Jestem jak kot…

Przyzwyczajam się do miejsca i wszelka myśl o przeprowadzce przyprawia mnie o palpitacje. Niestety – po dwóch latach muszę zmienić miejsce publikowania.
I – tak – mam już nowy adres:

https://kartkazbrulionu.wordpress.com/

Nie jestem zbyt dobra w te klocki i na razie udało mi się przenieść zawartość poprzedniego bloga na ten nowy.
Mam nadzieję, że powoli jakoś to wszystko sobie ułożę i uda mi się zaprowadzić nieco porządku w nowym miejscu.
Proszę zatem o cierpliwość i zapraszam, jeśli jeszcze macie ochotę do mnie zaglądać.

Pozdrawiam:)
Lena

Obrazki. Michał.

Leży w ciemnościach. Przez okno sączą się odgłosy miasta. Rozleniwione ciało poddaje się zwalniającemu rytmowi serca. W dali słychać turkot pociągu. Od czasu do czasu ciszę kawałkuje warkot samochodu. Trzeszczą rowerowe koła. Rozchwianym krokom towarzyszy bełkotliwa piosenka.
Otwiera oczy i obserwuje balet cieni pełgających na suficie. Niemal czuje słodkawy zapach krwi bulgocącej w żyłach. Drgająca firanka poszerza kontur karnisza. Uliczna latarnia rozsiewa się jodełką ławkowcowego włosia. Uprzędzona nitka pajęczyny wahadłowym ruchem wycina na białawej powierzchni szare kręgi…

Nikt. Nikt tak na nią nigdy nie patrzył. A może i patrzył, ale ona tego nie zauważała…
Spojrzała mu kiedyś prosto w oczy, a on pochylił głowę i uśmiechnął się,
zarumienił. Miał ciemną karnację i nie mogła przecież tego dostrzec. A jednak zobaczyła. Przeczuła. Że się zawstydził.
- Nie potrafiłem patrzeć na ciebie. Bałem się, że odgadniesz. Wszystkie myśli. Uczucia. Pokochałem cię od pierwszego spojrzenia.
To powiedział jej później. Dużo później. Najpierw po prostu natykali się na siebie. Myślała, że przypadkiem.
Ona nie powiedziała mu nigdy. Że zakochała się w nim, kiedy otworzył usta i wypowiedział pierwsze zdanie.

Poduszka chroboce chłodem piór. Roztrzepotane dłonie szukają oparcia. Napływające falami ciepło spływa jedwabnie, okrywając twarz od stóp do ramion i zsuwa się delikatnie, głaszcząc piersi, ocierając o podbrzusze i moszcząc między udami.
Przewraca się na brzuch i do ust przywiera powietrze o smaku tynku. Wspomnienie palców turla się między łopatkami i zatrzymuje we wgłębieniu pleców.
Wtula twarz w poduszkę, drażniącą podniebienie słodyczą krochmalu, szczypiącą w język cynamonem.
Szorstka woń bawełny wiruje w skroniach, sadowi się między brwiami. Stopy kurczą się, muskane wilgocią skradającą się przez otwarte okno. Włosie dywanu pręży się i zbija w szetlandowe obłoczki. Nad podłogą unosi się zapach wełnianego pyłu…

- Chodź – powiedział i odciągnął ją na bok. Nikt nie zauważył, że opuścili ogniskowy blask.
Poprowadził ją wtedy zarośniętą ścieżką w głąb lasu. Dotarli do polanki najeżonej pozieleniałymi od mchu kamieniami.
- To stary cmentarz – wyjaśnił.
Stąpała ostrożnie między wybrzuszeniami, badając wcześniej każdą nierówność. Stanęli naprzeciwko koślawego pagórka i przyglądali się skaleczonemu mchowi, brutalnie oddartemu z krzyża.
- Nie boisz się? – spytał, a kiedy pokręciła przecząco głową, dotknął jej ręki. Poczuła siłę i ciepło płynące z jego palców i nie cofnęła swojej.
Pierwszy raz trzymali się wtedy za ręce. Ona – w ogóle pierwszy raz pozwoliła na taki dotyk.

Jest bezpieczna. I szczęśliwa. Szczęściem, jakie dać może tylko bliskość ukochanej osoby. Wsłuchuje się w dialog oddechów. Leniwie odwraca się na bok i otula kołdrą. Miękka pościel migoce satynowymi refleksami. Na kark spływa woal ciepłego oddechu. Spina ją klamra ramion. Szorstka broda mości się w zakolu szyi i ramienia. Twarde podbrzusze przywiera do pośladków tak mocno, że wytłacza całe powietrze.
I wtedy tę rozkoszną bliskość gwałci jego głos:
- Kto to jest?

- Zemdlałaś – usłyszała, otwierając oczy.
Rozejrzała się. Wokół szumiał ciężki zapach macierzanki. Koronkowe bruzdy brzozowego pnia wgniatały jej boleśnie plecy, a ostry mech przebijał materiał dżinsowych rybaczek.
Pamiętała tylko, że zawędrowali nad małe jeziorko. Było upalnie, a bagienny zaduch przyprawił ją o zawrót głowy i nagle poczuła, że miękną jej kolana.
Wyniósł ją wtedy z tego Leśmianowego oczaru, jakby to było coś najzwyklejszego na świecie.
Opiekował się nią. Zawsze.
Chociaż właściwie nigdy nie spytał, czy tego chce. Nie musiał. Po prostu przychodził każdego dnia, a ona ze zdumieniem stwierdziła, że czeka. Czekała niecierpliwie i denerwowała się, gdy nie zjawiał się o ustalonej godzinie.
Nie mówili o miłości. Nie było między nimi żadnych wyznań, gorących słów, deklaracji. Nie wtedy. Przeważnie czas upływał im na rozmowach. Śmiali się dużo i dokazywali. Chodzili na spacery do pobliskiego parku, albo jechali za miasto i wędrowali polnymi drogami. Czasami przysiadali na przydrożnych głazach i patrzyli w niebo. Pokazywali sobie przepływające obłoki i odgadywali ich kształty.

Czuje, jak jej ciało sztywnieje. Kołdra robi się twarda i kanciasta. Poduszka ociera betonowo policzek.
Wysupłuje się z zaborczych objęć i odsuwa na odległy kraniec łóżka. Niby dzieli ich zaledwie trzydzieści centymetrów, ale w rzeczywistości są to dziesiątki pretensji, setki wymyślonych oskarżeń, tysiące podłych, niesprawiedliwych słów.
Szarpie się i uderza o ścianę. Porażający impuls przeszywa rękę od łokcia aż po palce. Nie zważa na to. Ten ból i tak jest niczym w porównaniu z tamtym, który wdziera się w płuca, dławi oddech i paraliżuje przełyk.
Nie może oprzeć się wrażeniu, że ślina zmieniła się w kolczastą kulę, a powietrze naszpikowane zostało okruchami szkła.
Leży na wznak i walczy o kilka kropel tlenu…

- Usiądź z tyłu – zaproponował, gdy stanowczo odmówiła karkołomnej jazdy z górki.
Któregoś zimowego dnia wybrali się na sanki. Najpierw tłukli się cuchnącym ropą autobusem, wciśnięci między woniejące zastałym potem i naftaliną ciała. Wysiedli na ostatnim przystanku i długo wędrowali zaśnieżoną drogą, nim znaleźli odpowiednie miejsce.
Zawsze czuła irracjonalny lęk przed sytuacjami, których nie mogła w stu procentach kontrolować. Wtedy też bała się zjechać z wysokiego stoku wprost na zamarznięte jezioro. Usiadła za nim i próbowała go objąć. Byli w grubych kurtkach i on musiał zdjąć swoją, żeby mogła wtulić się w jego plecy. Zaciskała kurczowo palce na jego bluzie. Mroźne powietrze świstało jej w uszach. Nie miała czapki, a kaptur zsunął się jej z głowy jeszcze przed nabraniem prędkości.
Zjechali bez problemu. Zsiadła z sanek i odeszła kilka kroków, bo mimo tego gwizdu usłyszała wyraźnie, gdy trzy razy krzyknął:
- Kocham cię!

Ma wprawę – nie pierwszy raz ich miłość tak się właśnie kończy.
Wie, że musi teraz mocno zewrzeć powieki i czekać, aż bolesny ugniot wyciśnie choć kroplę wilgoci, która rozwarstwi napierające, anektujące mózg projekcje.
Wstrzymuje oddech i zaczyna liczyć. Gubi się jednak zaraz, bo paskudny żal wdziera się w wymuszany spokój makabrycznymi obrazami. Korowody kolorowych, zębatych tarcz przetaczają się tuż przy skroniach. Wirują coraz szybciej, tnąc wszystko, co spotkają na swojej drodze. Po chwili są już tylko kołami podbarwionymi smugą odtlenionej krwi. Ścinają koniuszki uszu i wżynają się w ramiona, pozbawiając ciało rąk.
Otwiera oczy. Robi kilka płytkich wdechów i próbuje od początku. W końcu myśl uspokaja się, upodabnia do tafli rtęci, na powierzchnię której co jakiś czas wybijają z metalicznym pogłosem bąble…

- Już zawsze będziesz moją Gwiazdką – szepnął.
Stali bardzo blisko i oddychali szybko. Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Nie opierała się. Pod cienką sukienką nie miała bielizny. Zmoczyła opalacz wcześniej i nie wysechł. Przez wiotki materiał wyczuła jego poruszające się mięśnie. Tkwili naprzeciw siebie, a jego oczy były coraz bliżej i bliżej i wtedy pierwszy raz zauważyła, że mają ciemnozieloną barwę. Nie zdążyła się zdumieć, bo na ustach poczuła muśnięcie. Poddała się mu. Nie wiedziała, co zrobić z rękoma, więc złapała go za pasek i pozwoliła zagarnąć w objęcia. Zdążyła jeszcze tylko pomyśleć, że opisy, które uważała za bzdurę – wcale nie mijają się z prawdą, i – utonęła w rozkołysanym świecie…
Długo po zimowym wyznaniu nic się między nimi nie zmieniało. Wciąż spotykali się dzień w dzień. Najbardziej lubiła, gdy leżeli obok siebie na dywanie i czytali wspólnie jeden komiks, albo słuchali muzyki. Czasami wygłupiali się i tańczyli coś wolnego, ale zaraz ogarniał ich śmiech i romantyczny nastrój ustępował miejsca sztubackiej radości.
Wszystko zmieniło się tamtego czerwcowego wieczoru, gdy zgubiła klucze od domu. Wrócili nad czarodziejskie jeziorko i przepatrywali okoliczne zarośla. Znalazła je w kępce widłaku. Musiały jej wypaść, gdy się przebierała. Ucieszyła się i dała porwać mu na ręce i zanieść do jeziorka. Woda była płytka. Okręcili się kilka razy, a kiedy postawił ją na ziemi, wciąż wirowało jej w głowie.
Wracali w milczeniu, trzymając się za ręce i to właśnie wtedy doszła do wniosku, że mogłaby tak wędrować z nim wszędzie. Już zawsze.

Jakąż jest idiotką, że nadal wierzy w czcze obietnice.
Po prostu – chce wierzyć. To już tyle lat przecież. W szczęściu. W zgodzie.
Nie wyobraża sobie rozstania. Wciąż jeszcze ma nadzieję, że ta jego obsesja minie. Że wszystko wróci do stanu, kiedy byli szczęśliwi.
Otwiera ostrożnie oczy i przysłuchuje się miarowemu, płynącemu od lewej strony oddechowi.
Zza okna dochodzi łomot garażowej klapy. Skrzyp otwieranej bramy brzmi jak skarga. Jest noc i wszystkie odgłosy wyżynają się z mroku ze zdwojoną siłą. Szemrzący głos przywiewa zepchniętą w zakamarki pamięci scenę…

- Róża dla Róży – podał jej pąsowy kwiat i ucieszył się, gdy wtuliła twarz w drobne płatki. Uśmiechnęła się. Nigdy nie umiał mówić komplementów. Za to wszystko co robił, było piękne.
Czuła, że coś się zmieniło. Było nieuchwytne, ale wyraźne. Niby wciąż zalegiwali na dywanie jak para dzieciaków i zaśmiewali się do łez z językowych lapsusów. Niby nadal przekomarzali się w chwilach bliskości, ale coraz częściej kończyły się one gorącymi, ukradkowymi pocałunkami. Uściskami niecierpliwych dłoni i ufnym głaskaniem włosów.
Coraz częściej siedzieli przytuleni w blasku małej lampki i słuchali nastrojowej muzyki. Sączyli wino i milczeli, patrząc sobie wymownie w oczy.

Śpi. Chyba śpi…
Porusza się delikatnie i zamiera. Jej ruch nie wywołuje żadnej reakcji, więc powoli unosi się i przesuwa ku dołowi łóżka. Wstaje. Na palcach przemierza sypialnię i wchodzi w granatową przestrzeń. Pokój wita ją półmrokiem, w który wkradają się światła ulicy.
Bezszelestnie przemieszcza się do pokoju Małego. Śpi słodko na plecach z uniesionymi w górę rączkami. Rozsypane wokół jego twarzyczki włosy wyglądają jak słoneczne promyki. Cały jest migotliwym, tęczowym Promyczkiem.
Patrzy, jak Mały uśmiecha się przez sen i sama nie może powstrzymać uśmiechu. Pochyla się i muska ustami czoło. Dotyka otwartej łapki, która kurczy się w prenatalnym odruchu. Poprawia kołderkę. Mały wzdycha przez sen.
Przygląda mu się jeszcze chwilę i wycofuje cichutko…

Kuliła się pod ścianą i chowała twarz w kolanach. Hol był sino-biały, oświetlony jarzeniówkami. To światło sprawiało, że wszyscy wyglądali jakby byli chorzy. Skóra snujących się pacjentów nabierała żółtawego, trupiego odcienia. Na ich podsinionych rękach i twarzach wiły się brunatne liszaje. Pod oczyma pulsowały granatowawe worki, a wokół głów chybotały seledynowe cienie. Zza oszklonych drzwi dochodziły jęki i stękania. Ktoś pokasływał. Wtórował mu idiotyczny chichot kogoś innego.
Usłyszała szczęk klamki i szuranie butów. Gdy zatrzymały się naprzeciwko niej, nawet nie uniosła głowy. Wtedy otuliła ją fala ciepła, a kojący, ukochany głos szepnął do ucha:
- Wszystko będzie dobrze, Gwiazdko…
Wierzyła w to. Jeśli on tak mówił, nie miała żadnych wątpliwości, że jej tata z tego wyjdzie. Uniosła wtedy głowę i wyciągnęła ku niemu rękę. Przysiadł obok i mogła przytulić się do jego ramienia.

Schodzi na dół, z całych sił przytrzymując się poręczy. Pod lewą piersią czuje narastający ucisk. Nim dociera do kuchni, ból obejmuje już cały bok i lewą stronę pleców.
Opiera się o drewnianą framugę i każdą komórką przeczuwa, że kilka kroków bywa czasami dystansem nie do pokonania. Słowa szczękają coraz bardziej absurdalnym zlepkiem dźwięków. Nie-bo-po-ko-na-nia… nie-bo-ko-na-nia… nie-bo-ko-na… Zaciska zęby i odpycha się od odrzwi. Nieposłuszne ciało zatacza się w kierunku stołu. W ostatniej chwili udaje jej się wyciągnąć ręce i uniknąć uderzenia twarzą w blat.
Obrzydliwy, lepki pot żłobi ścieżki na czole. Czuje jego skwaśniały odór i myśli sobie, że tak właśnie pachnie strach.
Dłoń za dłonią wędruje po szkle i zmusza stopy do podobnego wysiłku. Wreszcie udaje jej się wymacać gałkę krzesła. Czyni potworny wysiłek i przesuwa je tak, by móc usiąść. Pot spływa po policzkach i przywiera do warg.
Przysiada i prostuje się lekko. Próbuje oddychać w rytm szemrzącej lodówki.
To dygotanie wdziera się w nią kolejną falą bólu.
Patrzy z nienawiścią na niewinny sprzęt i mozolnie podnosi się z krzesła…

- Zamieszkajmy razem – poprosił.
Był środek lata, a oni spędzali go na pewnej egzotycznej plaży. Oboje dostali się na wymarzone studia i rozpierało ich szczęście. Nie wyobrażali już sobie bez siebie życia. Wspólnie wynajęli kawalerkę. To był dziwny czas. Dobry? Tak. Na pewno.
Wreszcie udało jej się uwolnić od smutku. Wszystko było nowe. Inne. Tylko on – zawsze taki sam. Czuły. Kochany. Jak opoka.
Troszczył się o nią. Przychodził pod uczelnię, a potem spacerowali po mieście, zapuszczając się w najbardziej nieprawdopodobne zakamarki. Wracali do domu wymęczeni ale szczęśliwi. Bo to małe jednopokojowe mieszkanko – nie wiedzieć kiedy – stało się ich domem. Było im tam najlepiej na świecie.
Kochali się. I tylko to się liczyło.

Powtarzając wszystkie manewry w odwrotnej kolejności, dociera do drzwi i spogląda w prawo. Hol wydaje się jej nienaturalnie długi, ale musi dostać się do pokoju. Przymyka oczy i pełznie rękoma po ścianach i sprzętach. Pod stopami chrzęści wąski dywan. Ciemny dom przepowiada sobie pod nosem historię dnia. Od czasu do czasu wtóruje mu brzęknięciem któryś z bibelotów. Jakaś półka jęczy z aprobatą.
Rejestruje to wszystko mimochodem, skupiając się na znojnej wędrówce.
Wreszcie stopy rozpoznają wypukłość dywanowych róż i przesuwają się do rozłożystego fotela.
Piszczel opiera się o brzeg leniwca.
Osuwa się na kolana i przygina ku siedzisku. Wyciąga ramiona, wspiera się na łokciach i obejmuje fotel. Przybliża twarz i wbija zęby w leżącą na siedzeniu poduszkę.
Stara się myśleć o czymś miłym. O czymkolwiek. Że jutro jest sobota i będzie mogła dłużej pospać. Że zza okna dobiega szklany brzęk – to wiatr wydzwania na źle przymocowanym szyldzie sąsiadów posępny nokturn…

- Jesteś najważniejszą kobietą w moim życiu – powiedział, biorąc ją za rękę. Roześmiała się i odpowiedziała coś złośliwego.
Ślub był cichy i skromny. Wzięli go bez długich przygotowań, rozmów. Miała wprawdzie pewne wątpliwości. Chciała z nim być. Nie wyobrażała sobie nikogo innego, ale…
Nie naciskał.
Przekonał ją. Że ze względu na dzieci… Tak. Chcieli mieć dzieci. Czasami rozmawiali o tym. Myśleli o dwójce. Ale tak naprawdę – nie docierało do niej wtedy, że mogłaby zostać matką. Instynkt jeszcze się w niej nie obudził.
A przecież, kiedy się oświadczył, za trzecim razem przyrzekła, że zostanie jego żoną.
Powiedzieli sobie „tak” w Urzędzie, a później wyprawili wesele, na które nalegali rodzice. Zaprosili tylko najbliższą rodzinę i kilkoro przyjaciół.

Skronie rozsadza purpurowe uderzenie. Widzi książkę, w której ktoś przewraca strony. Każda dołożona kartka to kolejny płatek bólu. Próbuje odpędzić te wizję. Nie udaje jej się. Powoli wypuszcza z zębów fotelową poduszkę, podnosi się ostrożnie i zaczyna spacer po domu. Drobi w kretyńskiej pozycji, zgięta wpół, skurczona. Każdy oddech sprawia ból. Każde dotknięcie ziemi poprzedza ucisk tak potężny, że ma wrażenie, że ją zmiażdży. Najgorsze, że skurcze są coraz dłuższe i boleśniejsze.
Jej ciało jest klejkie od zgęstniałego potu.
W pewnej chwili zaczyna jej się wydawać, że stopy oddzielają się od reszty ciała i podążają naprzód. Ramiona idą w ich ślady, a na nich kolebie się jej głowa. Tylko tułów pozostaje na miejscu, pulsujący, unieruchomiony niewidzialnymi obręczami, niezdolny do ruchu.
Myśli, że odseparowany mózg powinien przestać cokolwiek odczuwać, ale tak się nie dzieje…

- Będę ojcem – roześmiał się i uniósł ją do góry. Dostrzegła przestrach w jego twarzy, gdy stawiał ją ostrożnie na podłodze. Tamtego wieczora dostała od niego pierścioneczek. Pasował do bransoletki, którą podarował jej po ich pierwszej miłości.
Niemal nie odstępował jej na krok. Dziewięć miesięcy ze stoickim spokojem godził się na wszystkie kaprysy. Cierpliwie znosił niedomagania. Pomagał. Był czuły i opiekuńczy.
Gdy wzięła w ramiona tę kruszynkę, przytuliła delikatnie i zajrzała w maleńką twarzyczkę…
Poczuła bijące pod kaftanikiem serduszko…
Cieszyli się. Cieszyli się jak wariaci.
Ułożyli sobie grafik, by oboje mogli skończyć studia. Nie było im ciężko. Potrafili iść na kompromis. Prawie się nie kłócili.
Więc kiedy? Kiedy pierwszy raz poczuła się osaczona?
To było już po powrocie do rodzinnego miasta.

Zastanawia się, jak długo chodzi już tak od okna do okna. Może powinna liczyć kroki albo oddechy. Zająć czymś znękaną jaźń. Spocone ciało jest lodowate i obrzydliwie lepkie. Ta lepkość wypełza plamami na krótką koszulkę, zasycha i łuszczy się płatami cuchnącej soli. Zamiast odpaść od materiału, wżera się w ciało i powoli pochłania je, zmieniając wszystko w cielisty proszek.
Kolejny atak uświadamia jej, że tak naprawdę to tylko jej wyobraźnia. Nie ma żadnych plam, odoru, kopców skrystalizowanej skóry. Istnieje tylko ten potworny, niedający się okiełznać ból.
Próbuje oddychać miarowo, bo to czasem pomaga. Nie chce znowu wzywać pogotowia. Tym bardziej, że nie wiadomo, co jej jest. Zrobiła wszystkie możliwe badania trzy razy. Nic nie wyjaśniły.
Nie chce też faszerować się środkami przeciwbólowymi. Nienawidzi tabletek. A lekarz z pogotowia, po obejrzeniu dokumentów może co najwyżej uraczyć ją zastrzykiem, po którym do kompletu przyjemności dochodzą krwawe wybroczyny wokół miejsca ukłucia…

- Wracamy.
To była ich wspólna decyzja. Tak, jak ta, że to on będzie pracował, a ona zostanie w domu, póki Mały nie pójdzie do przedszkola.
Nie była chyba typową mamuśką, bo się nie zaniedbała, nie przytyła. Czuła się szczęśliwa i spełniona. Łapała te chwile spokoju we własnym domu. Czas, kiedy nie musiała zrywać się na budzik i gnać do pracy. Zdążyła już poznać smak harówki, bo nie wyobrażała sobie, by na dłuższą metę pozostawać na utrzymaniu taty.
Nie czuła się wcale jak kura domowa. I tak przecież od bardzo dawna dbała o dom, gotowała, sprzątała. Te obowiązki nigdy nie przeszkadzały jej w nauce. Może po prostu była dobrze zorganizowana.
Po pracy on zawsze wracał na czas. Nie nudzili się w swoim towarzystwie. Przez pierwsze lata małżeństwa zjeździli we trójkę kawał świata. Nawet, gdy Mały poszedł do przedszkola, a ona do pracy – przynajmniej dwa razy w roku wyjeżdżali gdzieś dalej.

Świta. Jest już zmęczona tym dreptaniem. Poprzedni paroksyzm bólu trzymał zaledwie pół godziny i odpuścił. Czuje, że powoli, centymetr po centymetrze ból cofa się od łopatki i uwalnia znękane ciało. Jeszcze godzina, półtorej i zniknie niemal zupełnie. Będzie odzywał się tylko lekkim kłuciem w okolicach nerki albo dolnego odcinka kręgosłupa.
Przystaje i próbuje przyjąć pionową postawę. Czuje szarpiący skurcz pod żebrami i czym prędzej przygina się do poprzedniej pozycji.
Na podniebieniu przyczaja się gorzka suchość.
Podchodzi do kranu i nalewa sobie wody. Moczy usta, zwilża lekko język i krtań. Boi się pić zbyt łapczywie, by nie wywołać kolejnego ataku. Kiedyś już się tak zdarzyło. Nie ma pojęcia, czy picie wody miało na to jakiś wpływ, ale woli nie ryzykować…

- Nie możesz znaleźć kluczy? – usłyszała w jego głosie nutki, które ją zaniepokoiły. Jeszcze kilka pytań i zyskała pewność, że jej podejrzenia były prawdziwe.
A przecież nic tego nie zapowiadało. Znali się tak długo…
Pierwszy raz zarzucił jej zdradę, gdy poszli do restauracji na obiad. Orzekł, że kelner dziwnie na nią patrzy i zasugerował, że coś musi ich łączyć. Roześmiała się wtedy. Myślała, że żartuje i nie przejęła się jego słowami zupełnie. Tym bardziej, że po chwili próbował obrócić wszystko w żart. Przyjęła tę wersję bez zastrzeżeń.
Potem próbował łączyć ją z kolegą z pracy, innym razem – ze swoim dalekim kuzynem. Zaniepokoiła się dopiero, gdy wypłynęło imię jego przyjaciela z dzieciństwa.
Przeprosił ją jeszcze tego samego wieczora i wszystko wróciło do normy.
Kochali się przecież wciąż i miała nadzieję, że okres scen bezsensownej zazdrości minął bezpowrotnie. Że pozostanie tylko niemiłym wspomnieniem.

Snuje się z kąta w kąt i przypatruje rycinom wiszącym na ścianie w holu. Na jednej jest lewitujący święty Gabriel. Na innej – Matka Boska Patronka Wszystkich Potrzebujących. Przypomina sobie usłyszany gdzieś zabobon, jakoby powieszenie na ścianie obrazka z wyznawcą Mojżesza miało zapewnić domowi dostatek. Uśmiecha się. Robi jeszcze kilka kroków i spogląda na dziwne, nieistniejące kwiaty. Przystaje i czuje mikro-eksplozję bólu. Nie jest to ten niemal uniemożliwiający oddychanie chwyt. Raczej seria skurczów czy dźgnięć, podobnych do pulsowania serca. Mimowolnie zaciska ręce i ponawia swój znojny spacer…

- Albo – praca, albo – ja! – postawił ultimatum.
To wybuchło po dwóch latach. Była tak zdumiona potokiem żali wylewających się z niego, że – zaniemówiła. A choć nie wyobrażała sobie, by miała zamknąć się w czterech ścianach – nie potrafiła zareagować rozsądnie i… chyba popełniła jakiś błąd. A może po prostu nie umiała. Nigdy nie zetknęła się z czymś takim ani we własnym domu, ani – wśród krewnych.
Nie potrafiła odpierać jego bezsensownych ataków, irracjonalnych podejrzeń.
Najpierw próbowała walczyć, coś udowadniać, tłumaczyć. Potem – oklapła.
Cofnęła się i zamknęła w sobie. Nie zaprzeczała. Nie potwierdzała. Gdy zaczynał tokować, ubierała Małego i wychodzili z domu. Doganiał ich za pierwszym zakrętem i wędrował labiryntem uliczek, kilka kroków za nimi. Albo jeździł, niemal trącając jej zderzak. Nie uciekała od niego. Nie próbowała zgubić. Po prostu jechała w obrane miejsce i udawała, że go nie widzi.

Bicie dzwonów uświadamia jej, że jest za kwadrans szósta.
Bolesne spazmy ucichły ponad godzinę temu. Jeszcze się waha, ale wyczerpany organizm domaga się snu, więc cichutko stawia stopę na schodku. Przez wertikale wielkiego okna przedziera się słaby blask. Oranżowym pastelem kładzie się na stopniach i odbija od ścian.
Przechodząc obok regałów muska kilka woluminów. Wchodzi w granatową przestrzeń i kieruje się do pokoju Małego. Śpi na brzuszku z szeroko rozłożonymi łapkami i wypiętą pupą. Podchodzi i dotyka miękkich włosków. Widzi drżenie policzka i unoszący się w nieświadomym uśmiechu kącik drobnych ust. Otula Małego kołderką i wycofuje się na zewnątrz. Podąża do sypialni. Staje w progu i przypatruje się profilowi wtłoczonemu w poduszkę. Nagie ramię obejmuje zwał kołdry. Mocne udo przywiera do materaca.
Wsuwa się w swoją niszę między kolanem a ścianą, układa się obok i stara się prawie nie oddychać. Próbuje delikatnie wysupłać rąbek kołdry. Czuje ruch za plecami i po chwili otacza ją ciepłe, silne ramię, a muskularny tors przylega do jej łopatek…

Nie. Nie bała się go. Nigdy jej nie wyzywał. Ani tym bardziej – nie uderzył. Nie musiał. Wystarczyło, że ubliżał jej podejrzeniami. Inwigilował i śledził. Snuł się za nią, gdy szła do sklepu. Tkwił pod pracą. Przeglądał jej telefon. Wydzwaniał co parę minut, a gdy wyłączała komórkę – przyjeżdżał.
Buntowała się. Kipiała w środku. Nie godziła się.
Prawie przestawali się do siebie odzywać. A potem to jego szaleństwo znikało – na parę tygodni, miesięcy. A kiedy myślała, że mają to może już za sobą – wracało.
Najczęściej – w sytuacjach intymnych, gdy spełniona i bezbronna – pragnęła tylko bezpieczeństwa i czułości.
I w końcu się stało. Przestała mu ufać. Zasklepiła się. Niby wciąż dogadywali się w wielu sprawach. Chcieli być rodziną, bo oboje bardzo kochali Małego.
Tego wieczora udało im się wreszcie porozmawiać normalnie. I wtedy jej obiecał. Obiecał, że pójdzie do specjalisty.
To była jego ostatnia szansa. Nie powiedziała mu. Nie groziła. Nie szantażowała.

- To koniec – słyszy.
Unosi głowę i półprzytomnie rozgląda się wokoło. Siada na łóżku. Chwilę kiwa się zdezorientowana, a potem podnosi się i idzie za nim.
Dostrzega stojącą u podnóża schodów torbę.
Przed oczyma tańczą fioletowe muszki. Chwyta poręcz…
Siedzi w fotelu z nogami przerzuconymi przez podłokietnik i macha bosą stopą. Nie pamięta, jak tu dotarła.
Przygląda mu się w milczeniu. Ma wrażenie, że na jego twarzy czai się oczekiwanie.
- Odchodzę – oświadcza i znowu zerka na nią z nadzieją.
Nie reaguje na to nieme ponaglenie. Pierwszy raz – nie reaguje.
Z całej siły wbija paznokcie w zaciśniętą dłoń. Ból zagłusza konwulsyjne dudnienia serca, odwraca uwagę od gwałtownych skurczów krtani. Z całych sił próbuje odgonić wizję cienkiego rzemienia zwieszającego się pętlą z wkręconego w sufit haka na choinkę.
Nie odpowiada.
Patrzy, jak on przyklęka, by zasznurować buty.
Pozwala, by wyciągnął z szafy jesionkę i włożył ją.
Liczy matowe guziki, które on zapina bez pośpiechu – dokładnie i metodycznie – jak zawsze.
Nie reaguje, gdy chwyta torbę i wychodzi, zamykając cicho drzwi.
Siedzi w fotelu i przygląda się rozbujanej bosej stopie.
Zza okna dobiega ją skrzypienie furtki.
Co ja powiem Małemu? – myśli.

Wspomnień czar. Wigilia świętego Andrzeja.

Zazwyczaj wolało się zabawy z chłopakami. Było się bardzo żywym dzieckiem i nad gadanie o sukienkach przedkładało się zabawę w kota albo łażenie po drzewach.

O tym, że jest się jednak dziewczynką, przypominało się sobie dzień przed Andrzejkami. Wiedziało się, że chłopaki do wróżb za bardzo się nie nadają – robią sobie z tych – bardzo przecież poważnych – spraw śmichy chichy i nawet potrafią dokuczać…
Miało się kilka koleżanek do rzeczy, z którymi od czasu do czasu bawiło się nawet lalkami, chociaż zarówno dyskusje o strojach jak i przyjęcia – trochę nudziły. Wolało się już budować z klocków albo rysować.

Dzień przed Andrzejkami nabierało się więc ochoty, by zakosztować tej tajemniczości, sekretów dostępnych tylko własnej płci. O dziwo – mimo chłopackich upodobań – było się lubianą i chętnie zapraszaną do dziewczyńskich zabaw. Wieczorne wyjście musiało się uzgodnić z Rodzicami. Wtajemniczało się tylko Mamę, obawiając się, że Tata mógłby nie zrozumieć…
Mama rozumiała świetnie – dostawało się pozwolenie i, z torbą pełną smakołyków, wędrowało do koleżanki.
Na miejscu zanosiło się wszystko do kuchni i szło do pokoiku.

Oczywiście zabawa nie byłaby ważna, gdyby nie miało się odpowiedniego stroju – butów na obcasie, długiej po kostki, czarnej, pożyczonej od jednej z pań sąsiadek spódnicy w błyszczące kwiaty, takiejż bluzki z falbaniastymi rękawami i brokatowego szala. Tak naprawdę – wyglądało się okropnie, ale patrząc w lustro nie widziało się, że ubrania są za duże, a pantofle spadają z nóg. Tego wieczora było się najpiękniejszą i najbardziej tajemniczą Wróżką. Z zadowoleniem przyglądało się podobnie wyglądającym koleżankom i pobrzękiwaniem cieniutkimi, srebrnymi bransoletkami, bez których kreacja wiele traciłaby na wytworności, rozpoczynało się Andrzejki.

Gasiło się górne światło, zostawiając tylko małą lampkę, ponieważ świece można było zapalać wyłącznie w obecności dorosłych. Zasłaniało się okno i na podłodze rozkładało koc. Na kocu wspólnie ustawiało się przyniesione z kuchni smakołyki. Potem zapraszało się do Tajemnego Kręgu. Mówiło się Najważniejsze Zaklęcie i wymyślało na poczekaniu Przysięgę, którą reszta powtarzała z bardzo poważnymi minami. W Przysiędze uwzględniało się przede wszystkim dyskrecję i – pod groźbą Straszliwej Zemsty – zaklinało do dochowania Tajemnicy.

Po Przysiędze robiło się losowanie za pomocą przyniesionej z domu Magicznej Kości, która tak naprawdę była zwykłą kostką do gry. Pierwsza wylosowana osoba zdejmowała but – koniecznie z lewej nogi, tej od serca – i stawiała go pod oknem. Następnie – zgodnie z kolejnością losowania – ustawiało się następne lewe buty; dziewczynka, której but pierwszy znalazł się na progu pokoju – miała w przyszłości jako pierwsza wyjść za mąż.

Następną wróżbą było jedzenie ciastek. Do zwykłych markiz wkładało się wypisane wcześniej karteczki z imionami chłopaków i życzeniami. Losowało się je ze szklanej patery, gryzło i – jeśli znalazło się kartkę – czytało się głośno zapis. Aby wróżba została spełniona – należało obrócić się trzy razy w lewo i… zjeść kartkę bez popijania. Jeśli imię było takie, jakiego się oczekiwało – żuło się potem tę nieszczęsną kartkę pół wieczoru; jeśli nie – można było próbować ponownie. Był całkowity zakaz wymieniania się kartkami, którego nigdy się nie przestrzegało.

Po wróżbie ciastkowej przychodziła pora na tę z przedmiotami. Zasłaniało się oczy Czarodziejską Szarfą, którą był podłużny kawałek czarnego weluru i – po trzykrotnym klaśnięciu – sięgało do okrągłego czerwonego pudełka, zadawszy wcześniej pytanie – najczęściej o miłość – rzecz jasna. Gdy wyciągnęło się przedmiot, który pasował do obiektu uczuć, podskakiwało się w miejscu trzy razy (trójka była Liczbą Najmagiczniejszą we wszystkich wróżbach) żeby przyklepać jej spełnienie.
Potem odpoczywało się jakiś czas, konsumując przyniesione smakołyki.

Po uczcie wołało się mamę koleżanki, która zapalała świecę i zaczynało się wróżenie z wosku przez Wielki Magiczny Klucz, który na co dzień był zwykłym kluczem od furtki.
Brało się rondelek z ciekłym woskiem i ulewało kształt do wody. Wosk w garnuszku szybko stygł, więc czekało się z oglądaniem i komentowaniem swojego dzieła do ostatniego lania. Zazwyczaj były to jakieś, niepodobne do niczego paskudki, ale na cieniu rzucanym na ścianę widziało się najcudowniejsze rzeczy – serca, róże, karety, królewskie pantofelki, suknie księżniczek. Wymyślało się później odpowiednie historie, podejrzliwie patrząc na mamę koleżanki, bo miało się wrażenie, że ta z całej siły próbuje się nie roześmiać.
Oczywiście – odlany skarb chowało się pieczołowicie do lewej kieszeni kurtki, ponieważ powinien on był przetrwać w nienaruszonym stanie trzy dni i – natychmiast się o nim zapominało.

Po wróżeniu z wosku ze zniecierpliwieniem czekało się na wyjście koleżankowej mamy. Gdy tylko zamykały się za nią drzwi – z wewnętrznej kieszeni kurtki wydobywało się ściągniętą jednej z cioć talię tarota…
Wróżenie z Kart Prawdy lubiło się najbardziej – dopiero tu miało się prawdziwe pole do popisu. Pozwalało się wyciągać koleżankom po jednym kartoniku i opowiadało niestworzone rzeczy, od których uczestniczkom oczy robiły się okrągłe ze zdumienia, a policzki płonęły żądzą poznania Tajemnic Przyszłości.
Gdy wszystkie koleżanki usłyszały swoją porcję wróżb i poczuły się usatysfakcjonowane – chowało się karty do kieszeni i jeszcze jakiś czas dyskutowało o wieczornych rewelacjach. Wysłuchiwało się sekretów koleżanek, ich nadziei i marzeń…

Aż wreszcie nastawała pora powrotu do domu – ubierało się więc w pośpiechu i wychodziło z ciepłego domu. Na ulicy leżał już zazwyczaj śnieg, a przedgrudniowe powietrze trochę wywiewało z głowy andrzejkowy klimat…
W domu zjadało się kolację, a potem – już w łóżku – opowiadało Mamie o przebiegu wizyty, nie ujawniając, rzecz jasna, żadnych sekretów, i pytało, czy wróżby andrzejkowe naprawdę się spełniają.
Patrzyło się na uśmiechającą się Mamę i z tym obrazem Jej twarzy – zasypiało…

Dwójka… naturalnie

Witam.

Dziś mój blog obchodzi drugie urodziny.
Po długiej wewnętrznej walce postanowiłam zniszczyć przepiękny kalendarzowy wzorek i napisać kilka słów.

Nie będę udawać, że po dwóch latach moje pojęcie o prowadzeniu bloga jakoś znacząco wzrosło.
Nadal nie kalkuluję, nie rachuję, staram się być wierna zasadzie, by pisać co chcę i – jak chcę. I wciąż staram się to robić najlepiej, jak potrafię.
Uważam, że takie podejście jest uczciwe, a fakt, że przez ten czas zyskałam grono stałych Czytelników zdaje się to potwierdzać.

Zaglądacie do mnie, więc wiecie, że ten czas był wyjątkowo paskudny, co na pewno przełożyło się na nastrój wielu wpisów. Wbrew pozorom zdaję sobie sprawę, że to mogło być uciążliwe, frustrujące czy – po prostu – nudne. Nie umiem jednak pisać o rzeczach, które mnie nie poruszają.

Tym bardziej więc – dziękuję.
Że to Was nie odstraszyło, nie zniechęciło. Że byliście i nieprzerwanie trwacie ze mną w tym – naprawdę bardzo trudnym – czasie. Że pomagacie mi swoją obecnością.
Dziękuję Wam za to bywanie, za dzielenie się myślami i spostrzeżeniami. A także za delikatność, cierpliwość i wyrozumiałość.

Mam nadzieję, że nadal będziecie mnie odwiedzać.

Pozdrawiam:)

Z piątku na niedzielę. Klaskaniem mając obrzękłe prawice.

Czy jest coś równie głupiego, jak samemu sobie się podobać, samego siebie podziwiać?

Dawno, dawno temu niejaki Erazm z Rotterdamu intronizował Morię. W jej orszaku znalazły się między innymi Flantia i Koalia.
Minęło ponad pięćset lat i zdawałoby się – za sprawą bożka, znanego w pewnych kręgach jako Postęp – Cudowna Triada, z Miłościwie Panującą na czele, powinna była sczeznąć w mroku wieków…
No cóż…

Ponieważ nigdy nie obiecywałam, że moje dywagacje będą jakimkolwiek ciągiem przyczynowo-skutkowym, po bardzo luźno związanym przerywniku muzycznym, bez zbędnych ceregieli przejdę dalej, niewiele troszcząc się już o los wspomnianej wcześniej Pani Głupoty i dwóch z jej sług – Miłości Własnej i Pochlebstwa…

W imię [a może nawet – m i m o] Postępu przejęliśmy wiele zachowań, które są obce naszej kulturze.
Coraz częściej zaistnieć można głównie dzięki autopromocji. Na to zjawisko zaadaptowano nawet specjalny termin – asertywność [coś, co oznacza mniej więcej: już nie pasywny, ale jeszcze nie agresywny...].
Przyznaję, że takie zachowanie to bardzo nie moja bajka, ale – jak zwykle – nie oceniam, choć sprawia mi przykrość przypatrywanie się niektórym wygibasom…

W związku z tymiż akrobacjami chciałabym wspomnieć o innej osobliwości. O klaskaniu.
Zupełnie nie pojmuję tego odruchu warunkowego, towarzyszącego różnym pseudo- i serio-kulturalnym przedsięwzięciom.
Właściwie nie wiem, jak reagować, gdy ktoś – po wygłoszeniu jakiejś szczególnie lub [przeważnie] nieszczególnie odkrywczej myśli – wraz z innymi zaczyna sobie bić brawo.
Śmiać się?
Ignorować?
Też klaskać?
Naprawdę – nie wiem…
Cyprian Kamil Norwid w wierszu Do potomności stwierdził:

Klaskaniem mając obrzękłe prawice,
Znudzony pieśnią, lud wołał o czyny.

Na tym chyba poprzestanę…
Albo nie:

listopad

pagórek majaczy na horyzoncie
kłoni się brzozom topól szpaler
pasmami oranżu sen klonom plącze
preludium płynie w dal ospale

spadają żołędzie w traw przytulisko
skrapla się poszum skrzydeł ptasich
deszczowa suita gra miedzią liściom
roziskrza kropel smak i gasi

dorzecze migoce fal półszeptami
stroją się brzegi w rogóż szmaragd
wietrzysko wtulone w mgły chłodem mami
srebrzyste scherzo drga w konarach

Obrazki. Sabina.

W szelest ciepłego piasku wdziera się ryk.
Jeszcze broni się przed wpuszczeniem w sen odgłosów realnego świata. Jeszcze uśmiecha się do drobnych fal, na których kołysze się nielotna mewa. Jeszcze próbuje pochwycić promień zachodzącego słońca.
A jednak wyćwiczony mózg brutalnie przerywa tę sielankę. Nakazuje usłyszeć.
Słucha więc i powoli wraca do rzeczywistości.
Otwiera oczy. Kładzie dłoń na przycisku lampki. Herbaciane światło zalewa pokój.
Z dołu wciąż dochodzą krzyki, podnosi się więc i sięga po szlafrok. Nasuwa na bose stopy papucie i niemrawo podchodzi do drzwi.
Otwiera je i uderza w nią zwielokrotnione wołanie. Wzdycha i wychodzi na korytarz. Kieruje się ku schodom. Wmontowane przy podłodze diody dzięki czujnikowi ruchu zapalają się kolejno.
Parter wita ją następną falą krzyku. Dociera do przeszklonych drzwi i sięga do klamki…

Znowu. Znowu drze tą swoją mordę. Pieprzona starucha! Czy ona naprawdę nie może dać mi ani chwili wytchnienia? Jakby miała zegarek w tym tłustym, nalanym dupsku… Idę już, idę! Nie musisz rozpuszczać tak tego pyska… No, co tam znowu? Ach! No tak! Cała piżama mokra. I prześcieradło. A pampers – jak zwykle – suchy. Co za złośliwa baba! Który to już raz dzisiaj? Czwarty. A jest dopiero pierwsza w nocy… Czwarty raz zerwała pieluchę i posikała się od kolan po pachy. To trzeba umieć!
Dobrze chociaż, że nie dała rady zedrzeć foliowego prześcieradła. Musiałabym tachać drugi materac…

- Dobranoc – mówi i kładzie na chłodnym czole rękę. Głaska mizerne, siwe włoski i uśmiecha się oczyma. Potem dotyka drobnej, pomarszczonej ręki i czuje uścisk mocnych, żylastych palców. Obniża łóżko i wygładza kołdrę. Taksującym spojrzeniem omiata pokój. Stwierdziwszy, że wszystko jest w porządku, pochyla się, zabiera mokrą piżamę i wychodzi. Chwilę nasłuchuje pod uchylonymi drzwiami. Równy oddech uspokaja ją. W drodze na piętro wchodzi do łazienki i wrzuca rzeczy do kosza na brudną bieliznę.
Pokonuje tę samą drogę w odwrotnym kierunku, odliczając zapalające się przypodłogowe lampki. Dociera do swojego pokoju.
Nie kładzie się jeszcze. Otwiera szeroko okno, wychyla się i nabiera w płuca zimnego powietrza. Potem sięga po papierosa. Pierwsza zapałka nie chce się zapalić. Druga – łamie się, a trzecia pryska siarką i boleśnie parzy ją w szyję. Krzywi się z bólu, ślini czerwonawy pęcherzyk i próbuje jeszcze raz. Udaje się. Stoi w oknie i zaciąga się dymem. W dali pulsuje miasto. Tętni i oddycha.
Wsłuchuje się w niedające się zidentyfikować dźwięki i przenosi wzrok na żarzący się koniuszek papierosa. Wokół niego wiją się sinawe wstążeczki dymu.
Dusi niedopałek i przymyka okno. Zdejmuje szlafrok i wiesza go na poręczy fotela. Zsuwa kapcie i stawia je obok łóżka. Potem kładzie się i gasi lampkę.
Zamyka oczy. Powoli pod powieki wkrada się znajomy, dziecięcy śmiech. Rozgląda się i widzi drobną dziewczynkę w błękitnej sukience. Ze zdumieniem rozpoznaje w dziecku siebie.
Koncentruje wzrok na małej rączce splecionej z większą. Ta większa ma piękne, pomalowane na rubinowo paznokcie. Na jej przegubie migoce delikatna srebrna bransoletka…
Kolejna porcja jazgotu sprawia, że podrywa się gwałtownie.
Znowu zapala lampkę, ubiera się i schodzi na dół…

A żebyś zdechła, ty stara wredna jędzo! Ile jeszcze razy każesz mi do siebie złazić? Żebyś wiedziała, jak bardzo mam cię dość! Co tam mamroczesz? Zresztą – żadna różnica. Gówno obchodzą mnie twoje wydumane strachy… Co za podłota! Nie dość, że znowu jest cała mokra, to jeszcze próbuje się szarpać! Znam te twoje sztuczki! Albo leżysz jak kłoda i muszę cię dźwigać, albo szarpiesz się i wierzgasz… Gdzie ta cholerna pielucha? Pod łóżkiem. No – jakżeby – sucha! Co znowu? No tak. Powyrywała rzepy. Na to miała siłę… Oż ty! Podnoś ten tyłek. Stój spokojnie! Nie – poważnie? Teraz będziesz się ze mną wykłócać? Jeszcze słowo, a zostawię cię z gołą dupą i sobie pójdę. Spróbuj mnie jeszcze raz uderzyć, a – przysięgam, że pożałujesz… Kładź się wreszcie… Poduszka? Co znowu nie tak z poduszką? Ach – za zimna… Kołdra drapie… Złe skarpetki… Popić… Dobrze…
Nie. Wiedziałam, że mi nie daruje… Zawsze to robi. A ja – jak głupia – cofam się spod tych drzwi i biegnę. A gdybym tak raz nie wróciła…
Dobrej nocy! Zapomniała mi życzyć dobrej nocy! Czy ona kpi sobie ze mnie?

Pochyla się i przytrzymuje kubek. Wsłuchuje się w łapczywe przełykanie. Czeka.
Odstawia kubek i osusza delikatnie wiotkie usta. Przygląda się pomarszczonym powiekom, które nabierają w sztucznym świetle fioletowawej barwy. Są prawie bezrzęsne i śmiesznie pergaminowe. Patrzy na pokryte siwym meszkiem policzki i podziurkowany podbródek.
Jasnoniebieskie oczy otwierają się i patrzą na nią w milczeniu. Nie potrafi niczego z nich wyczytać. Są zupełnie pozbawione wyrazu. Nie zraża jej to. Kolejny raz poprawia pościel, wygładza zmarszczkę na prześcieradle. Klepie pożyłkowaną rękę.
- Śpij dobrze – mówi i wychodzi.
Po powrocie rozbiera się i kładzie do łóżka. Ledwo zamyka oczy – przychodzi sen. Znowu widzi błękitną sukienkę i rękę ze srebrną bransoletką. Rzadko się zdarza, by po ponownym zaśnięciu powróciła przerwana wizja, więc jakąś cząstką świadomości cieszy się, że się udało.
Wędruje ryneczkiem i czuje rozpierającą ją radość. Szczęście przelewa się w niej, więc nie może się opanować i podskakuje co chwila. Wszystko, wszystko wokół jest takie piękne! I maleńki placyk, na środku którego wystawiono okrągłe klomby z drobnymi różyczkami. I niewysokie kamieniczki w bajkowych kolorach, bardziej przypominające piernikowe chatki niż prawdziwe domy. I turkocący wózek lodziarza, za którym biegną z krzykiem dzieciaki. I nawet gruba pani w otwartym oknie, oparta serdelkowatymi łokciami na stercie poduszek.
Ale najpiękniejsze jest chyba to dzwonienie srebrnej bransoletki.
I daleki gwizd pociągu.
Gwizd pociągu…
Gwizd…
Podnosi się na łokciu i nasłuchuje. Tak. Nie pomyliła się.
Przy akompaniamencie głosu skandującego jej imię ponownie schodzi na dół…

To niemożliwe! Znowu?
Nie wstaję!
Która może być godzina? Trzecia trzydzieści… Niech się drze…
Boże! Jaka ta poduszka jest cudownie miękka… Nic z tego. Rycz, ile chcesz. Nie zejdę… I kołdra… Cieplutka… Pachnąca…
Cisza. Chwila ciszy. Wstaje. Na pewno teraz wstaje. Zaraz podejdzie do drzwi i będzie wrzeszczeć. Niech wrzeszczy… Właśnie. Już. Trzy… Cztery… Pięć… A teraz zacznie z całej siły trzaskać drzwiami… I wołać o pomoc… Boże! Cały dom drży w posadach… Muszę wstać. Muszę do niej zejść…

Słyszy płacz. Rozdzierający. Dziecinny.
Uchyla drzwi i widzi drobne piąstki trące oczy. Na policzkach błyszczą ślady łez. Sięga po chusteczkę, podchodzi i dotyka miękkiego policzka. Zastanawia się, skąd te łzy. Pyta, czy wszystko w porządku. Sprawdza, piżamę, materac. Wszystko jest jak należy. Żadnych fałd, zgrubień. Lekka kołdra leży idealnie. Ulubiony róg jaśka muska prawe ucho. Skarpetki nie są zsunięte.
Kolejny raz przygląda się pobrużdżonej twarzy i dostrzega badawczy błysk chabrowych oczu. Wzdycha i kręci głową. Klepie chłodną rękę i – wsłuchana w równomierne posapywanie – wychodzi z sypialni.
Pokój wita ją bladym światłem, sączącym się z okien. Wzory na pościeli nabierają powoli barw. Zdejmuje kapcie i siada na łóżku. Przewraca się na bok i przytula policzek do chłodnej poszwy. Zamyka oczy i natychmiast zasypia.
Śni jej się wielki kolorowy zeppelin, który z warkotem przesuwa się za oknem. Na błyszczącej ścianie namalowano kwiaty, które sprawiają wrażenie, jakby chwiały się na wietrze. Na jednym z nich dostrzega brzęczącą pszczołę. Brzęk wwierca się w uszy. Uchyla powieki.
Budzik.
Idzie do łazienki…
Zrzuca piżamę i pośpiesznie odwraca się plecami do wielkiego lustra. Udaje, że nie zauważa zapadniętych żeber i woskowożółtej skóry. Zasuwa drzwi kabiny, sięga po prysznic i polewa się strumieniem gorącej wody. Mydli się szybko i spłukuje, dla odmiany – zimną.
Wychodzi spod prysznica i rozciera szorstkim ręcznikiem pokryte gęsią skórką ciało. Ubiera się i błyskawicznie myje zęby. Obojętnie patrzy na wyplutą krew. Wzrusza ramionami. Nie pierwszy raz krwawią jej dziąsła. Przywykła do tego…

Czego znowu… Piąta. No tak. Przecież jest głodna. Całą noc tłukła się po domu… Muszę się ubrać…
Jestem. Już jestem. Nie drzyj się. Wstawaj! Znowu się zlała… Nie kop mnie, ty podła starucho. Idziemy!
Teraz wrzaśnie. Proszę bardzo – wrzeszczy. Cały czas drze tą swoją starą mordę. Odkręcam kran – ryczy. Mydlę – ryczy. Płuczę – drze się… Jakbym robiła jej jakąś krzywdę. Albo – jakby sama nie mogła się umyć… Wycieram – to samo… I wszystkiego żałuje – wody, mydła, nawet tego cholernego ręcznika!
Teraz będzie kopać… Uff. Ale się zmęczyłam.
Jeszcze zęby… To chyba najgorsze. Kwiczy, jakby ją ktoś zarzynał… Nie gryź, ty podłoto…. Jakby nie mogła sobie tej szczęki sama włożyć.

Schodzi na dół i zbliża się do drzwi. Zagląda do sypialni. Słyszy płytki, miarowy oddech, więc podąża do kuchni.
Przygotowuje śniadanie.
Dwie pajdki chleba okrawa ze skórki, smaruje masłem i serkiem i kroi w drobną kostkę. Podgrzane mleko przelewa do termosu. Wszystko ustawia na stole w dużym pokoju, przykrywa i idzie do sypialni.
- Pora wstawać – mówi, podchodząc do łóżka.
Pergaminowe powieki unoszą się i spoglądają na nią zupełnie przytomne, wypłowiałe oczy.
Wyciąga rękę i czeka, aż uchwycą ją silne, szczupłe palce.
Asekuruje drobną figurkę w drodze do łazienki.
Poranna toaleta zabiera około godziny.
Ma wprawę, więc opuszczenie krzesła i umieszczenie go na powrót w wannie zajmuje kilka minut. Namydlona gąbka ślizga się po pomarszczonych ramionach i workowatych, wyschniętych piersiach. Muska prawie zanikłe bicepsy i obwisłą skórę pod pachami; sinawe fałdy na plecach i brzuchu. Słaby strumień prysznica ciurka, tworząc na dnie wanny mydlane bąble. Miękki ręcznik przywiera do wiotkiego ciała i wchłania całą wilgoć.
Balsam nawilża wątłe mięśnie, a bawełniana bielizna ukrywa zmarszczki i brązowe plamki.
Potem skupia uwagę na dolnych partiach ciała – rachitycznych udach, obwisłych pośladkach, zmarniałych łydkach.
Fotel podjeżdża w górę, wolno przesuwa się nad brzegiem wanny i obniża aż na podłogę.
Klęka i przypatruje się powykręcanym palcom stóp i pożółkłym paznokciom.
Powoli wędruje korytarzem i zerka na sunące przed nią szczupłe nogi i lekko zgarbione plecy. W pokoju odsuwa krzesło i przysłuchuje się westchnieniom i stękaniom. Potem zdejmuje pokrywkę z talerzyka z kanapkami, nalewa mleko do kubków. Podaje sztućce. Przesuwa pudełko z chusteczkami…
Przygląda się stołowi uważnie. Stwierdza, że o niczym nie zapomniała i wreszcie zajmuje swoje miejsce. W milczeniu sięga po rogalik i miód…

Znowu krzywi ten swój pomarszczony ryj. Ale chociaż – milczy. Dobre i to… Żryj! No tak – wstrętne i twarde. Chleb bez skóry, posmarowany marmoladą i pokrojony w kosteczkę – twardy… Patrzeć nie mogę. Memla to wszystko, łyka, a potem wsadza palec i wydłubuje z gardła… Na wymioty mnie ciąga, kiedy na to patrzę…
Co znowu? Czego jazgoczesz? Ach! Kakao. Zimne. I – gorzkie. I – kwaśne… Tak. Właśnie tak – chcę cię otruć! O niczym innym nie myślę – głupia krowo! Tylko o tym, jak wyprawić cię na tamten świat. I właśnie skwaśniałe kakao uznałam za najlepszy sposób… Idiotka. Stara, wredna kretynka… Jak bym cię pieprznęła tym kubkiem…

Sprząta ze stołu i przynosi prasę. Siada obok i podaje lupę. Potem pochyla się i odczytuje głośno nagłówki. Od czasu do czasu streści któryś z artykułów. Przeczyta informację pod zdjęciem. Potem dzieli się spostrzeżeniami. Żartuje. Dostrzega coś na kształt uśmiechu na wąskich, zwiędłych wargach. Podchwytuje taksujące spojrzenie i próbuje odgadnąć jego znaczenie.
W końcu ostatnie czasopismo zostaje przeczytane.
Odsuwa krzesło i podstawia fotel, przyglądając się ginącej w nim, filigranowej figurce. Włącza radio i szuka muzyki.
Po chwili patrzy na przymykające się bezrzęsne powieki i głowę, co chwila opadającą na piersi. Wstaje i cichutko opuszcza jadalnię.
Zmywa naczynia. Podlewa kwiaty, podśpiewując pod nosem usłyszany w radiu szlagier. Potem idzie do siebie.
Ma wielką ochotę, by się położyć i zdrzemnąć chociaż z godzinkę, ale zwalcza tę pokusę.
Spogląda na regał z książkami. Wzdycha. Połowy z nich nawet nie zaczęła. W dzień nie ma czasu, a wieczorem – ledwo przyłoży głowę do poduszki – zasypia.
Kiedyś tak lubiła marzyć. Wyobrażała sobie, że skończy studia, pójdzie do pracy. Pozna jakiegoś przyzwoitego człowieka. Pokocha go, a on pokocha ją i będą żyli długo i szczęśliwie.
Uśmiecha się. Z tego wszystkiego tylko studia zdążyła skończyć. Po trzech miesiącach musiała przerwać staż…

Fanaberie. Mam dość tych twoich fanaberii! Wciąż jęczy, że wszystko ją boli, ale leków nie można w nią wmusić. No… Musi jeszcze popić… Jezu! Znowu dłubie… Odsunę się, bo zaraz zacznie pluć. No – jakżeby choć raz sobie darowała i zachowała się jak człowiek… Jak tam sobie chcesz…
Muszę do toalety. Żeby choć raz dała mi się spokojnie załatwić. Gdzie tam. O! Już skawęczy.
Nie. Nie zawrócę. Niech woła. Niech się wydziera. Niech nawet nawali w gacie – muszę wreszcie się wysiusiać… Znowu przypaździerza drzwiami. Tynk wokół framug już dawno odpadł. Wciąż, każdego dnia wypomina mi te majątki, które mi po niej zostaną. Jeszcze trochę tego napieprzania i zaczną wypadać cegły ze ścian i będziemy mieszkać pod gołym niebem…
Wracam, bo zaraz będzie tu lazła.
O! jakie niewiniątko udaje! Jak to siedzi grzecznie i wgapia się w ten ryczący telewizor. Nikt by nie pomyślał, że jeszcze dwie minuty temu próbowała rozwalić dom. Duchy waliły drzwiami i wyły tym bydlęcym głosem…

Wzdycha i podnosi się z fotela. Schodzi na dół. Z jadalni słychać pochrapywanie. Kieruje się do kuchni i zabiera do przygotowania obiadu.
Wczoraj upiekła sernik. Pozostało ugotowanie zupy i czegoś na drugie.
Zagląda do lodówki i po namyśle decyduje się na pomidorową z ryżem i pulpety. Do tego piure z brokułów i surówka z sałaty.
Krząta się po kuchni i wyobraża sobie swoją rodzinę – męża, trójkę dzieci. Myśli, że byłaby niezłą matką i żoną.
Mechanicznie kroi warzywa, wkłada je do garnka z wrzącym bulionem i zabiera się do mielenia mięsa. Przykręca palnik pod wywarem i doprawia mielone. Formuje niewielkie kulki i wrzuca do wywaru. Robi sos i zerka na zegarek. Wstawia ziemniaki i przyprawia zupę.
Kiedy wszystko jest gotowe, wyłącza palniki i idzie do pokoju. Piure zmiksuje bezpośrednio przed jedzeniem…

Może pośpi chwilę po obiedzie. Patrzeć już na nią nie mogę. Pieprzona egoistka. Ciekawe, co wymyśli dzisiaj, żebym nie wyszła z domu.
Nawet patrzenie na ciebie mnie męczy, ty stara raszplo.
Tak, wypluj kolejny kęs mielonego i wydłub piure. No jakże – znowu wszystko twarde i zimne. I paskudne… Najgorsza jest chyba ta łapczywość… Pochłania, jakby ją kto gonił. I te mlaskania… siorbania…
Zaraz zapyta o ciasto. A kiedy przyniosę, zacznie utyskiwać, że ser źle zmielony, że spalone, że gorzkie. Co tam mamroczesz? Ach! Ostre! Dziąsła sobie pokaleczyłaś. Bidulka. Szkoda, że nie ten niewyparzony jęzor…

Po kwadransie jest gotowa – schodzi więc na dół i robi listę zakupów.
Zagląda do jadalni. Wszystko jest w porządku.
Wkłada bluzę i buty i wychodzi z domu.
Wsłuchuje się w szczęk zamka.
Chowa klucze, odwraca się i mruży oczy przed blaskiem kwietniowego słońca.
Lubi tę wyludnioną uliczkę. Wędruje poboczem i patrzy na zieleniejące wierzby. Mają taką zabawną korę – błyszczącą i zielonkawą, ale kiedy padnie na nią słońce, wydaje się prawie biała.
Zerka na mizerną trawkę pojawiającą się tu i ówdzie lękliwie między kałużami. Od czasu do czasu przeleci jakiś ptaszek. Aż żal, że droga zaraz się skończy i trzeba będzie wejść do miasta.
Po półgodzinie dociera do opłotków. Przygląda się domom. Na niektórych łuszczy się farba, inne aż rażą w oczy świeżością koloru. Mija ogrodzenia. Są przeróżne: od zwykłej siatki poprzez niewysokie murki, aż po żelazne, misternie spawane.
W pewnym momencie skręca w prawo i dochodzi do sklepu. Odpina koszyk i podąża do środka…

Leży. Wreszcie leży. Teraz jeszcze godzinna szopka z wychodzeniem… Pić… Masz – pij. Cukierka – jedz! Siku… Kanapkę… Siku… Wreszcie…
Nie zawrócę. Skoro już wyszłam z domu – nie zawrócę. Niech sobie woła… Boże! Już wiosna! Nawet tego nie zauważyłam… Kiedy ostatni raz poszłam dalej niż do sklepu? Dwa? Trzy miesiące temu? Nie pamiętam… Czy ona naprawdę nie rozumie, że mi też należy się chwila wytchnienia?
Że może chciałabym pójść do kina, na spacer… Spotkać się z kimś… Z kimkolwiek… I porozmawiać… Choćby o dupie Maryni. Byle tylko oderwać się od tej codziennej monotonii…
Ech…

Chodzi między półkami i wkłada do wózka produkty. Drogę ma opanowaną do perfekcji. Powtarza przecież te czynności co kilka dni. By nie mitrężyć czasu – zaczyna od pieczywa. Kupuje bułeczki i rogale. Dorzuca kilka grahamek. Potem idzie do słodyczy, bierze delicje i markizy. Dokłada czekoladę i galaretki w cukrze. Przy chłodni z nabiałem sięga po mleko i jogurty owocowe. W dziale warzywnym zatrzymuje się dłużej – wybiera ładne pomidory, pęczek rzodkiewek, kalafiora i buraczki. Pakuje do wózka siatkę mandarynek, kilka brzoskwiń, czarne jagody w pojemniczku.
Potem kieruje się do stoiska z mięsem. Prosi o kilogram schabu, pół kilo wołowej polędwicy i indycze udko. Dobiera chudo wyglądającą kiełbasę, parę plastrów gotowanej szynki, kawałek drobiowego pasztetu.
Idzie do kasy i odczekuje swoje w kolejce.
Chwilę rozmawia z kasjerem. Lubi go. Zawsze jest taki radosny i pełen energii.
Pakuje zakupy do toreb, płaci i wyjeżdża z marketu.
Droga powrotna zawsze wydaje jej się dłuższa. Przekłada z ręki do ręki ciężkie torby, ale nie odpoczywa. Wstydzi się. W końcu jest młoda i nie powinna się tak szybko męczyć.
Dopiero, gdy mija zakręt, stawia torby na poboczu i rozprostowuje zdrętwiałe palce. Doprowadza przyśpieszony oddech do porządku i rusza w dalszą drogę…

O matko! Aż na ulicy słychać te jej wrzaski. Dobrze, że mieszkamy z dala od ludzi…
Jakie te torby ciężkie… Nic to. Gdzie ten klucz… Nie wrzeszcz, już idę… Jest!
Wylazła. No jakże by inaczej. Siedzi na schodach i znowu ryczy tym bawolim głosem. Stare krówsko. Niby taka słaba i niedołężna! Do ubikacji sama pójść nie daje rady… Majtek zdjąć… Tyłka podetrzeć… A po schodach zasuwa szybciej ode mnie…
Zamknij się! Zamknij się choć na chwilę!
Ona nie potrafi normalnie rozmawiać. Wciąż wrzeszczy. A przecież wcale nie jest głucha. I doskonale wie, że ja też nie jestem… Ona po prostu czerpie przyjemność z tego dręczenia mnie…

Rozkłada przyniesione produkty i wsłuchuje się w wirowanie suszarki. Wchodzi do łazienki i wyjmuje pranie. Ugina się pod ciężarem kosza, wchodząc na strych. Zostawia uchylone drzwi i bierze się za rozwieszanie prania. Wczorajsze składa do opróżnionego pojemnika. Dobrze, że strych jest suchy i przewiewny. Odkąd zainwestowała w nowy dach – nie musi martwić się też o kałuże w domu i zacieki na ścianach.
Schodzi na dół i rozkłada deskę do prasowania. Przed kolacją musi jeszcze wszystko poprasować, żeby był zapas na noc.
Spogląda w okno. Dni są coraz dłuższe, więc na dworze jest jeszcze całkiem jasno. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo piękny. Uśmiecha się i zamyśla. Nie miałaby nic przeciwko temu, żeby w koszu z bielizną znalazły się jakieś dziecięce skarpetki, albo – męska bluzeczka…
Syczy z bólu, bo przez nieuwagę trąciła gorącym żelazkiem przegub dłoni. Ależ z niej niezdara!
Odstawia żelazko i idzie do kuchni. Musi to jak najszybciej włożyć pod zimną wodę.
Odkręca kran i wsuwa rękę pod strumień. Po chwili woda staje się lodowata i odczuwa ulgę. Zakręca kran. Ogląda poparzone miejsce. Nie jest tak źle. Osusza ręce i wraca do pokoju…

Coś za cicho. Pewnie już coś zrobiła na diabła… Ale muszę wreszcie rozwiesić to pranie…
Ludzie! Powywalała wszystko z szafek. Mąka. Cukier. Ryż. Kasza manna. Jajka. I wszystko polała olejem. Cała kuchnia i pół korytarza – uświnione. Najgorsze te jajka. Znowu trzeba będzie kupować nową wykładzinę…
Aż się boję iść do pokoju… Boże! Za jakie grzechy… polała się śmietaną…
Znowu trzeba ją wpakować do wanny… Jest taka ciężka…
Nie rycz! Ścichnij choć na parę minut, bo cię tu zostawię… No co tak się gapisz, ty wstrętna małpo…

Bolą ją nogi. Składa ostatnią sztukę bielizny i zanosi wszystko do sypialni. Układa rzeczy w szafkach i wraca do salonu. Ma jeszcze trochę czasu do kolacji, przysiada więc wreszcie i patrzy na podpuchnięte kostki. Pochyla się i, czując nadchodzący skurcz, masuje łydkę. Trochę ją martwią te nogi. Zaraz jednak zapomina o tym. Podrywa się i podchodzi do telewizora. Włącza go i robi głośniej. Za chwilę zaczną się wiadomości, a po nich kolacja musi już być gotowa.
W kuchni nastawia wodę i wyjmuje dwie owocowe herbaty.
Przygotowuje kolejną porcję kanapkowych kosteczek – tym razem z szynką i pasztetem. Kroi pomidora na cząstki, doprawia pieprzem i solą. Z banana i jogurtu miksuje coś w rodzaju musu.
Słyszy sygnał kończący wiadomości. Zalewa herbatę, ustawia wszystko na tacy i wnosi do dużego pokoju.
Znowu patrzy na szczupłe łydki i przygarbione plecy, przesuwa krzesło i słucha ciężkich westchnień. Słodzi herbatę miodem, podsuwa sztućce i zajmuje swoje miejsce…

Nic mnie to nie obchodzi. Nie chcesz żreć, to – nie żryj… Boże! Żeby choć raz coś jej smakowało! Wiecznie marudzi. Co ja takiego złego w tym życiu zrobiłam, że muszę się męczyć z tym podłym koczkodanem!
Ryczy… Jak zraniona turzyca… Czego znowu chcesz? Za mało masła… Stara wędlina… gorzki ser… Ta sama śpiewka od rana do wieczora…
Matko! Ledwo się uchyliłam. Wybiłaby mi oko tą łyżką. Stara ropucha…
Jeszcze szopka z lekami…Może zdążę i dziś nie podbije tej cholernej łyżki… nie zdążyłam… Coś mi łupie w krzyżu, kiedy się schylam. Boże, jak to boli…

Wpatruje się bezmyślnie w telewizor. Uśmiechnięta prezenterka opowiada coś ze średnim przejęciem. Słucha piskliwego głosiku i niby nawet kiwa głową, ale gdyby ktoś spytał ją, o czym mowa – nie potrafiłaby odpowiedzieć.
Przenosi wzrok na stół. Przygląda się powolnie sunącej ręce i palcom łapczywie zaciskającym się na ćwiartce pomidora.
Uśmiecha się i przesuwa spodeczek. Podchwytuje szybkie spojrzenie bezrzęsnych oczu, które niemal natychmiast nakrywają się powiekami.
Czeka chwilę w nadziei, że oczy zerkną raz jeszcze, ale pochylona nad talerzem siwa głowa ani drgnie.
Wzdycha i rezygnuje. Ponownie zagapia się w telewizor. Gruby facet z zachodzącymi na siebie jedynkami peroruje zawzięcie. Jego głos dociera do niej w postaci strumienia, z którego od czasu do czasu wychwytuje pojedyncze słowa. Niestety – nie umie z nich złożyć niczego sensownego. I nawet – nie chce.
Odruchowo zagląda do kubka z herbatą. Stwierdza, że jest pełny. Wypija kilka łyków letniego naparu i krzywi się nieznacznie. Nie znosi papierowego smaku moreli…

Wiem. Doskonale wiem, że najchętniej nie spałabyś całą noc, ale nic z tego. Nie kop. Nie kop i tak pójdziesz do łazienki… Nie. Nie chcę oglądać żadnych wspaniałych filmów! Tak, jestem tępa i głupia i kompletnie nic mnie nie interesuje! Jestem ograniczona. Jestem. Wiem, że do niczego w życiu nie dojdę i powinnam całować cię po nogach za twoją dobroć…
Nareszcie.
Ciekawe, jaki miałabym uszczerbek słuchu, gdybym się zbadała. Te jej ryki doprowadzają mnie do szału.
Chyba cię zabiję! Oblałaś nas wodą. Wylałaś całą miskę! Ale gąbki sama nie możesz utrzymać…
Znowu trzeba ją przebierać…

Po kolacji sprząta ze stołu. Idzie do sypialni. Zasłania zasłony i odruchowo wygładza pościel.
Wieczorna toaleta niczym nie różni się od porannej, poza zmianą ubrania na piżamę.
Po powrocie do sypialni zapala małą lampkę, obniża łóżko i znowu przygląda się chwytającej ją, pomarszczonej ręce i ciału bezwładnie opadającemu na materac. Potem klęka i skupia się na zdjęciu kapci. Wstaje i chwyta chude łydki. Bierze zamach i układa je na łóżku. Przesuwa pupę i poprawia poduszkę. Staje w nogach łóżka i sięga po balsam. Rozprowadza go na stopach i patrzy, jak wsiąka w porowatą powierzchnię. Podwija spodnie od piżamy i nakłada maść na kościste kolana. Są twarde i sękate. Podobnie jak łokcie.
Podwyższa wezgłowie i układa kołdrę.
Bierze w swoje ręce chłodną dłoń i przytrzymuje chwilę. Pochyla się i muska miękki policzek. Kładzie na wypukłym czole rękę.
- Dobranoc. Śpij dobrze. Do jutra – żegna się i wychodzi.
Zmywa naczynia, gasi wszystkie światła, zamyka drzwi i idzie do siebie…

Kładź się. Połóż się wreszcie. Co znowu jest nie tak? Lampka? Co z tą pieprzoną lampką? Nie. Nie będę przynosić ci innej! Daj mi spokój. Już noc…
Jezu! Znowu mnie uderzyła. Jak to boli… Chyba złamała mi nos… Strasznie kręci mi się w głowie… Przecież nie zemdleję… nie tu… Nie u niej… Oddychać… Spokojnie… Wdech, wydech. Wdech, wydech… Już mi lepiej… To przez to zmęczenie… Nawet nie zauważyłam, kiedy chwyciła ten kubek… Co to jest… Takie ciepłe i lepkie… Krew? Skąd krew? Ach… z nosa…

Sprawdza wszystkie okna i drzwi. Zawraca do pokoju, podchodzi do balkonu i porusza klamką. Zamknięte. Przemyka do kuchni i przygląda się kurkom – wyłączone. Zahacza o łazienkę i domyka drzwiczki pralki.
Wspina się na schody i przysiada na półpiętrze. Przez długie, wąskie okienko widzi kawałek drogi. Przygląda się parze wolno wędrującej poboczem. Są młodzi i szczęśliwi. Trzymają się za ręce i śmieją się z czegoś. Nie słyszy tego, ale drżenie ich ramion jest znamienne. Nagle on przystaje i zastępuje jej drogę. Jest niższy o głowę i musi wspiąć się na palce. Jej wcale to nie przeszkadza – pochyla się w jego kierunku i całują się namiętnie. Jakby zapomnieli o całym świecie…
Wzdycha i odwraca głowę. Czuje, że nie powinna ich podglądać. Myślą, że są tu sami.
Chciałaby odejść, ale – nie potrafi. Jedyne na co jest w stanie się zdobyć, to na odwrócenie głowy. Kiedy patrzy ponownie – pary już nie ma. Z daleka majaczą dwa niewyraźne słupki.
Wzdycha i podnosi się ze schodów…

Nawet nie zdążyłam usiąść… Mam dość tych cholernych schodów… Może powinnam kupić sobie krokomierz. Ciekawe, ile kilometrów dziennie robię, przemierzając ten korytarzyk…
Czego? Czego znowu się wydzierasz? Jest żywa noc! Mucha? Łazi po tobie mucha? Złapię ją, ale się zamknij. Przez te wrzaski nic nie słyszę… Jest. Widzę. Na parapecie. Nie musisz tak się miotać…
Uciekła… Muszę ją złapać, bo nie da mi spokoju…
Ryczy! Czego? Ach! Mucha łazi po niej. Wygląda obrzydliwie… Jakby już nie żyła…
Nawet nie wiesz, jaką miałabym ochotę chlapnąć cię tą ścierą… Odleciała… Brzęczy… Na firance… Jest na firance… Zaraz się z nią rozprawię…
Noż! Tak. Jestem powolna i leniwa. Tak – nie potrafię złapać głupiej muchy. Wstań i złap ją sobie sama, jak ci przeszkadza! Mam! Ależ ją plasnęłam… Wszystko na wierzchu… Ohyda…

Marzy o gorącej kąpieli, ale jest zbyt wyczerpana, bierze więc szybki tusz, przebiera się i siada na łóżku. Chwilę bezmyślnie patrzy na lampkę, wokół której lata jakaś zielona muszka. Brzęczy cieniutko i to brzęczenie zaczyna ją irytować. Próbuje przegonić natrętnego owada. Udaje jej się. Zadowolona, opada na poduszki i okrywa się kołdrą. Z nocnej szafki bierze książkę. Próbuje czytać, ale oczy same się jej zamykają. Na moment przebudza się jeszcze, gdy książka wysuwa się z ręki i miękko opada na materac. Myśli, że powinna zgasić lampkę, ale nie ma siły odwrócić się na drugi bok.
Śnią się jej dziwne kwiaty z wielkimi, uśmiechniętymi paszczami. A choć paszcze najeżone są kłami, ma przeświadczenie, że te kanarkowe rośliny są jej życzliwe. Istotnie – jedna z nich dyga przed nią i nazywa władczynią. Mówi, że jest na jej usługi, a pozostałe kwiaty powtarzają te same słowa.
Potem dochodzi ją dziwnie znajoma muzyka, w rytm której roślinki zaczynają się kiwać i coś skandować. Nastawia uszu i spośród dźwięków wyławia swoje imię. Otwiera oczy. Z dołu dobiega ją jękliwe wołanie. Nieprzytomnie zerka na zegarek i nie wierzy własnym oczom – spała zaledwie czterdzieści minut…

Powtórka z rozrywki – znowu mokra.
Jak można zasikać poduszkę, do cholery! Dawaj to! Muszę iść na strych. Przecież nie będziesz w tym spać. Dawaj! Nie szarp się i tak nie dasz mi rady! Jezu! Mało się nie wywróciłam. Co za babsko jakieś podłe! Przecież doskonale wie, że nikt oprócz mnie z nią nie wytrzyma…
Mam już dość tych schodów. Tego dziurawego strychu. Rano wysuszę te bety na słońcu. Może przestaną tak śmierdzieć… Chociaż… I tak trzeba zrobić nową poduszkę. Tą zasikała już trzy razy…
Jestem. Już jestem. Nie wyj! O Boże! Dobrze, że się uchyliłam. Skąd ona wzięła ten kabel?
Jak ja mam dosyć tego szarpania się z nią… Stój spokojnie. Podnieś trochę tą nogę… Co znowu? Gumka pije? Jaka gumka, idiotko? To majtki ze ściągaczem…
Nie. Nie będę ci teraz czytać. Śpij!

Otwiera oczy i dostrzega zarys drobnej twarzy. Ten widok przeraża ją. Ma wrażenie, że śni. Po chwili dociera do niej, że drobna postać naprawdę jest w jej pokoju.
Zrywa się i potyka o kapcie. W ostatniej chwili chwyta poręcz krzesła i to ratuje ją przed upadkiem.
Wpatruje się w szeroko rozwarte, niebieskie oczy, a pytanie zamiera jej na ustach.
Przegania resztki lekkiego snu i podchodzi do zgarbionej figurki. Bierze ją pod rękę i pomaga się obrócić. Potem kładzie tę pergaminową dłoń na poręczy i każe mocno zacisnąć palce. Schodzi kilka schodków niżej i podpiera kościste pośladki. Nogą wymacuje drogę – skupiona na sunącej tyłem kroczek za kroczkiem figurce.
Żmudnie przesuwa się w dół. Trwa to około dwudziestu minut i kiedy dociera wreszcie na parter, jest cała mokra. Powoli asekuruje drobne ciałko w dojściu do sypialni. Pomaga się ułożyć i szczelnie okrywa je kołdrą. Staje w nogach łóżka i rozmasowuje zziębnięte, lodowate stopy…

Nie wierzę! Wlazła aż tutaj! Z tego zmęczenia zapomniałam przekręcić klucz w zamku. Dobrze chociaż, że mi nie przyłożyła…
Teraz komedia ze złażeniem ze schodów.
Matko! Wymazała gównem całą ścianę! Znowu! Znowu zarwane pół nocy!
Oprzyj się o poręcz, nie o mnie. Powinnam ją trochę odchudzić… Jest coraz grubsza… To dlatego, że żre po nocach… Tak to nie potrafi utrzymać łyżki. Nocą – cudownym sposobem odzyskuje siły… Jak to powiedział lekarz? „Jest zdrowsza od pani. Tylko – strasznie rozpuszczona.” I tak na mnie popatrzył… Przecież nie będę mu opowiadać, że jestem tym bachorem… Co to – on sam nie pamięta?
Gdzie leziesz, krowo? Do łazienki! Cała jesteś usmarowana i cuchniesz! Nie kop mnie, tylko ściągaj te brudactwa… Podnoś nogę. Przecież cię nie wsadzę sama do wanny…
Zamknij się! Woda jest taka jak zawsze…

Najtrudniejsze jest chyba to milczenie. To doskwiera jej najbardziej. A przecież wie, czuje, że pod tą pomarszczoną maską jest ktoś najbliższy. Najbardziej kochany. Czasami wydaje jej się, że wystarczy chwila. Jedna krótka chwila i usłyszy cichy głos, usta ułożą się w pełen cierpliwości uśmiech, a spracowana ręka dotknie twarzy i uszczypnie lekko w policzek. Że wiotkie ramiona rozchylą się i zagarną ją tak, jak robiły to kiedyś, dawno temu. Że…
Staje przy łóżku i ze smutkiem patrzy na leżącą, niemal nieruchomą postać. Tylko nieznacznie unosząca się kołdra zdradza oznaki życia.
Nagle przymknięte powieki drgają i unoszą się powoli.
Patrzy w te oczy i ma tylko jedno pragnienie. Chciałaby wiedzieć… Tak bardzo pragnęłaby wiedzieć, o czym myśli jej mama…

No i co tak się gapisz? Nienawidzę cię! Nienawidzę! Możesz udawać, ile chcesz! Możesz się uśmiechać, przymilać… I tak wiem, co kłębi się w tej twojej czaszce…. Ty mała, fałszywa suko… Myślisz, że nie wiem, że marzysz tylko o tym, żebym już zdechła? Mogłabyś bezkarnie gzić się z jakimś strupem… Tak! Wiem! Dokładnie wiem, co się dzieje w tej twojej głowie! Znam każdą, najskrytszą myśl. Potrafię odczytać najlżejsze westchnienie… Nienawidzisz mnie! Mojej niedołężności. Mojej niemocy. Jesteś tu, bo gdybyś oddała mnie do jakiegoś hospicjum, ludzie nie daliby ci żyć! Obowiązek! To tylko wstrętny obowiązek…
A kiedy wreszcie umrę – sprowadzisz tu sobie jakiegoś gacha. Spłodzicie kilka bękartów. Będziecie się nimi zajmować. Podcierać im tyłki i zasmarkane nosy. Karmić i ubierać. Przytulać i pieścić. A potem zostawią was, wyrzucą na śmietnik… Nie zajrzą nawet… I wrócą, kiedy staniecie się starzy i niedołężni, żeby zaczekać na waszą śmierć… No nie wytrzeszczaj tak tych swoich głupawych ocząt! Ja też… Ja też byłam kiedyś młoda i musiałam podcierać tyłek swojej starej, złośliwej, wiecznie drącej mordę matce…