Obrazki. Bartek.

Kocham ją – myśli i z nienawiścią wsłuchuje się w posapywanie siedzącej obok Agaty. Nawet na nią nie patrzy. Przez te piętnaście lat małżeństwa dość się naoglądał jej chytrych oczek i garbatego nosa. Bartek uśmiecha się złośliwie. Przymyka oczy i próbuje przegonić z myśli obraz żony. Patrzeć już na nią nie może. Na tą pomarszczoną szyję z małymi brązowymi plamkami, na te porowate policzki, na których pod światło wyraźnie widać rosnące włoski. Na ten jej szpiczasty, lekko asymetryczny podbródek.
Stare próchno – prycha i stara się przywołać twarz Ramony. O, bo Ramona…
Poznał ją kilka miesięcy temu… Mieli spotkanie służbowe i ona podeszła z dzbankiem wody i szklankami na tacy. Był zaaferowany nowym kontraktem, co nie przeszkodziło mu dostrzec jej ślicznej buźki i figlarnych oczu. Spojrzał na nią z zainteresowaniem i podziękował, a ona uśmiechnęła się radośnie i odeszła na tych swoich, sięgających nieba nogach, kolebiąc biodrami…
Po spotkaniu natknął się na nią w windzie i – zagaił. Nie była przeciwna spotkaniu, co nawet trochę niemile go zaskoczyło, nie zaprzątał sobie tym jednak długo głowy, zerkając w komórkę, na którą puściła mu strzałkę. Tak właśnie powiedziała, gdy poprosił o numer telefonu: „Puszczę ci strzałkę.”…
Bartek uśmiecha się i do jego uszu dochodzą szmery z zewnątrz.
Foka się rusza – domyśla się i odczuwa wielką irytację, że Agata przerwała mu rozmyślania.
Zaraz się zacznie – sarka w myślach. Istotnie – po chwili słyszy jej głos.
- Ale jestem zmęczona. – stwierdza Agata i śmieje się wesoło.
Idiotka… I z czego ona tak się cieszy? Zauważa, że gdy Agata się śmieje, wokół jej ust pojawiają się drobne zmarszczki. Uznaje je za obrzydliwe.
- A co u ciebie? – zagaja go, kładąc na pufie nogi.
- Dobrze… – mruczy, bo musi coś powiedzieć i patrzy z niesmakiem na jej lekko opuchnięte kostki. – Malicki bąkał coś o premii… – dodaje i sięga po pilota.
- Gratuluję! – śmieje się znowu.
O Boże! – krzyczy Bartek w myślach, bo zmarszczki opanowały też okolice oczu i nosa. Na szczęście – ekran telewizora migoce i może z czystym sumieniem odwrócić wzrok od jej starej twarzy.
- Cieszysz się, co? – Nawet jej głos jest irytujący. Jakiś taki skrzypiący, zbyt wysoki.
- Cieszę… – warczy i zatapia wzrok w ekranie.

Agata wróciła do domu zmęczona ale zadowolona. W przedpokoju z ulgą zrzuciła szpilki i przemknęła w płaszczu do kuchni.
- Jesteś? – zakrzyknęła po drodze. Odpowiedziała jej głucha cisza.
Zamęcza się – pokiwała głową, porządkując przyniesione zakupy. Zerknęła raz i drugi na wiszący nad drzwiami kuchni zegar i stwierdziła, że Bartek powinien być w domu już od godziny.
Pewnie znowu ten Malicki coś na niego zwalił – pomyślała ze współczuciem. – Nic to! Przetrwamy!
Postanowiła ugotować coś dobrego. Ostatnio ona też miała w pracy gonitwę i trochę zaniedbała domowe obowiązki.
Może owoce morza? – pomyślała, zerkając na porcję krewetek. Uśmiechnęła się i raźno zabrała do pracy.
Dobra kolacja, jakieś wino, a potem… – rozmarzyła się. Westchnęła. Schowała do lodówki przygotowane porcje i poszła do łazienki. Z lustra nad zlewem uśmiechały się do niej usta trzydziestoczterolatki.
Nie jest źle – skonstatowała, patrząc na jędrne jeszcze policzki, błyszczące, zielone oczy i pełne usta. Szybkim ruchem przeczesała krótką rudą czuprynkę i uśmiechnęła się do swojego odbicia.
No jasne, że nie wyglądam już jak nastolatka – stwierdziła, przyglądając się ledwo widocznej, poziomej zmarszczce na czole – ale przecież nie to jest w życiu najważniejsze…
Usłyszała trzaśnięcie drzwi i po chwili witała się z Bartkiem.
Po kolacji szybko sprzątnęła ze stołu i wróciła do pokoju. Bartek bezsensownie obracał pilota i wpatrywał się w tak zwaną siną dal. Nie zaniepokoiło jej to. Nigdy nie należał do szczególnie rozmownych, a po posiłku lubił sobie pomilczeć.
„Trawię, Aguś.” – mawiał, a ona śmiała się i nazywała go swoim udomowionym wężem, co im obojgu przywodziło na myśl dość frywolne skojarzenia…
Agata zamyśliła się. No właśnie… Kiedy właściwie ostatni raz się kochali?
Pytanie wypłynęło tak nieoczekiwanie, że aż się żachnęła.
Dawno. Niepokojąco dawno… pół roku temu? Osiem miesięcy?
To prawda, że oboje byli ostatnio przemęczeni, ale kiedyś to im nie przeszkadzało…
- Bartek… – zagaiła nagle. Nie usłyszał. – Bartek! – powtórzyła głośnej. – Spojrzał nieprzytomnie. – Jak w pracy? – spytała, żeby od czegoś zacząć.

Jezu! Jaka ona jest piękna – myśli Bartek i nie może opędzić się od wspomnienia wilgotnych warg Ramony.
Zadzwonił do niej już po dwóch dniach. Ucieszył się, bo poznała go od razu. Od razu też umówili się na wieczór i – po paru kieliszkach wina – poszli do łóżka.
No, nie spisał się wtedy za bardzo, ale tak podniecił go jej twardy brzuch i młode piersi, że… Na szczęście nowa fala pożądania napłynęła dość szybko, więc mógł się zrehabilitować i zetrzeć jej z twarzy ten zawiedziony grymas…
Kochali się z przerwami całą noc i sam był zdumiony tym swoim wigorem. Na drugi dzień poszedł do pracy niewyspany ale szczęśliwy. Agacie nakłamał, że miał nagły wyjazd na jakieś zadupie. Wysłał krótkiego smsa i wyłączył telefon. Nie dzwoniła, zresztą, do niego, ufała mu…
Znowu czegoś chce – irytuje się, patrząc nieprzytomnie na Agatę. – A! Że późno…
Stoi tuż przed nim i znowu się uśmiecha.
Co ona na siebie włożyła? – wykrzywia się w duchu. – Czerwona, atłasowa koszulka! Czy ona naprawdę nie zdaje sobie sprawy, jak w tym wygląda? Te kościste ramiona, chude ręce… Ten obwisły biust… Obrzydliwość… I jeszcze te twarde kolana wystające spod czerwonego rąbka… Ohyda…
Bartek nie może patrzeć na te jej kretyńskie usiłowania, by zaciągnąć go do łóżka. Czy ona nie rozumie, że takie stare baby powinny grzecznie czekać na faceta w sypialni, szczelnie okryte kołdrą i przy zgaszonym świetle…
- Zaraz się kładę… – burczy.
Agata odchodzi, a on siedzi jeszcze, mając cichą nadzieję, że jak co noc ona – zmęczona – zaśnie…
W końcu decyduje się położyć. Na palcach skrada się pod sypialnię i wsłuchuje w równy oddech Agaty.
Wraca do dużego, wyłącza telewizor i zrzuca z siebie ubranie. Potem przemyka do sypialni i ostrożnie wsuwa się do łóżka. Agata mruczy coś przez sen i wolno wyciąga rękę. Bartek kurczy się i po chwili czuje bezwładne uderzenie opadającej na kołdrę ręki. Oddycha z ulgą. Odwraca się do żony plecami i próbuje zasnąć…

Po kolacji Agata szybko uporała się z porządkiem w kuchni i na palcach przemknęła do łazienki. Wzięła długą, relaksującą kąpiel i odprężona wyszła z wanny. Wytarła się szorstkim ręcznikiem i stanęła nago przed dużym lustrem. Spojrzała na siebie krytycznym wzrokiem.
Figurę miała jeszcze całkiem całkiem. Była szczupła, miała ładny płaski brzuch i niezbyt duże piersi. Czas obszedł się z nimi dobrze – wciąż były kształtne i jędrne. Miała ciemną karnację, którą podkreślała lekka opalenizna. Nawet skóra była gładka i delikatna, a po kąpieli zaróżowiona i pachnąca. Do nóg Agata nie miała szczególnych zastrzeżeń – problem z celulitem jej nie dotyczył, może tylko uda były trochę zbyt szczupłe, ale takie się właśnie zawsze Bartkowi podobały.
Nad pośladkami można by trochę popracować – pomyślała z uśmiechem. – Ale i tak nigdy nie będą pełne i okrągłe.
Nałożyła balsam i zaczekała, aż się wchłonie. Potem zdjęła z wieszaka koszulkę i przymierzyła. Obejrzała się w lustrze z każdej strony i orzekła, że wygląda naprawdę seksownie. Przeczesała jeszcze włosy, użyła kilku kropel perfum, które dostała od Bartka i postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce…
Weszła do pokoju. Miała wrażenie, że Bartek drzemał w fotelu, więc nachyliła się. Wtedy nagle otworzył oczy. Przestraszył ją ich nieobecny wyraz.
- Kładź się. Późno już… – powiedziała cicho.
Nie odezwał się, więc po chwili wyszła.
Kładła się z postanowieniem, że tym razem na niego zaczeka…

Nieznośny jest ten zapach – myśli Bartek, przewracając się z boku na bok. Nie może spać. Nie może też marzyć o swojej Ramonie, bo perfumy, których użyła Agata nie pozwalają przenieść się do małego mieszkanka tamtej…
Od pamiętnej pierwszej nocy spotykali się co kilka dni. Nie rozmawiali za wiele. Przeważnie od razu przechodzili do rzeczy, co Bartkowi bardzo odpowiadało. Nigdy nie miał zbyt wiele czasu. Ramona zdawała się to rozumieć i nie robiła fochów. Nie słyszał też od niej wymówek na temat żony, o której powiedział jej jeszcze tamtej pierwszej nocy. Oznajmiła wtedy, że to jej nie przeszkadza…
Kochał w niej właściwie wszystko, była idealna…
Bartek wyobraża sobie jej półotwarte usta, które dają mu tyle rozkoszy i nieopatrznie przekręca się na łóżku. Trafia na chude ramię Agaty i kolejną wizję diabli biorą. Wścieka się. Ma ochotę szarpnąć to nagie ramię i zepchnąć Agatę z materaca… Opanowuje się w ostatniej chwili, gdy nagle w mrok pokoju wdziera się błysk reflektorów z ulicy. Oświetla Agatę. Śpi z rozrzuconymi rękoma. Nogi ma lekko rozchylone, krótką koszulkę zadartą. Agata jest bez bielizny, dostrzega więc jej zupełnie nagi wzgórek.
Ogoliła się – myśli i wstrząsa nim obrzydzenie. – Co za kretynka!
Jakich jeszcze sposobów zamierza się imać, by zaciągnąć go do wyra. Jest żałosna. Po prostu żałosna! Czy ona nie rozumie, że nigdy… nigdy już nie dorówna Ramonie… to jej ciało w stanie rozkładu… skóra cuchnąca starością… szorstkie łokcie i pachy… Pomarszczony dekolt i obwisłe piersi…

Agata długo nie mogła zrozumieć, czemu obudziła się w szpitalu. Jedyne, co czuła, to potworny ból głowy…
Pamięć wracała powoli… Na początku były to tylko urywki, zupełnie niezborne okruchy, które wydawały jej się fragmentami jakiegoś kiepskiego kryminału…
Jedno tylko nie chciało się zgadzać – bohaterami tych scen byli ona i Bartek…
Ona – wyrwana ze snu… Jakaś kłótnia… Wrzaski… Szarpanina…
A potem dziwna miękkość całego ciała i coś ciepłego zalewającego twarz… Trzaśnięcie drzwi… Ogromny wysiłek przy sięganiu po telefon…

*
Bartek leży w łóżku i wsłuchuje się w rzężący oddech foki. Te charkoty przeszkadzają mu wywołać w pamięci obraz twarzy Wiktorii. Z nienawiścią zerka na Ramonę. Światła przejeżdżającego samochodu rzucają blask na jej półotwarte usta. Bartek krzywi się, siada na łóżku i ostrożnie sięga po nocną lampkę…

Obrazki. Andzula.

Kiedy się Kasieńka rodziła, jasne słoneczko na niebie przyświecało i cisza była taka, że ni jeden listeczek nie drgnął nawet, ni jedna trawka się nie skłoniła. Tylko te ptaszyny w gaiku słodko kwiliły. Tylko te pszczółeczki robotne mięciuchno brzęczały. I zdało się matuchnie, że w kasieńkowych oczkach modrych cały ten piękny dzionek się odbija.
Radości też w chałupie co niemiara było…
Kasieńka, niby ten skowronek na pociechę ludziom śpiewający, słodka i wesoła była…

Inaczej całkiem sprawy się miały trzy lata nazad, kiedy matuchna Andzulę powiła. Dzień, choć z rana słonkiem błysnął, kiedy co do czego przyszło, chmurzyskami się zasnuł, a na pierwsze małanki trzaśnienie z bezlistnych drzew wroniska czarne się zerwały i łopotem skrzydeł złowieszczym, a krakaniem paskudnym przyjście na świat Andzuli obwieściły.
Takaż i ona była – posępna, niemowna, czarnooka…

Jak słońce i księżyc obie córy bartkowe były, choć z matki jednej i z ojca tegoż…
Kasieńka jak dzwoneczek szczerozłoty po obejściu się kręciła. Andzula niby ten wór pokutny po gumnie się snuła.
Kiedy podrosły panny – obie piękne i nadobne – Kasieńka zaraz moc kawalerów na usługi miała. Każden jeden z ochotą w oczęta zaglądał, za pulchne rączki ściskał i choć uśmiechu czekał. Nie skąpiła też tych uśmiechów Kasieńka, a i słowo dobre do wszystkich miała, choć serce w skrytości już dawno tylko dla jednego Jędrusia.
Bo i piękny ten Jędruś od sąsiadów był jak sokół jaki w niebie latający. Wysoki, w ramionach rozrosły, a od białych włosów jego aż jasno się pod powałą robiło…
I on nie od tego był, żeby za Kasieńką rozmiłowanym wzrokiem nie wodzić, w drobnej robocie nie ulżyć albo i w poważniejszej. Rodzice tako że przychylnie na Jędrusia patrzyli, choć przychylniej może i na tego Kubę, co to też na Kasieńkę łasym okiem spozierał. Matusine serce może i tam to jędrusiowe kochanie w tej swojej młodszej córce czuło, ale przecie nie jej było Bartkowi rady dawać. Mądry był z niego chłop, gorzałeczki częściej niż dwa razy na tydzień nie tykał, a i dla domu się starał, to co mu miała Marychna nad uchem brzęczeć…

A tak, jak Kasieńka się od zalotników opędzić nie mogła – Andzula – ni jednego nie miała. Może tam i w jej sercu jakiś nieborak się zawieruszył, ale tak po prawdzie najprawdziwszej, któren by do takiego dziewuszyska odwagę miał, choć i piękne było i robotne. Uśmiechała się Andzula mało, żeby nie powiedzieć, że wcale. A język ostry miała, jak, nie przymierzając, tatulowa brzytwa na pasku ostrzona. Żaden też tam nie śmiał do niej przemówić, żeby nie nazbierać i pośmiewiskiem na całą wieś nie zostać. Bo nie miała Andzula szacunku dla niczego – ani dla godności urzędowej, ani dla uczycielskiego rozumu, ani nawet dla skroni posiwiałej. A z zemsty, że sobie w kaszę dmuchać i przy robocie się podszczypywać nie dawała, przechrzcili ją chłopy Jędzulą. Za oczami, bo w oczy każdy jeden małmazjami usta plamił, licząc że może co uszczknie z panieńskiego wianka…

Zdarzyło się też pewnego razu, że Kuba, co to jedynakiem na tatulowych włókach był, zebrał się na odwagę i do Bartka o Kasieńkę wybrał się prosić. Rzecz nieobgadaną jeszcze była, chciał się więc na zaś w przychylności przyszłych teściów rozeznać, choć tu i ówdzie słyszał, że Bartek niechętny jemu nie jest.
Jak raz, Kasieńka z matuchną i ojczulkiem na wielki targ się wybrali, Andzulę na włościach zostawiając, coby dobytku pilnowała. Andzula nie od tego była, żeby po świecie się w niewygodach włóczyć i obce kąty wycierać, więc chętnie nawet została.
A że to na drogach niebezpiecznie w tamtych czasach bywało, syn sąsiadów – Jedruś towarzyszyć się im ofiarował.
Kuba tymczasem galanto przyodziany, coby teściowie przyszli wiedzieli, że nie na pludry bylekto przychodzi, ale poważny do ręki ich córy konkurent, w obejściu się zjawił.
Wypatrzyła też go Andzula z okna, jak przed chałupą stanął i w gałganek popluwszy, buty sobie do błysku glancował.
Uśmiechnęła się złośliwie, warkocze czarne przez plecy przerzuciła i na ganek nieśpiesznie wyszła.
Kuba, nie tę, której spotkać się spodziewał, ujrzawszy, stropił się nieco na początek. Zaraz jednak dwa głębokie wdechy wziąwszy, śmiało na Jędzulę popatrzył i zagaił:
- Witam pannę Annę najpiękniej.
Andzula główką mu wprawdzie na powitanie kiwnęła, ale w jej czarnych oczyskach ogniki jakieś złośliwe dojrzał. Jednako, że to chłop – jak powiadają – odwagą grzeszyć powinien, brnął dalej, choć skóra mu na karku cierpła:
- A tatulo doma?
- Nie. – odparła lakonicznie Andzula, o wierzeje się opierając.
- To może matusia szanowna? – dopytywał, choć może lepiej by zrobił, gdyby się na pięcie zawrócił i umknął. Ale znowu niechwacko mu było przed babą rejterować. Choćby i przed samą Jędzulą.
- Nie. – odparła po raz drugi Andzula i czekała, przypatrując mu się spod przymrużonych powiek.
Kubę zimny pot od tych ślepiów wiercących w duszy zalał, ale chęć ujrzenia Kasieńki ukochanej zwyciężyła i zagaił po raz trzeci:
- A panna Kasieńka może?
- Nie. – Po raz trzeci odparła Andzula.
Kuba sapnął głośno. Sam nie wiedząc – z rozczarowania bardziej, czy z desperacji.
- A kiedy będą?
- Nie wiem. – Padła kolejna odpowiedź, bo choć Andzula pewna była, że dopiero nazajutrz z wieczora powrotu rodziny może się spodziewać, interesu żadnego nie miała, żeby o tym całkiem obcowatemu człowiekowi paplać.
- To ja może zaczekam. – Odrzekł mocnym nagle głosem Kuba, bo już i w nim złość się powoli gotować poczynała. Wiedziała przecież Kasieńka, że dziś się tu wybierał, bo jej o tym napomknął na ostatnich tańcach w gospodzie.
Andzula bez słowa do ogródka go zawiodła i na ławeczce pod kasztankiem posadziła. A że to nieładnie było gościa samego zostawiać, przycupnęła po drugiej stronie na brzeżku i skromnie spuściła oczęta, od czasu tylko do czasu na Kubę zerkając.
Ten niecierpliwił się bardzo. Po sadku się rozglądnął, chałupę ze cztery razy od góry do dołu obejrzał. Z butów błoto znalezionym naprędce patykiem oskrobał. Nudno mu za Kasieńką było, co to jej się różowe usteczka nigdy ze śmiechu i świergotania nie zamykały.
- A jeśli pan Jakub pozwoli – odezwała się nagle niespodziewanie dziewczyna, której już może i ta cisza nadojadła – to się zapytać bym chciała, co to dziś taki aligancki zawitał. Nie szkoda to w dzień powszedni świątecznej odzieży łachmacić?
Może i Kuba jaką prześmiewczość w głosie Andzuli usłyszał, ale, że już w krańcowej frustracji był, tonu urągliwego udał, że nie rozpoznaje i żale, co się w nim z dawna zapiekły, wylewać przed Jędzulą począł.
Słuchała też tego skawęczenia babskiego Andzula czas jakiś, aż wreszcie nie strzymała i drobną piąstką w stół huknęła. Na to się Kubie usta zamknęły i zaraz na powrót w wielkim zadziwieniu otworzyły.
- Ja panu Jakubowi coś powiem od serca. – zaczęła Andzula niegłośno. – Kasieńka żoną pana Jakuba nie zostanie, choćby i panienką sczeznąć miała, bo serce dla kogo innego chowa, a uparta jest i ani tatulo, ani – z przeproszeniem – sam bies nie pomoże. Wszyscy to wiedzą i już się z pana Jakuba po bokach podśmiechują. A jak jeszcze wymiarkują, że panu Jakubowi panna przed oświadczynami z innym na jarmark uciekła, to żyć nie dadzą i chyba aż przyjdzie stąd panu Jakubowi uciekać… – popatrzyła na niego uważnie, a że słuchał w milczeniu, dodała – Ja dla pana Jakuba radę mam. Niech się pan Jakub mnie oświadczy i o moją rękę, jak tatulo jutro wrócą, poprosi, a to zamknie ludziom gębiska na zawsze… Ja panu Jakubowi obiecuję, że żoną dobrą będę i nudy przy mnie pan Jakub nie zazna…

Właściwie tak do końca sam Kuba nie pamiętał, jak to się stało, że – ocknąwszy się – przed Jędzulą klęczał i, za rączkę ściskając, o to, by jego żoną została, prosił.
Słowa też dotrzymał i na trzeci dzień z całą galanterią do rodziców Andzuli się wybrał i o jej rękę, jak poczciwemu kawalerowi przystało, poprosił, którym to uczynkiem trzy inne jeszcze serca uszczęśliwił, nie wiedząc i nawet o tym…

Ludziska we wsi czas jakiś ujadali, dziwując się też niemało takiemu konkurów zakończeniu, ale, że stadłu nieoczekiwanemu wiodło się nad wyraz pomyślnie – rychło przestali.

Lat też z Andzulą statecznych dożyli, doczekawszy się gromady wnuków i prawnuków, a Kuba – w cichości sobie takie losu obrócenie bardzo chwaląc – ani pary nigdy do nikogo z gęby nie puścił, że to jemu się Andzula pierwsza oświadczyła, a nie – on jej…

Z piątku na niedzielę. Płonąca żyrafa.

płonąca żyrafa

Powiedziałabym, że kwintesencją surrealizmu są te szamocące się mickiewiczowskie larwy ze Świtezi
Nic w tym dziwnego – wszak za jednego z mistrzów uważali surrealiści Comte de Lautreamont’a – romantycznego twórcę Pieśni Maldorora.
Niezdrowe podniecanie się dekadenckimi ciągotkami Dalego, czy też jego frustracjami onanistyczno-koprofilicznymi związanymi z falliczną symboliką z Freuda, robi się powoli żenujące… Mnie obraz zafascynował kolorystyką i dehumanizacją postaci.
Stanisław Grochowiak uczynił go pretekstem do ogłoszenia swojego turpistycznego manifestu:

Tak
To jest coś
Biedna konstrukcja człowieczego lęku
Żyrafa kopcąca się pomaleńku
Tak
To jest coś

Nie wydaje się to szczególnie zaskakujące – przy ascetycznej niemal oszczędności środków – wyjątkowe z tego obrazu w gruncie rzeczy paskudztwo. Zamierzone – rzecz jasna.
Ripostą na ów manifest była Oda do turpistów Juliana Przybosia, której maleńki fragment pozwolę sobie zacytować:

Zmykajcie! Zarządzam niniejszym
deratyzację Waszych wierszy
!

Uśmiałam się, ponieważ cenię inteligentne inwektywy, a jeszcze bardziej imponuje mi umiejętność uczynienia zarzutu z atutu [zawsze twierdziłam, że purnonsens się udziela...].
Czemu ma służyć ten przydługi wywód?
Ano słabo mi się robi na myśl o galopującej degradacji poczucia humoru.
Coraz częściej zauważam, że [manieryczny] dramatyzm Dalego, [karykaturalne] efekciarstwo Grochowiaka i [groteskowa] bufonada Przybosia – są brane zupełnie poważnie.
Oczywiście, nie mam zamiaru haftować teraz złotą nicią haseł w stylu: Ludzie, zdystansujcie się! O mniej zadęcia wołam!
Wolę oddać głos mistrzowi Grochowiakowi:

Tak
To jest coś

Coś co nas czeka
Użyteczne i groźne
Jak noga
Jak serce
Jak brzuch i pogrzebacz

Ciemna mogiła człowieczego nieba
Tak
To jest coś

Wspomnień czar. Ostatnia niedziela.

Kiedyś zapusty wyglądały inaczej.

Właściwie wszystko zaczynało się w niedzielne popołudnie. Tego dnia telefon dzwonił jakąś niepoliczalną ilość razy i po tej częstotliwości poznawało się, że przyszedł czas ostatków.
Przez następne dni było się świadkiem wielu rozmów, narad i ustaleń.
A potem nadchodził czwartek…
Tłustego czwartku kompletnie nie kojarzyło się z wielkim postem. Zapusty były słowem niezrozumiałym i niekoniecznie potrzebnym.
Zawsze miało się problem z kalendarzem, więc smażenia pączków i chrustu absolutnie nie identyfikowało się z żadnym dniem tygodnia.
Po prostu pewnego dnia wchodziło się do kuchni i widziało stojące na blacie słoiki z wiśniowymi konfiturami – to był znak, że właśnie dziś będą smażone pączki.

Czekało się na Tatę, ponieważ był to także jeden z nielicznych dni w roku, w którym… paliło się w kaflowym piecu. To stanowiło dodatkową atrakcję, ponieważ zawsze miało się obawy, że z powodu rzadkiego używania coś może się nie udać; obawy płonne i nieuzasadnione, ale zawsze dające jednakowy dreszczyk emocji.
Wiedziało się, że kiedyś piece były rzeczą powszechną i bardzo żałowało się, że przyszło nowe i wygodne w postaci centralnego ogrzewania i kaloryferów. Uwielbiało się przytulać do rozgrzanej kaflowej powierzchni, a najlepszą zabawą było wychwytywanie tego momentu, kiedy opuszkami czuło się milutkie ciepełko i odrywało palce od gorącej powierzchni, zanim ta zacznie parzyć.
Oczywiście nie mogło się oprzeć pokusie, by nie pogrzebać w dziwnym pojemniku na węgiel, co przeważnie kończyło się nieplanowanym szorowaniem. Poddawało się tym zabiegom z rezygnacją – usmarowanych od stóp do głów węglowym miałem obowiązywał bowiem kategoryczny zakaz wchodzenia do kuchni.
Dopiero, gdy pozytywnie przeszło się niełatwy test czystości, mogło się pokazać w przybytku robienia pączków.

Od tego momentu nie opuszczało się kuchni, żeby przypadkiem czegoś nie przegapić.
Na polecenie Mamy biegło się tylko jeszcze sprawdzić, czy wszystkie drzwi i okna są pozamykane, ponieważ wiedziało się, że pączki uwielbiają ciepło, nie znoszą zaś przeciągów i hałasu.
Wracało się do kuchni, zamykało za sobą drzwi i siadało przy stole.
Lubiło się patrzeć na robienie zaczynu. Podpatrywało się, jak Mama rozciera drożdże z cukrem, dodając po parę kropel ciepłego mleka i mąkę. Wsłuchiwało się w trzeszczące na ściankach kamionkowej kokilki kryształki cukru. Wdychało się kwaśny zapach rozczynu i patrzyło, jak cukier powoli rozpuszcza się w beżowej zawiesinie. Towarzyszyło się Tacie do dużego pokoju i asystowało w ustawianiu przykrytej bawełnianą ściereczką miski z zaczynem na piecu.
Po cichutku wracało się do kuchni, bardzo uważając, by nie trzaskać drzwiami i patrzyło się, jak Mama oddziela żółtka od białek, wsypuje cukier i robi ogromną ilość kogla mogla. Dostawało się kubeczek z własnym żółtkiem i ucierało się je mozolnie przez jakieś trzy sekundy, po czym oddawało Tacie i statecznie wychodziło załatwić jakąś strasznie poważną i niecierpiącą zwłoki sprawę. Snuło się po korytarzu i zastanawiało, czy już można bezpiecznie wrócić. Miało się nosa, więc zazwyczaj pojawiało się, gdy kubeczkowy smakołyk był prawie gotowy – jasny, puszysty, szumiący pęcherzykami powietrza. Odbierało się Tacie naczynko, zjadało jedną łyżkę i krzywiło niemiłosiernie, bo nigdy nie przepadało się za słodkim…

Kiedy zaczyn podrósł, przynosiło się go do kuchni i patrzyło, jak Mama dodaje do niego resztę składników – żółtka utarte z jajkiem i cukrem, mąkę i mleko, sok oraz skórkę z cytryny. Przyglądało się, jak Mama wlewa rum, wsypuje startą wanilię i szczyptę soli. Asystowało się przy wyrabianiu ciasta na lśniącą, gładką masę. Wdychało się specyficzny zapach drożdży z cukrem, który wybijał się ponad aromat rumu i cytryny. A kiedy ciasto zaczynało odstawać od misy, patrzyło się na żółte ścieżki masła, żłobiące na powierzchni delikatne kanaliki. Po powtórnym wyrobieniu ciasta szło się z Tatą do pokoju i patrzyło, jak stawia na piecu misę i otula ją szczelnie białą płachtą.

Kiedy ciasto na pączki rosło sobie w ciepełku, pomagało się przy robieniu chrustu.
Znowu przypatrywało się rytuałowi oddzielania żółtek i ucierania ich z cukrem, masłem i spirytusem, łączenia ze śmietaną i mąką. Obserwowało się wybijanie przez Tatę gładkiej masy drewnianym wałkiem, dopóki nie ukazały się w niej pęcherzyki. Po rozdzieleniu jej na kilka części, dostawało się swój kawałek i próbowało jak najcieniej rozwałkować. Następnie nożem ze specjalnymi ząbkami wycinało się dwu-centymetrowej szerokości pasy o ząbkowanych brzegach. Dzieliło się je na trzy krótsze, kilkunasto-centymetrowe kawałki i robiło nacięcie w środku każdego. Następnie przewlekało się jeden koniec przez wycięty otwór i układało na pergaminie. W tym czasie słyszało się, jak tłuszcz w garnku zaczyna strzelać i pierwsze faworki lądują we wrzątku. Wałkowanie i nacinanie nie było zbyt skomplikowanym zajęciem, po skończeniu miało się więc czas na obserwowanie, jak cieniutkie paseczki rumienią się i wypływają na wierzch. Patrzyło się, jak Mama wyjmuje je z tłuszczu i układa na papierowych płatkach do odsączenia. Dopiero, gdy przestygły, układało się je w misterne konstrukcje na półmiskach i przesypywało cukrem pudrem.
Z reszty rozwałkowanego ciasta wycinało się trzema różnymi szklanicami koła trojakiej wielkości, nacinało je po bokach, smarowało środki białkiem i łączyło, przyciskając mocno palcem.
Po wyjęciu ich z tłuszczu podziwiało się zapustowe róże – złociste, kuszące bąbelkową powierzchnią i koronkowymi brzegami płatków.

W międzyczasie sprawdzało się ciasto na pączki. Kiedy wyrosło należycie, przynosiło się je razem z Tatą do kuchni i zaczynał się rytuał formowania pączków. Patrzyło się, jak Mama dzieli ciasto na części i rozwałkowuje każdą na grubość dwóch centymetrów. Potem dostawało się szklankę i pomagało wykrawać krążki. Na środku każdego krążka umieszczało się łyżeczkę wiśniowych konfitur. Następnie próbowało się zlepić brzegi, patrząc jednocześnie z podziwem na Mamę, której ta sztuka wychodziła zawsze. Nim zlepiło się jednego, dwa pączki, przed Mamą leżała już zazwyczaj cała stolnica idealnie okrągłych cudeniek. Dokładało się swoje dzieło i maszerowało za Tatą, który kładł stolnicę z pierwszą, przesypaną mąką i przykrytą, partią na piecu. Potem razem z Tatą było się strażnikiem surowych pączków – pilnowało się, by nie wyrosły za bardzo, bo to groziło wycieknięciem nadzienia. Ponieważ zajęcie trąciło nudą, szybko wracało się do kuchni, i przyglądało, jak Mama przygotowuje kolejne partie.

Właściwie czekało się na moment, w którym wszystko będzie już gotowe, bo wtedy z reszty ciasta wykrawało się jeszcze kilka pączków z dziurką zrobioną kieliszkiem w szklankowym krążku.
Kiedy pierwsza stolnica wracała do kuchni, tłuszcz był już rozgrzany i patrzyło się, jak Mama wrzuca delikatne, żółte kule do specjalnego garnka. Słyszało się szum i podziwiało, jak Mama przewraca pół-brązowe kule na drugą, bladą stronę. Rozkładało się na blacie papierowe serwetki i wdychało aromat ułożonych na nich pączków. Od razu poznawało się swoje dzieło, ponieważ najczęściej było ono rozklejone i czarne od zapieczonej konfitury.
Gdy pączki ostygły, układało się je na okrągłych półmiskach i przesypywało cukrem pudrem. Nigdy nie robiło się do nich polewy, ponieważ nie było w domu amatorów na lukrowane pączki. Za to do wielkich obwarzanków ubijało się śmietanę.

Potem nakrywało się stół. Kładło się piękny, zupełnie biały obrus bez żadnych zdobień, rozkładało deserowe talerzyki i filiżanki. Na środku stawiało się półmiski z chrustem i pączkami, i czekało na gości.
Kiedy zjawiała się rodzina, biegło się do kuchni i pomagało Mamie ozdobić pączkowe obwarzanki. Kładło się je na oddzielnych talerzykach, na wierzchu umieszczało usmażoną małą kulkę, ozdabiało schłodzoną, bitą śmietaną z rękawa i posypywało startą uprzednio gorzką czekoladą, zmieloną kawą, orzechami i wiórkami kokosowymi. Wnosiło się je wraz ze świeżo naparzoną herbatą w dzbanku i można było wreszcie zasiąść do uczty.
Zazwyczaj ledwo dawało się radę zjeść swojego pączka z dziurką, na resztę smakołyków zaś już tylko smutno się popatrywało. Słuchało się rozbawionych krewnych, patrzyło na topniejące stosiki faworków i pączków i obiecywało sobie, że w przyszłym roku zje się wszystko. Samej…

Oczywiście o groźbach zapominało się natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki. Zapominało tym chętniej, że parę dni później przychodziła niedziela, którą uważało się za ważniejszą może nawet od czwartku.
Już od samego rana czuło się w domu atmosferę niepokoju i lekkiego pośpiechu. Po wstaniu dostawało się szybkie śniadanko i starało się nie przeszkadzać. Szło się do siebie i wytrzymywało jakieś koszmarnie długie dwadzieścia minut, a potem przemykało do kuchni.
Siadało się cichutko i przyglądało krzątaninie rodziców.
Patrzyło się na Tatę, który w głębi kuchni skrobał ryby. Obchodziło się go z daleka nie tyle ze względu na niezbyt miły zapach, ile z powodu współczucia biednym, małym rybkom, współczucia, które jakimś tajemnym sposobem znikało wraz z pojawieniem się złocistych dzwonków na półmisku.
Odwracało się wzrok i natykało na Mamę.
Wyrażało się chęć pomocy, więc dostawało się kokilkę, w której rozcierało się drożdże z cukrem, dodawało dwie łyżki ciepłej wody i trzy łyżki pszennej mąki, mieszało, a potem czekało się, aż roztwór podwoi swoją objętość i zaczną z niego iść bąbelki. Wtedy patrzyło się, jak Mama łączy białą pszenną mąkę z nieco ciemniejszą gryczaną, wlewa szklankę mleka i rozczyn i zagniata ciasto, które po przykryciu zanosi na ciepły piec.
Wracało się do kuchni i zostawiało się Mamę obierającą warzywa do wywaru, by towarzyszyć Tacie w ucieraniu twarogu.
W momencie, gdy wywar stał na ogniu, a twaróg był gładki, zaczynało się dostawać oczopląsu, nie bardzo wiedząc, czy towarzyszyć Tacie w czarach nad bulionem, czy Mamie w przygotowywaniu syrniczków.

Po głębszym namyśle odpuszczało się sobie wrzucanie do bulionu ryb i pozostawało przy stole. Lubiło się wsypywać do białej masy cukier i cynamon, wbijać jajka i patrzeć, jak składniki łączą się z serem. Potem dodawało się odrobinę mąki i namoczone w rumie rodzynki. Patrzyło się, jak Mama wykłada łyżką na wysypaną mąkę porcje luźnego twarogowego ciasta i delikatnie je przewraca. Nie mogło się wyjść z podziwu, kiedy z wielką wprawą wrzucała je na rozgrzany tłuszcz, a one wciąż były w jednym kawałku.
Rozkładało się papierowe serwetki i czekało, aż wsiąknie w nie nadmiar tłuszczu z rozłożonych rumianych krążków. Wtedy przekładało się je do żaroodpornego naczynia i wstawiało do ciepłego piekarnika, by nie ostygły.

Po około trzech godzinach przynosiło się ciasto na bliny. Patrzyło się, jak Mama dodaje pozostałą mąkę i ponownie je zagniata, a następnie odnosi na piec na kolejne dwie godziny.
W czasie, kiedy ciasto na bliny rosło, pomagało się w robieniu innych jeszcze placków, nazywanych dla odróżnienia blinkami. Musiało ono mieć konsystencję gęstej śmietany, więc suszone drożdże rozpuszczało się w dużej ilości ciepłego mleka i łączyło je z gryczaną mąką, jajkami i cukrem, a po dokładnym rozmieszaniu ustawiało na piecu, by placuszki po usmażeniu były puszyste.

Kiedy przychodził czas na sałatkę rybną, przynosiło się wyjęte z wywaru, ostudzone warzywa i patrzyło, jak rodzice sprawnie filetują ryby i kroją wszystkie składniki w drobną kostkę. Było się głównym mieszającym i bardzo się lubiło to odpowiedzialne zajęcie – mieszało się delikatnie marchewkowe sześcianiki z białymi kostkami selera i pietruszki, żółtawymi ziemniakami i kawałkami gotowanej ryby. Potem wszystko posypywało się zieloną, posiekaną pietruszką i doprawiało do smaku białym pieprzem i solą. Patrzyło się, jak Mama uciera specjalny sos z gotowanych ziemniaków i cebuli, doprawia go do smaku odrobiną czarnego pieprzu i soli i rozrzedza warzywno-rybnym wywarem. Wszystko pomagało się wynosić w zimne miejsce i niecierpliwie czekało na smażenie blinów.

Zanim jednak to nastąpiło, trzeba było dodać jeszcze do ciasta mleko, roztopione masło, żółtka i gęstą śmietanę, przyprawić do smaku solą i cukrem. Patrzyło się, jak Mama wlewa doń jeszcze pianę z białek i miesza wszystko, a następnie pozostawia w cieple na jakieś pół godziny.
Smażenie blinów i blinków odbywało się na dwie patelnie i nie miało się pojęcia, jak udaje się Mamie nie pomylić ciast. Uwielbiało się patrzeć, jak rzadkie ciasto zmienia się w cieniutkie okrągłe placki, które lądują w specjalnych salaterkach, tworząc pokaźną stertę.
Gdy wszystko było prawie gotowe, biegło się do pokoju i pomagało nakryć do stołu. Używało się tej samej porcelany i sztućców, co podczas Bożego Narodzenia i dzięki temu czuło się, że ten dzień jest naprawdę wyjątkowy.

Potem stało się w korytarzu i wpuszczało rodzinę, która ten jeden jedyny raz zjawiała się punktualnie. Odbierało się przygotowane przez innych placki i sałatki i zanosiło do kuchni.
Gdy już wszystkie miejsca były zajęte, wnosiło się ciepłe potrawy.
Z upodobaniem patrzyło się na placki, które musiały być okrągłe i złociste, bo miały symbolizować słońce, a jednocześnie – koniec zimy i początek wiosny.
Z ogromnym apetytem pochłaniało się wielkie krążki, które smarowało się cebulowym sosem, nakładało rybną sałatkę i zawijało jak naleśnik albo składało na cztery.
Uwielbiało się też słodkie syrniczki, suto polane kwaśną śmietaną i malinowymi konfiturami. Potem jadło się jeszcze cieniutkie blinki posypane cukrem pudrem albo posmarowane śmietaną.
Czuło się, że atmosfera pośpiechu całkowicie się ulotniła i z przyjemnością patrzyło się na uśmiechnięte twarze krewnych.
Słuchało się żartów i przekomarzań, wesołych wspomnień i opowieści o tych, którzy już w tym poczęstunku uczestniczyć nie mogli.

A potem następował najprzyjemniejszy chyba moment – wszyscy wstawali, podchodzili do siebie, szeptali coś, dotykali swoich rąk i ramion, czasami obejmowali się i przytulali. Patrzyło się na wzruszone twarze, na kręcącą się czasem łezkę i czuło się, że ta ostatnia zapustowa niedziela jest naprawdę niedzielą wybaczania i pojednania…

Obrazki. Olga.

Siedzi pod stołem i przez oczka koronkowej serwety przygląda się szpiczastym kolanom w cielistych pończochach. Wąska szara spódnica sprawia, że kolana nie mogą rozejść się na boki i ciasno przylegają do siebie. Grube łydki wyglądają, jakby się przepychały. Opuchnięte lekko kostki ocierają się o siebie. Od czasu do czasu kolana unoszą się, a wtedy obcasy brązowych pantofelków odrywają się naprzemiennie od parkietu.
*
Co to była za radość, kiedy się te wszystkie okropieństwa skończyły. Podlotkami jeszcze były, to i nie bardzo rozumiały, co się na świecie działo, ale ten entuzjazm powszechny nawet one czuły.
Ludzie trochę odetchnęli i choć niby nic się nie rozstrzygnęło, to jakoś ufnie w przyszłość patrzyli. Nikomu łatwo nie było, bo wszystkim bieda zaglądała w oczy, ale nadzieja na lepsze jutro kiełkowała…
*
Przenosi wzrok na drugą stronę i dostrzega szczupłe łydki obleczone czarnymi pończochami. Koronkowy rąbek popielatej sukni powiewa delikatnie, a czarne czółenka tkwią nieruchomo w pozie na baczność. Te nogi są jej świetnie znane.
Jak również głos – niski, spokojny, wyważony. Głos Olgi.
Stara się prawie nie oddychać. I nie o to chodzi, że Olga by ją przepędziła. Nie. Olga doskonale wie, że ona siedzi pod tym stołem i podsłuchuje.
To ciotka Jaga jest zagrożeniem.
*
A potem emocje opadły i nastała zwykła codzienna szarość.
Papa markotniał coraz bardziej i przypatrywał się im ze smutkiem. A przecież i on nie chciał wierzyć, że z dnia na dzień wszystko się może skończyć. W domu powtarzało się, że trzeba liczyć na zdrowy rozsądek i modlić się, by nie doszło do najgorszego, bo wtedy… Nie wiadomo, co się może stać…
*
Olga jest dobra. I piękna. Ma czarne oczy, prosty mały nos i drobne usteczka; ciemne brwi wyrażające stanowczość i łagodny podbródek. Czarne włosy upięte w kok, który podkreśla kształtną głowę. Ma gładką, cieniutką szyję i przepiękne ramiona. To ją kiedyś chciał malować Chagall. Tak, ten właśnie sławny Chagall, chociaż wtedy jeszcze taki sławny nie był. Ale nawet gdyby był najsławniejszy – papa i tak by nie pozwolił, bo dziewczęta kiedyś musiały się szanować. Więc pan Chagall przesłał tylko Oldze miniaturkę wraz z listem, który na szczęście nigdy nie trafił w ręce papy, bo pewnie skończyłby w ogniu.
*
Niby młode jeszcze były, nie aż tak jednak znowu, by niepokojących znaków nie dostrzegać. Z półsłówek, bo o pewnych sprawach w domu otwarcie rozmawiać nie było można, wnioskowały, że niedobrze się dzieje.
Nie po to też papa na guwernerów wydawał, żeby się panienki tylko w romansach rozczytywały. Gazet nigdy nie brakowało, a i na mieście coraz bardziej huczało. Tak całkiem przecież naiwne nie były.
A kiedy papa zarządził, by na jakiś czas jeszcze w letnim domu pozostały, zatrwożyły się nie na żarty…
*
Widzi, jak Szpiczaste Kolana poruszają się gwałtownie, a brązowe pantofelki przytupują niecierpliwie. Po chwili słychać kliknięcie torebkowego zamka i szelest papierka. Potem Szpiczaste Kolana znikają jej z oczu. Słyszy kroki Olgi i skrzyp wieczka od pozytywki… Jeden… Drugi…
Następnie Olga podchodzi do stołu i robi porządek.
Nagle otwierają się drzwi i słyszy kłapanie podeszew. Po chwili w koronkowych otworkach pojawiają się obleczone grubymi granatowymi rajtuzami chude kolana, ręka sięgająca do serwety i wykrzywiona grymasem wściekłości twarz.
- Hier sind Sie, junge Dame! – syczy ciotka Jaga i mocno chwyta ją za ramię chudymi palcami.
Nie opiera się. Posłusznie wychodzi spod stołu.
*
Kiedy wróciły wreszcie do miasta, w domu nowe porządki zastały. I dnia nie było, żeby się mężczyźni wieczorami w gabinecie papy nie zbierali i nie radzili nad czymś.
A choć nieprzyjęte było, żeby młode dziewczęta z mężczyznami o pewnych sprawach rozmawiały, po coś przecież tę inteligencję i wdzięk miały. Wprost nie pytając, umiały wiele się dowiedzieć. Z młodymi zawsze łatwiej szło, ale naprawdę ważne informacje tylko od tych starszych uzyskać można było…
A i papa – choć niby bronił się przed tymi indagacjami – przecież coś tam zawsze dla świętego spokoju, a może i z troski – napomknął…
*
Ciotka Jaga nie jest taka piękna jak Olga. Ma siwą, krótko przystrzyżoną czuprynę, surowe niebieskie oczy, brzydki nos i zawsze zaciśnięte usta. Jest chuda i granatowa. Kanciasta i płaska. Nie ma w sobie miękkości Olgi, choć są siostrami.
Ciotka Jaga każe się nazywać Tante Hedwig i mówi tylko po niemiecku. A chociaż świetnie zna język polski, nie używa go nigdy.
Jeśli ktoś z domowników zwróci się do niej po polsku – udaje, że nie rozumie.
Można rozmawiać z nią także po rosyjsku, ewentualnie – po francusku…
Uparta jest i wredna. Za używanie polskiego można za karę nie dostać obiadu albo podwieczorku… Bo ciotka Jaga nie uznaje kolacji. Mówi, że jest ungesund.
*
Coraz gorzej zaczynało się dziać. Kotłowało się wokół i nikt w pozorny spokój już za bardzo nie wierzył.
Papa coraz częściej przebywał poza domem. Wpadał jak po ogień. Przeważnie późnym wieczorem. Nazajutrz z samego rana już go nie było. Wszystko spoczywało na ich barkach. Niby były przyzwyczajone, ale te ciągłe wyjazdy nie wróżyły niczego dobrego…
*
Stoi teraz przed ciotką Jagą ze spuszczoną głową i udaje, że jest jej przykro, że znowu złamała zakaz i wlazła pod stół. A ciotka Jaga wcale nie udaje, że jest wściekła. Tym swoim wysokim, chłodnym głosem oznajmia zimno:
- Heute gehen Sie zu Bett ohne Nachtisch, mein Fraulein! – po czym każe odejść.
Odchodzi więc, rzucając przelotne spojrzenie Oldze, która uśmiecha się do niej krzepiąco.
Nie martwi się. Wie, że Olga zawsze ją poratuje ciastkiem albo pączkiem.
*
Aż przyszło najgorsze…
Kiedy uciekały, nie miały pojęcia, że to już na zawsze. Myślały, że gdy wszystko się uspokoi – powrócą do domu…
Czekały na wieści od papy, ale zamiast tego zjawił się on sam – ranny, ledwo żywy…
A potem do tego miasteczka ciągnęli też inni, bo miał tu powstać bastion przeciw tej strasznej sile. Niestety – plany spaliły na panewce…
Choć naiwność nędzą i głodem okupili, Bogu dziękowali, że im się ujść przed tłuszczą z życiem udało. Na szczęście papa dostał pracę w magistracie, więc nie było tak strasznie. Jakoś sobie radzili…
*
Olga nigdy nie zawodzi…
Siedzi w łóżku i przygląda się jej pięknym dłoniom. Jasnym i wąskim dłoniom o długich szczupłych palcach, które głaszczą okładkę książki. Olga – jak co wieczór – przyszła do jej pokoju. I jak co wieczór – przyniosła jej kakao i kilka herbatników w metalowym pudełku.
Ciotka Jaga nigdy tu do niej nie zagląda. I dobrze. Wystarczy, że przez cały dzień ją strofuje i poucza:
- Stehen Sie gerade, mein Fraulein!
- Knie zusammen, mein Fraulein!
- Ellbogen an Ihrer Seite, mein Fraulein!
Ciotka Jaga nigdy nie używa jej imienia. Zawsze nazywa ją „swoją panną”. Nawet kiedy żegna się przed snem, mówi:
- Schlafen Sie gut, mein Fraulein! A chociaż to niemiłe, trzeba wstać, uśmiechnąć się, odpowiedzieć:
- Schlafen Sie gut auch, Tante Hedwig! – i iść do siebie.
Olga jest inna. Przytuli. Pogłaszcze po głowie. Opowie coś…
*
Kiedy o rękę ciotki Jagi zaczął się starać starszy od niej, emerytowany wojskowy – nie myślała długo. Przyjęła oświadczyny i po ślubie przeniosła się parę uliczek dalej na swoje.
Byli zgodnym i chyba dość szczęśliwym małżeństwem, chociaż nie doczekali się dzieci. Wojskowy miał chore serce i zmarło mu się trzy lata po ślubie. Zostawił po sobie pokaźny mająteczek, więc ciotka Jaga mogła spać spokojnie.
*
Odkłada książkę. Ten francuski romans jest okropnie nudny i mnóstwo w nim dziwacznych słów, których nie zna. Ale nie chce robić przykrości Oldze, która przyniosła go jej w największym sekrecie, by mogła sobie poczytać przed zaśnięciem, bo tak robiły dziewczynki w czasach, gdy Olga była podlotkiem.
Czyta więc po parę zdań, biedząc się nad pisownią i okropnymi wyrażeniami. I myśli sobie, że strasznie nudne musiało być życie takich panienek z romansów, które nic innego nie robiły, tylko wyglądały wiadomości o ukochanym.
To nie dla niej. Ona by tak nie mogła – całe dnie siedzieć w saloniku, spacerować po alejkach i wzdychać.
Ale czyta, bo Olga lubi czasem pokonwersować o lekturze.
*
O Olgę też różni się starali, ale ona nigdy za mąż nie wyszła. Podobno miała narzeczonego, który zginął podczas tych strasznych wydarzeń. Ale o tym Olga nie chciała mówić. Czasami tylko wyjmowała spod bluzki staroświecki medalion, otwierała go i uśmiechała się czule. Ale robiła to tylko wtedy, gdy nie było w pobliżu ciotki Jagi. Bo ciotka Jaga bardzo się gniewała na Olgę. Zabierała jej medalion i ze złością nazywała wszystko głupimi sentymentami.
A Olga wcale się nie denerwowała, tylko wciąż uśmiechała się tym łagodnym uśmiechem, co doprowadzał ciotkę Jagę do zimnej furii.
W ogóle, Olga dużo się uśmiechała. I była wtedy jeszcze piękniejsza…
*
Po całym dniu często leży w ciemności z otwartymi oczyma i nie może zasnąć. Co roku przyjeżdża tu na trzy tygodnie wakacji. Nawet lubi tu być. Dom jest ładny, a za nim znajduje się kawałek ogrodu. W ogrodzie jest huśtawka i góra żółtego piasku. Rosną jabłonki, grusze i śliwy. Są dwie stare wiśnie i czereśnia. Z najsmaczniejszymi owocami na świecie – słodkimi i czerwonymi. Z tych czereśni Olga robi przepyszną galaretkę i sok. A z wiśni – konfitury. Ciotka Jaga piecze za to najlepsze szarlotki i placki śliwkowe. Olga zawsze ma dla niej schowany kawałek tej pyszności.
Oczy jej się same zamykają i w półśnie widzi Olgę w długiej, jasnej sukni i koronkowym szalu w ramionach jakiegoś przystojnego młodzieńca w mundurze.
*
Po śmierci męża ciotka Jaga nie wróciła do domu. Mieszkała sama i wtedy jeszcze była miłą, wesołą kobietą.
Olga, żeby trochę odciążyć rodziców, zaczęła dawać lekcje muzyki, bo papa dużą wagę przykładał do ich wykształcenia i wszystkie uczyły się gry na fortepianie, miały też lekcje śpiewu. Poza tym świetnie znały kilka języków. „W piśmie i w mowie” – jak to podkreślała ciotka Jaga.
Papa krzywo patrzył na pracę Olgi, ale nic nie mówił…
*
Ranek zawsze jest tu taki sam. Trzeba wstać „dwa kwadranse na ósmą” – jak mówi ciotka Jaga, umyć się, ubrać, nakryć do stołu i równo o ósmej zasiąść do śniadania. Przy śniadaniu nie można rozmawiać ani czytać. Trzeba siedzieć prosto i jeść obrzydliwą, rzadką kaszkę na mleku. To nie jest wcale takie łatwe, jak się wydaje – unieść łyżkę z wodnistą cieczą do ust nie pochylając głowy i nie odstawiając łokci na boki. Na początku bardzo jej nie szło. Książki spod pach wciąż wypadały i myślała, że nigdy się tego nie nauczy. Nauczyła się. Teraz nawet ciotka Jaga nie ma nic do zarzucenia jej manierom.
*
Potem znowu zaczęła się zawierucha i papa dostał powołanie. One zostały w miasteczku. Ciotce Jadze zarekwirowano dom i musiała wrócić na stare śmieci. To był straszny czas. Mogło się im żyć lepiej, ale nigdy żadna z nich nie pomyślała nawet, żeby podpisać ten okropny papier. Znowu musiały uciekać, ale dobrzy ludzie pomogli i na fałszywych papierach udało im się przeprowadzić w inne miejsce. Dla bezpieczeństwa – rozdzielono je. Ciotka Jaga z Olgą trafiły na małą wioseczkę i nie miały żadnych wiadomości o reszcie rodziny…
*
Kiedy zje, ma czas na swoje sprawy. Może wyjść do ogrodu, albo czytać w saloniku. Może też ćwiczyć wprawki na starym fortepianie pod okiem Olgi. Olga nigdy jej nie strofuje, więc lubi dla niej grać te śmieszne dziecinne melodyjki. Zabawa kończy się, gdy zjawia się ciotka Jaga. Najpierw nic nie mówi, tylko sapie. W końcu jednak nie wytrzymuje, podchodzi do fortepianu i gra poprawnie melodię, każąc jej powtarzać. I ona musi to robić tak długo, póki nie zagra zadowalająco. Godzi się na to, bo czasami ciotka Jaga siada potem przy fortepianie…
To, co robi z klawiszami wydaje się niemożliwe. I wtedy przestaje być tą wredną siwowłosą staruchą. Jej twarz się wygładza, usta uśmiechają i wygląda jak dobra wróżka.
Ale tak zdarza się bardzo rzadko.
Przeważnie poirytowana ciotka każe jej wstać i zamyka klapę ze złością. Wtedy lepiej zejść jej z drogi.
*
Pewnego dnia – tak po prostu – ciotka Jaga nie pojawiła się po pracy w domu. Na początku jeszcze się nie martwili. Dopiero, gdy syn jednego z gospodarzy przybiegł i powiedział, że została aresztowana. Olga nawet się nie zdążyła spakować. Tylko chustę i buty chwyciła. Wywieźli ją z wioseczki wozem pod zgniłą brukwią. Potem dali nowe papiery i koleją wysłali do większego miasta. Do końca już mieszkała przy rodzinie jako krewna ze wsi. Pracowała jako sprzątaczka w tamtejszym magistracie. Musiała mieć legalną pracę. Jej życie podzieliło się wtedy na dwa tory. Ten oficjalny i ten drugi, który w każdej chwili groził aresztowaniem.
Do końca nie wiedziała, co działo się z bliskimi…
*
Po obiedzie to ona musi pozmywać naczynia. Potem może znowu zająć się sobą. Najczęściej, gdy pogoda jest ładna, idzie do ogrodu, siada na huśtawce i przygląda się dzieciom bawiącym się za płotem. Nie dołącza do zabawy, choć bardzo doskwiera jej brak towarzystwa. Ale w tej jednej jedynej kwestii i Jaga i Olga są zgodne – nie wolno jej wychodzić na ulicę. A dzieciaki nie chcą bawić się w ogrodzie. Nie można po nim biegać, hałasować, można tylko grzebać w piasku albo bujać się na huśtawce. To nudne.
Oczywiście mogłaby nie posłuchać i po prostu wyjść, ale… Gdyby chodziło o ciotkę Jagę, nawet by się nie zastanawiała, ale Olga… Olga nie zasługuje na to, żeby ją aż tak martwić.
*
Kiedy wszystko się skończyło, Olga jako pierwsza wróciła do domu. Miasteczko nie było bardzo zniszczone. Tylko biedne i zaniedbane. Ich mieszkanie ziało pustką, nie było w nim mebli, sprzętów, nawet ubrań i naczyń, ale nikt go nie zajął. Zaczęła więc porządkować wszystko, czekając na innych.
Pierwsi wrócili rodzice. Byli wycieńczeni, chudzi, ale żywi.
O ciotce Jadze wciąż nie było żadnych wieści, więc kiedy po pięciu latach ta straszna, siwa zjawa stanęła w progu – po prostu jej nie poznali. Dopiero, kiedy przemówiła. A potem upadła na podłogę i bez trudu przenieśli ją na łóżko. Była lekka jak piórko.
Była też cała w strupach i ropiejących ranach; brudna i zawszona…
*
Raz. Jeden jedyny raz nie posłuchała i pobiegła za dzieciakami. Bawiła się wybornie nad rzeką i naprawdę była w swoim żywiole, mogąc wreszcie dokazywać i skakać. A później nadszedł wieczór i trzeba było wrócić. Ciotka Jaga nawet do niej nie wyszła, ale Olga siedziała po ciemku przy kuchennym stole i jej przygarbione ramionka, wstrząsane płaczem sprawiły, że nigdy już poza obręb tego ogrodu nie wyszła. Dostała wtedy spóźnioną kolację i musiała patrzeć na smutną twarz Olgi.
Ciotka Jaga ukarała ją tygodniem milczenia, co wcale jej nie zmartwiło. Ale Olga kazała jej Jagę przeprosić. Zrobiła to i, niestety, ich relacje wróciły do normy.
*
Ciotka Jaga chorowała bardzo długo. Myśleli, że umrze, ale dzięki ich opiece i staraniom wydobrzała na tyle, że mogła kręcić się po domu. Ale to już nie była ta energiczna, wesoła Jagusia, jaką znali wcześniej. Zrobiła się milcząca i oschła. Nigdy nie opowiadała, co ją spotkało, ale oni czuli, że to musiało być coś strasznego. Patrzyli na jej pokryte bliznami ciało, okaleczoną kobiecość, na zdeformowane paznokcie, powykręcane stawy. Patrzyli na jej bielmem zasnute oko i wielekroć złamany nos i nie śmieli pytać.
Nie mówili też nic, gdy na każdą nową twarz reagowała ucieczką i nigdy nie chciała wyjść za próg. W końcu przywykli…
*
Dziś pada deszcz, więc całe popołudnie spędza na czytaniu. Przez tę pogodę ciotka Jaga ma zły humor i nawet nie wyściubia nosa ze swojego pokoju. Olga siedzi w ulubionym fotelu i przegląda gazety, zaznaczając coś od czasu do czasu ołówkiem. Jest cicho i sennie. Zza okna sączy się niebieskawy półmrok, a przez szparę pod drzwiami – złotawa smuga.
Odrywa wzrok od książki i ukradkiem przygląda się Oldze. Nie może się nadziwić, że na jej twarzy nie ma nawet jednej zmarszczki.
*
Po jakimś czasie ciotka Jaga zaczęła nawet się odzywać. Jakoś wracała powoli do rzeczywistości, a oni cieszyli się, choć zrobiła się bardzo sarkastyczna i złośliwa.
Wciąż nie potrafiła opuścić domu, ale przynajmniej już nie zrywała się w środku nocy z potwornym krzykiem i nie stawała na baczność, bełkocąc jakieś urywane polskie zdania.
Jednego tylko nie potrafiła się oduczyć. W jej szafce, pod materacem i w różnych kątach odnajdowali skibki zeschniętego, czasami zapleśniałego chleba. Najpierw pozbywali się tych zapasów próbując tłumaczyć. Wreszcie… przestali.
Tylko Olga raz na kilka dni przeglądała wszystko po cichu i pozbywała się zapleśniałych kawałków…
*
Kręci się wokół Olgi. Wie, że niedługo będzie musiała opuścić salonik i czeka na odpowiedni moment, by ukryć się pod stołem. Nic nie umie poradzić na to, że Olga tak ją fascynuje. Pada deszcz, więc dzisiaj ciotka Jaga na pewno nie zjawi się i nie złapie jej na nieposłuszeństwie. Wystarczy zatem tylko wyczekać odpowiedniego momentu, który nadarzy się, gdy Olga pójdzie otworzyć drzwi.
Słyszy miły dla ucha dźwięk dzwonka i podnosi się z kanapki. Gdy Olga znika za drzwiami – daje nura pod stół.
*
Jakiś czas później ciotka Jaga wydobrzała na tyle, że zaczęła nawet pomagać w domu. Nie było jej łatwo – nigdy nie odzyskała straconego zdrowia, ale nie pieściła się ze sobą. A dzięki fortelowi Olgi zaczęła nawet wychodzić do ogrodu. Pierwszy raz stało się to, gdy Olga nie zerwała śliwek. Wiedziała, że Jaga nie pozwoli, by jedzenie się zmarnowało…
Po śmierci rodziców Olga powróciła do swojego zajęcia. I nawet była zdziwiona, że ktoś wciąż chce się uczyć gry na fortepianie. Z tych lekcji utrzymywała cały dom. Skromne to było życie, ale – nie narzekały.
Kiedy lekarz powiedział jej, że ma artretyzm – przepłakała trzy noce, bo to znaczyło, że nie będzie nawet za co opłacić rachunków…
*
Przez koronkowe dziurki przygląda się złotawym rajstopkom, które zabawnie marszczą się na szerokich kolanach. Ruda wełniana spódnica ciasno przylega do grubych ud, a brzydkie sandały na obcasie pobrzękują klamerkami.
Z góry dobiega ją spokojny, ciepły głos Olgi.
- Nie trzeba się martwić. Dobrze będzie. O Gwiazda… Widzi pani. To dobra karta. Szczęście zwiastuje. Pomyślność w planach. Nie trzeba się bać. Operacja konieczna jest. Tak karty mówią… I żeby doktora słuchać… Wyciągnie pani kartę… Cesarz… Widzi pani – mężczyzna, mądry, uczony, przyjaciel…
Siedzi pod stołem i słucha smutnego głosu, który skarży się Oldze na swoje życie. Widzi na szerokich kolanach spocone ręce z poogryzanymi paznokciami, które tarmoszą wilgotną chusteczkę.