukiwała się znaków.
Na próżno.
Ani modlitwy, ani prośby, ani groźby nie były w stanie sprowadzić go do niej. Zniknął. Odszedł. Nie chciał jej…

*
Świnki są śmieszne. I nawet miłe. Tylko strasznie śmierdzą. Ale to nie szkodzi. I tak lubi je bardziej od wujka Heńka i ciotki Elki.
Czasem przygląda się, jak podbiegają do pełnego korytka i wesołym chrząkaniem witają babcię Bertę. A potem kłócą się między sobą o najlepsze miejsce i zawsze wygrywa jedna, najgrubsza świnka.
Nigdy nikomu tego nie mówiła, ale ta świnka przypomina jej trochę wujka Heńka. Zupełnie tak samo jak on – rozrzuca wszędzie jedzenie i pochrumkuje radośnie. I nawet podobnym głosem.
Rzadko ma okazję dłużej popatrzeć na świnki. Przeważnie wychodzi z chlewika razem z babcią i idą do kuchni szykować obiad.
Bo ciotka Elka też pracuje. W przedszkolu. Jest intendentką. Kiedyś nie umiała powtórzyć tego słowa, ale teraz się nauczyła. Chociaż dalej nie bardzo rozumie, co robi taki ktoś. Wie tylko, że to ma jakiś związek z zamienianiem kartek.
*
Kiedyś z koligaceniem dobrych rodów łatwiej było. Świat spokojniejszym się wydawał, a i młodzież bardziej posłuszną.
Nawet się wtedy mówiło, że obowiązek najważniejszy, a uczucie przyjdzie, kiedy odpowiedni czas nastanie. To się sprawdzało. Role z góry wyznaczone porządku nie burzyły. Wychowanie w poszanowaniu tradycji drogę pokazywało. Urodzenie gwarancje miało dawać, że się w małżeństwie żadna krzywda nikomu dziać nie będzie. I zabezpieczenie też ważne było. Inaczej się wszak życie zaczynało, wiedząc, że dostatek za nim stoi…
*
A przecież nie myliła się – odnalazł ją!
Ich pierwsza rozmowa była bardzo dramatyczna. Pełna jej łez i jego gniewu. Płakała. Najpierw z radości. Potem z przerażenia.
Kochał ją! Powiedział to.
I zażądał, by została jego żoną. Już. Teraz. Natychmiast.
Odeszła wtedy, lękając się jego zaborczości, gwałtowności, bezkompromisowości. Odeszła, bo bała się, że ulegnie, rzuci wszystko…
Płakała, bo wiedziała, że już go nie zobaczy…

*
Babcia Berta jest najukochańszą babcią na świecie i mamusią mamusi. Bardzo żałuje, że babcia nie chce zamieszkać z nimi – z tatusiem i z nią. Ale babcia mówi, że tutaj jest bardziej potrzebna.
I nie przekonuje jej nawet to, że u nich miałaby własny pokój, że mogłaby kąpać się, kiedy chce i jeść tyle, ile ma ochotę. Mogłaby sobie czytać w łóżku i nikt nie zabraniałby jej wieczorami słuchać radia.
Tatuś zawsze przywozi babci baterie, ale ona oddaje je wnuczkom i dalej siedzi w kuchni po cichu. Może to dlatego wciąż coś sobie nuci.
*
Niewiele jednak papa z mamą zrobić mogli, gdy poprzewracało się wszystko. Porządek się zmieniał, stare sprawdzone sposoby zawodziły. Trudno się było rozeznać w tym galimatiasie, odgadnąć, które nowości dobre, a które nie.
O honorze, uczciwości, sumienności w rodzinie trudno było mówić, kiedy z góry przykładu brakowało. W strasznych czasach niełatwo było o swoim myśleć. Inne rzeczy pierwszeństwo zyskiwały…
*
A jednak to on uległ jej.
Choć musiał wiedzieć, jak to się skończy.
Nie spodobał się!
Kiedy przyszedł prosić o jej rękę, wyglądał jak szaleniec. Z rozwianym włosem, gorączką w oczach, rozdygotaniem rąk.
Został wyśmiany! Mama wyszydziła go bezlitośnie, papa rzeczowo udowodnił, że jego córka jest zbyt młoda na małżeństwo.
Złamali go. Uznał ich racje i – pokonany – odszedł, nie śmiejąc podarować jej nawet jednego spojrzenia.
I nie miało znaczenia, że był z ich sfery…
Uznali go za niebezpiecznego obłąkańca, wywrotowca, fantastę.

*
Babcia Berta jest zupełnie siwiutka.
Olga mówiła, że to przez pożar. Że zanim babcia dobiegła do podpalonej stodoły, w której tylko na chwilę ukryła kiedyś malutką ciotkę Elkę – zupełnie osiwiała.
Kiedy ogląda zdjęcia, nie chce jej się wierzyć, że babcia miała takie piękne włosy. Platynowe – tak się nazywa ten odcień blondu.
Kiedy mamusia była małą dziewczynką, też takie miała. Tylko potem jej ściemniały. Za to pięknie pasowały do oczu.
Babcia jest niebieskooka. I za tę niebieskookość kocha babcię jeszcze bardziej. Nigdy u nikogo nie widziała oczu w kolorze uśmiechniętego nieba. Nawet u tatusia.
*
Jeszcze trudniej w tym bałaganie podejmowanie decyzji przychodziło. Szczególnie, kiedy nie miało się punktu odniesienia. Jedynie na własne przeczucia rodzice liczyć musieli, a one podpowiadały im, że nie zazna Berta w takim małżeństwie szczęścia. Afekt do tego mężczyzny jej młodemu wiekowi przypisywali.
Papa powtarzał, że najpierw się na świecie uspokoić musi, żeby można było spokojne życie wieść. Nikt dnia ani godziny pewien nie był. To wokół groźne się wydawało. Za przykład Bercie własną rodzinę stawiał, co z powodu kaprysów losu wciąż się poniewierać z kąta w kąt musi.
Ale niewiele to Bertę obchodziło. Nie chciała mądrych rad słuchać.
*
Znowu płakała.
Coraz częstsze napomykania o wyjeździe nie robiły na niej żadnego wrażenia. Była martwa.
A potem uświadomiła sobie, że go już nigdy nie zobaczy.
To dodało jej sił.
Któregoś dnia po prostu wyszła z domu i poszła do hotelu, w którym mieszkał.
Nie miała planu. Nie wiedziała, po co tam idzie. Jak go wywoła. Nie miała nawet pojęcia, czy on jeszcze tam mieszka…

*
Patrzy, jak babcia krząta się po kuchni i stara się być pomocna. Babcia kroi marchewkę i trze buraczki zupełnie tak samo jak mamusia.
Raz nawet powiedziała to babci i babcia bardzo się śmiała…
W ogóle – lubi być z babcią. Słuchać jej opowieści o rodzinie. Wspomnień.
Najmilsze są te chwile, gdy są w domu same.
Wie, że to nieładnie tak myśleć, ale nie bardzo lubi ciotkę Elkę i jej rodzinę.
Może najbardziej Jagódkę – tę swoją bardzo dorosłą siostrę, która ma takie same sprężynki jak mamusia i bardzo podobny głos.
Ale Jagódka mieszka w innej miejscowości i rzadko przyjeżdża. A jeśli nawet – to tak jak wczoraj – na krótko i przeważnie sama.
Lubi też brata Bercia. Chociaż też trochę się go wstydzi – jest taki duży i zawsze roześmiany. Mieszka z rodziną za płotem i często zagląda, gdy są we dwie.
Kiedy przychodzi, w tej paskudnej kuchni robi się jakoś jaśniej. Żartuje z nimi, a potem wyjmuje organki i wygrywa różne wesołe melodyjki.
*
I zrobiła coś, przez co rodzice prawie nie umarli – uciekła. Papę ledwo z ataku apopleksji odratowano, mama przez kilka dni słowa nie wyrzekła, Jaga i Olga z domu się wstydziły wyjść.
Do mężczyzny przecież Berta uciekła. A to nie do pomyślenia było, żeby panienka sama do mężczyzny poszła. I to jeszcze gdzie – do hotelu!
*
Stał przed wejściem, jakby wiedział, że ona się zjawi. Jeszcze tego samego dnia w maleńkiej cerkiewce przed Bogiem przysięgli sobie wieczną miłość i wierność, a pop pobłogosławił i z zadziwieniem przyjął zapłatę od pary narwańców…
Zamieszkali na obrzeżach miasta, w maleńkim pokoju bez wygód, który zawsze pełen był rozkrzyczanych, zacietrzewionych mężczyzn i rozdokazywanych kobiet. Ze zdumieniem wchodziła w ten świat pozorów, gdzie największy obdartus mógł okazać się prawdziwym księciem, a najwytworniejsza dama – kokotą.
Powoli przerażenie ustępowało miejsca zrozumieniu, fascynacja – sceptycyzmowi.
Po jakimś czasie uznała wszystko za mrzonki.
Zapalczywość nowych znajomych i strach własnej rodziny kwitowała pobłażaniem. Jedni i drudzy wydawali jej się żałośnie śmieszni. Nie wierzyła, że ktokolwiek jest w stanie zatrząść jej światem…

*
Babcia Berta pysznie gotuje. I jest taka mięciutka. Aż chce się do niej przytulać. To przez te sukienki. Są z aksamitu. Wie – mamusia jej kiedyś powiedziała.
Patrzy, jak babcia zagniata ciasto. Obiad musi być bagaty. Tak mówi wujek Heniek. Bo on lubi dobrze i dużo zjeść.
A jak skończy, to nigdy nie mówi „dziękuję”, tylko woła babcię i każe jej zabierać talerze.
Bo one jedzą w kuchni. Nie wie, czemu – ale tak jest. I bardzo dobrze, bo wujkowi ciągle się odbija w trakcie jedzenia. To jest okropne i niekulturalne.
Kiedyś spytała babcię, czemu wujek tak się zachowuje.
I wujek uderzył ją za to łyżką w głowę. Rozpłakała się wtedy. Nie tylko dlatego, że to bardzo bolało. Po prostu nigdy wcześniej nikt jej nie uderzył.
I wtedy babcia wstała od stołu, wzięła wujka za klapy marynarki i wyniosła go z kuchni. Do dziś nie wie, jak babci się to udało. Wujek jest przecież bardzo gruby i ciężki, a babcia malutka.
I ma takie małe ręce.
I stopy. Babcia nosi takie same buty jak ona. A przecież jest już dorosła.
*
Papa, jak już do siebie przyszedł – siłą chciał Bertę do domu sprowadzić i na jej oczach zuchwalca obatożyć, ale się temu mama sprzeciwiła.
Zupełnym łachudrą chyba ten Berty ukochany nie był – choć i obcy – skoro przed ołtarz ją zawiódł i na hańbę głupiego dziecka nie wystawił. A choć nędzny to ślub był i nie taki, jakiego by kochający rodzice swojej pociesze życzyli – to przecież był. Przed Bogiem ona teraz jego żoną była i więcej on już do niej praw miał niż oni.
Papa z głosem mamy bardzo się liczył, więc po krótkim namyśle – uległ…
*
Wśród tego zgiełku, brudu i głodu były jeszcze wypełnione miłością dni i pełne namiętności noce. Już do końca życia zapach podłego tytoniu i taniej wódki miał się jej kojarzyć ze szczęściem…
Kiedy powiedziała mu, że spodziewa się dziecka – oszalał z radości. Wypędził wszystkich i świętowali w jedyny dostępny im sposób – jedząc ciężki, czarny chleb i popijając śmierdzący samogon.
Potem długo przyglądał się jej wychudłej twarzy, sińcom pod oczami i żółtawej skórze. Dotykał zapadniętego brzucha i rozstępów na wciąż kurczących się piersiach.
- Naprawię stosunki z dziadkiem… – oznajmił następnego dnia…

*
A kiedy babcia wróciła do kuchni, miała zupełnie białą twarz.
Tak się tej bladości przestraszyła, że aż przestała płakać. I było jej bardzo przykro, bo nie wiedziała, że wujek to usłyszy…
Kiedy babcia zrobi obiad, wszystko zostawia na płycie. Żeby było gorące. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy wujek wróci z pracy. A bardzo nie lubi czekać. I krzyczy na babcię, żeby szybciej dawała. A przecież wcale nie musi. Babcia bardzo dobrze słyszy. Nawet szeptanie.
*
Ustalili, że się w życie Berty mieszać nie będą, a jedynie sprawdzać, czy im aby ten zięć niespodziewany córki nie krzywdzi.
I to jeszcze sobie obiecali, że pomagać młodym nie będą, póki ci o pomoc nie poproszą. W duchu liczyli, że tej ich wychuchanej Bercie bieda rychło się sprzykrzy i wróci do nich skruszona…
*
Czekała.
Wyglądała jakichkolwiek wieści o nim. Walczyła z dolegliwościami własnego, zmieniającego się ciała. To wtedy pojęła istotę tego bezrozumnego strachu. Paraliżującego strachu nie o siebie…
A potem musiała opuścić mieszkanie. Wyszła tak, jak przyszła – bez niczego…
Dom wciąż tam był.
Mama…
Dopiero po zmroku odważyła się podejść pod tylne wejście…

*
Ciotka Elka wraca zawsze wieczorem. Bo oprócz pracy w przedszkolu, chodzi jeszcze do sprzątania.
Jak przychodzi, to zawsze ma zły humor i opowiada nieładne rzeczy o ludziach, u których pracuje. Bardzo nieładne…
Babcia wysyła ją wtedy za kotarę.
Nie lubi tam siedzieć. Ciemno tam i duszno, bo kotara jest gruba i ciężka i nie przepuszcza światła ani powietrza. Za to bardzo dobrze przepuszcza zapach zlewek.
Na początku wciąż jej było niedobrze. Teraz się już trochę przyzwyczaiła, ale i tak nie może się doczekać przyjazdu tatusia. Chociaż nic nie mówi babci. Nie chce, żeby jej też było smutno.
*
Inaczej jednak się stało.
A choć wiele im zdrowia Berta napsuła, to przecież aż tak jej Bóg srogo za to karać nie musiał.
Wieść o zięcia śmierci zbiegła się z nocą, w której Berta przed drzwiami dla służby stanęła. Wszyscy w domu przykazane mieli, żeby papę albo mamę wołać bez ceregieli o każdej porze dnia i nocy, gdyby się Berta zjawiła, więc mamę obudzono natychmiast, bo papa daleko akurat od domu był…
*
Ta kruszynka miała jego oczy. Była taka maleńka i bezbronna…
Tyle z majaków w chorobie zapamiętała. Kiedy wreszcie przyszła do siebie – nie musiała pytać. Właściwie to ta cisza wokół kusiła, by już nigdy nie otworzyć oczu, przestać oddychać, rozpłynąć się…
Zanurzyła się w to wielkie kolebanie, zawisła wśród dławiącego odoru krwi, potu i ekskrementów. Nieludzkich krzyków, szlochów i huku…

*
Bo tatuś musiał wyjechać i nie mógł zostawić jej samej. Jest jeszcze za mała. A babcia Berta nie mogła przyjechać do nich, bo ciotka Elka bardziej jej potrzebuje.
Więc tatuś przywiózł ją tutaj…
Obiad już jest gotowy.
Babcia nakrywa stół białą ściereczką i stawia talerze z makaronem. Potem nalewa rosół i posypuje wszystko natką pietruszki. Rosół pachnie oszałamiająco. I tak samo smakuje.
Na drugie jedzą kopytka ze skwareczkami i popijają zsiadłym mlekiem. Babcia dosypuje do swojego mleka szczypiorku.
Ona nie może jeść szczypiorku.
Wujek Heniek powiedział kiedyś, że ona się pieści i kazał jej otworzyć buzię. Nie chciała – jest przecież duża i nikt nie musi jej karmić, ale wujek się uparł, więc otworzyła. Wpakował jej do buzi wielką łychę szczypiorku i kazał pogryźć i połknąć. A potem przyjechało pogotowie, bo nie mogła oddychać. Dopiero jak dostała zastrzyk.
Słyszała jeszcze, jak pan doktor rozmawiał z babcią Bertą, a potem strasznie krzyczał na wujka Heńka. Nie wie, co krzyczał, bo w tym czasie zasnęła. Ale od tej pory wujek już ani razu jej nie karmił.
*
Jednego słowa wymówki Berta po powrocie nie usłyszała, chociaż należało się jej za to wszystko.
Choroba się przyplątała i mimo, że coraz gorsze wieści zewsząd nadchodziły, bała się mama w drogę z córką w połogu i maleństwem ruszać.
Niebożątko też słabe bardzo się urodziło i doktor wezwany tak na matkę, jak i na dziecko tylko ręce bezradnie rozkładał.
Patrząc na nie, mama sobie wyrzucała, że nie pomogli jednak, choć i o dziecku nic nie wiedzieli. A chociaż starali się bardzo tę wnuczkę ocalić – nie podołali.
Do ostatniej chwili też z wyjazdem czekali, żeby się Bercie choć trochę poprawiło.
Myśleli, że drogi dalekiej nie przetrzyma, nieszczęściami złamana, ale – przetrwała. Tylko życie się w niej odrodzić nie chciało…
*
Wiadomości o jego śmierci nie zrozumiała.
Miała żal, że wywieźli ją tak daleko.
Zabrali i nie zostawili najmniejszego śladu, by mógł ją odnaleźć.
Zapiekła się w tym swoim gniewie i nienawiści do nich. Nic jej nie obchodzili. Nie mogła słuchać ich głosów, patrzeć na nich.
Nie zauważała upływu czasu. Ale czas płynął i powoli znieczulał przeszłość…

*
Po obiedzie pomaga babci sprzątnąć ze stołu. Potem obie idą na łąki, żeby nazbierać mlecza dla króli. Bo tutaj są jeszcze króliczki. Cudne. Czarne i szare. Z bardzo długimi, puszystymi uszami.
Nie wolno jej samej chodzić do króli, bo może otworzyć klatkę i któregoś wypuścić. Nie otworzyłaby, skoro nie wolno, ale przecież nie będzie się kłócić z wujkiem. To bardzo brzydko kłócić się ze starszymi. Wie – mamusia jej powiedziała.
Mają swoje miejsca, gdzie mlecz jest wyjątkowo dorodny i słodki. Tak mówi babcia. Nie poprawia jej, ale przecież mlecz jest bardzo gorzki. Kiedyś polizała łodyżkę. Nie tutaj. W letnim domu.
Tak naprawdę nie bardzo lubi zbierać mlecz. Przez to białe mleczko, które na rękach czernieje. Potem wszystko się do niego przylepia i bardzo trudno je odmyć.
Ale lubi króle – więc grzecznie zbiera.
*
A choć Bóg pozwolił i po perypetiach różnych znowu – na obcym skrawku ziemi wprawdzie – wszyscy razem zamieszkali, to jakby – oni osobno, a Berta – sobie. Czuli ten jej żal straszny. Mówić nawet nie musiała.
Skrzywdzili ją, więc tym ciężej im było na nią patrzeć…
*
Nawet go nie lubiła. Tego mężczyzny w mundurze. Był stary! Ale w nim odnalazła swoją szansę na ucieczkę. Od rodzeństwa. Od papy.
I od mamy. Do niej miała największy żal.
Przyjęła więc jego oświadczyny i wywiózł ją daleko od nich wszystkich. Od tego życia, w którym nie czuła się żywa…
„Jest taka brzydka i pomarszczona!” – pomyślała ze wstrętem i powtórzyła to głośno.
- Podobna do ciebie. – dodała okrutnie.
Ile razy wyrzucała sobie później te słowa! A przecież nie mogła się przemóc, by pokochać to maleństwo. Bo przypominało jej tamto, najukochańsze, z innego życia…

*
Wujek Heniek mówi, że nie wolno głaskać króli, bo gryzą. To dlatego mają klatki z takiej drobnej siateczki. Ale te króle gryzą tylko wujka. I to naprawdę mocno. Do krwi. Jej i babci Berty jeszcze żaden nie ugryzł. I całkiem chętnie dają się głaskać.
Nawet jak przychodzi do nich sama. Bo ona czasem łamie zakaz i wymyka się do króliczków. Kiedy już nie może wytrzymać ze smutku.
Nie otwiera klatek, ale ma małe palce, więc kiedy króliczek podchodzi, głaska go po nosku, albo uszku. Czasem opowiada im, czemu jest smutna, a czasem nie, bo wystarczy, że dotknie sobie tego mięciutkiego futerka.
*
Nawet się i bardzo jej decyzji nie dziwili, gdy za pierwszego, co się jej oświadczył, za mąż wyszła. Wiedzieli, że od nich uciec pragnie jak najdalej. A choćby w knieje dzikie, gdzie ją nowy mąż uwieźć miał. Byle z oczu ich stracić i wspomnień bolesnych nie rozjątrzać.
Nie sprzeciwiali się temu. W duchu liczyli, że przy starszym, poważnym człowieku zapomni wreszcie i żyć normalnie zacznie. Nie bali się o nią – świata poza nią nie widział i nieba byłby gotów jej przychylić, gdyby chciała.
Co jednak z tego – kiedy – nie chciała…
*
Ochrzcili ją jej imieniem, bo się uparł. Przystała na to – było jej wszystko jedno.
Nauczyła się tego nowego świata: prowadzenia domu, fałszywych uśmiechów, nieszczerych pieszczot. Jego może i oszukała, ale nie ją. Nie tę małą poczwarkę, co garnęła się do niej, łasząc o łaskawsze spojrzenie czy słowo.
A potem umarł i zostały we dwie.
A choć żyła w oderwaniu od świata i w ich nędzną egzystencję wtargnął przecież ten koszmar…

*
Bo króliczki rozumieją, jak to jest. Im też musi być w tych klatkach bardzo smutno. Wie to…
Chociaż nie lubi o tym myśleć… Ale czasem myśli.
Wolałaby tego nie wiedzieć tak na pewno, ale drugiego dnia wujek Heniek zawołał ją do siebie i powiedział, że chce jej coś pokazać. Zgodziła się i poszli do króliczków. Wujek wyjął jednego i pozwolił jej go pogłaskać. A potem powiedział, że zaraz jej coś pokaże, ale ona musi obiecać, że nikomu o tym nie powie, bo to będzie ich tajemnica.
Obiecała. I zaraz potem wujek wyciągnął nóż, złapał króliczka za uszy i podniósł do góry. Króliczek zapiszczał i zamachał tylnymi łapkami.
Dalej nie widziała – uciekła. Ale i tak domyśla się, co się stało. Przez głośny śmiech wujka usłyszała przecież, jak ten króliczek płakał.
Pobiegła wtedy do babci. Nic jej nie powiedziała, ale w nocy bardzo płakała przez sen i krzyczała. I wtedy mogło się jej coś wypsnąć…
A jeśli tak – to sama już nie wie, czy dotrzymała obietnicy… Czy takie wygadanie się przez sen się liczy, czy nie.
Bo jeśli się liczy, to nie wie, co powinna zrobić.
Nie wolno przecież łamać danego słowa…
Kiedyś zapytałaby mamusię…
Ale może jak tatuś przyjedzie, to zapyta jego… Nie tak szczegółowo… tylko… ogólnie.
*
Źle się u Berty od samego początku działo i żeby nie ten mąż oddany i stateczny, pewnie by i drugie dziecko na zatracenie poszło.
A choć rodzice rzadko bywali, widzieli przecież, że serca do swojej rodziny Berta nie ma.
Mała o pieszczoty jak szczeniaczek się łasiła. Na każde dobre słowo rozkwitała. Zabierali ją też czasem do siebie – choć nieczęsto, bo droga daleką i trudną była.
Kiedy pomarło się drugiemu zięciowi, przemyśliwali nawet, czy by Berty i Elusi nie przytulić, ale Berta nie zgodziła się na przeprowadzkę.
A potem znowu czas najczarniejszy chyba nastał…
*
Tułaczka.
Tak chyba mogłaby nazwać ten czas, kiedy z dzieckiem, pozbawiona dachu nad głową i przyjaciół, poniewierała się od miejsca do miejsca.
Przeklinała męża w duchu, że umarł i zostawił je same. I że zataił prawdę o swoich korzeniach. Chociaż była pewna, że to nie miałoby żadnego znaczenia. Nie, kiedy za niego wychodziła.
A przecież nie mogła porzucić Elżbiety. Sprzedawała więc wszystko, co udało się jej spakować, gdy w panicznej ucieczce opuszczały własny dom. Sztuka po sztuce.
Dopiero pod koniec trafiły na ludzi, którzy o nic nie pytali. Nie chcieli pieniędzy. Dali kąt i trochę spokoju. Tam, w tej piwnicy bez okien doczekały wolności…

*
Po karmieniu króliczków przeważnie zostaje na podwórku. Czasami huśta się na starej zardzewiałej huśtawce, która strasznie skrzypi. Albo idzie do ogrodu i patrzy sobie na kwiaty. Nie zrywa ich, bo tu niczego nie wolno zrywać bez pozwolenia. Nawet owoców i warzyw. Nie robi tego, ale smutno jej, gdy owoce spadają i leżą na ziemi, dopóki nie zgniją…
Przyjemnie byłoby czasami zjeść jabłko prosto z drzewa albo pomidorka z krzaczka…
Takie pomidorki z krzaczka są przepyszne. Nagrzane słońcem, jasne z wierzchu i ciemnoczerwone w środku. Słodkie i soczyste. A kiedy oderwie się tę zieloną szypułkę – wydzielają taki ziołowo-gorzki zapach…
Ale skoro nie wolno, to – nie wolno.
*
Długo się zbierali po wszystkim.
Na wieść, że córka z wnuczką żyją, papa z mamą propozycję ponowili, ale wciąż im swojej krzywdy zapomnieć Berta nie mogła i nie chciała z nimi zamieszkać. Tyle, że Elusię czasem przysłała na wakacje. Sama kształciła się, bo na zdolnościach nigdy jej przecież nie zbywało. W czas tylko podły się urodziła. Jak i oni wszyscy…
*
Nawet przez chwilę nie pomyślała, by wrócić do rodziców.
Przytelepały się do dawnego domu, ale w nim nie było już ani jednej wolnej izby.
Znalazła jakiś kąt na początek.
Trochę prała po ludziach, sprzątała. Posłała Elżbietę do szkoły.
Źle im się wiodło.
A potem zaczepiła się w szpitalu. Miała doświadczenie z chorymi, cierpliwość i delikatne ręce, więc za namową doktora wyuczyła się na felczera…
Zrobiło się lżej…

*
Czasami bawi się z Finkiem. Ale Finek nie przepada za zabawami. Jest okropnie brzydki – brudno-żółty i ma taki wyraz mordki, jakby na wszystkich był wściekły. Ma po prostu zawsze wyszczerzone ząbki, bo ta mordka mu się nie domyka. Jest już bardzo stary. Najbardziej lubi sobie leżeć na ciepłym piaseczku. Słabo go wtedy widać i można w niego wdepnąć. Wtedy Finek podnosi głowę i zaczyna rachitycznie szczekać.
Zawsze, kiedy słyszy to szczekanie, ma wrażenie, że on nie ma już siły zaszczekać głośniej. Idzie wtedy do niego i próbuje pocieszyć. A Finek patrzy, jakby wszystko rozumiał i czasami nawet daje się pogłaskać.
Raz szczekał tak żałośnie, że chciała mu zrobić jakąś przyjemność i zabrała go na huśtawkę. Kiedy usiedli, Finek wykręcił się jej z rąk, ugryzł ją w policzek i uciekł. Nie myślała, że taki stary psiak potrafi jeszcze tak szybko biegać.
Ani babcia Berta. Przybiegła wtedy naprawdę przestraszona, bo widziała wszystko z okna. Na szczęście to było tylko draśnięcie. Po kilku dniach nie został po nim nawet ślad.
*
I nie wiadomo, kiedy lata przeleciały i Elusia własne gniazdo postanowiła wić. Zaproszenie na ślub piękne wystosowała.
A choć i potańczyliby może dziadkowie na wnuczki jedynej weselu, to gdzie im tam – starym w taką drogę było ruszać. Tylko Olga się wybrała.
Za to później Elusia ich odwiedziła. Mężem i prawnukiem pochwalić się chciała…
*
Nie spodobał się jej narzeczony Elżbiety.
Jak się jednak miała sprzeciwiać. Komuś życie układać…
Czuła, że sprytem Elżbiecie imponował…
Obrotny był. To on odzyskał ich dom. Dzięki jego znajomościom pozbyły się bezprawnych lokatorów, dostały jakieś środki na remont.
Przepisała wszystko na Elżbietę, zachowując dożywotnie prawo mieszkania. Tak jej podpowiedział notariusz…
I zamieszkali wspólnie w tym domu – ona i Elżbieta z mężem. Dokładała się im do gospodarstwa i nawet myślała, że może się jakoś ułoży, bo choć się z tym Henrykiem nie lubili bardzo, przecież dla Elżbiety był dobrym mężem…

*
Ale najbardziej lubi to miejsce za drogą. Jest tam kilkanaście ogromnych kamieni. Bardzo fajnie skacze się po tych kamieniach. Trzeba tylko uważać, żeby noga się nie omsknęła. I nie można po nich chodzić na bosaka, bo są ostre.
Babcia daje jej szmaciany chodniczek, więc często przesiaduje na tych kamieniach od świtu do nocy. Droga przed domem jest żwirowa, ale rzadko przejeżdża nią jakiś samochód. Ostatnio jechali tędy oni z tatusiem.
*
Dalecy oni wszyscy od oceniania innych byli i rzadko się ze swoimi opiniami ujawniali, ale nie bardzo im ten mąż Elusi do gustu przypadł. Za głośny jakiś był. I taki… delikatny mało. Dosadny. Z nikim i z niczym się nie liczył. Tylko ze sobą. Prawdę w oczy bez pardonu mówił, ale słuchać jej o sobie – nie chciał.
Prawie obrazą się ta wizyta skończyła, choć Elusia – dobre dziecko – łagodziła, jak mogła…
*
Kiedy stanął na progu, myślała, że ducha zobaczyła. Zasłabła, a kiedy się ocknęła, a on nie zniknął i tak nie uwierzyła.
„Nie umarł! – krzyczało w niej wszystko. – Nie umarł!”
Zabrał ją do tego miasta najpiękniejszego na świecie, co kiedyś o nim marzyli oboje, a świat się jakby cofnął i znów miała czternaście lat.
Już nigdzie nie musieli się spieszyć. Znowu byli tylko ze sobą i tylko dla siebie. Mieli tę miłość o smaku pieczonych kasztanów i mokrego betonu…

Koniec części pierwszej.